sobota, 30 lipca 2016

Rozdział IV - Czas nie leczy ran



Była tak przestraszona, że gdy tylko przybyliśmy do Wielkiego Domu, podbiegła do największego i najbardziej wygodnego fotela w całym budynku, usiadła z podkurczonymi do piersi kolanami i oparła na nich swój mały podbródek. Zaczęła kołysać się w przód i w tył, z zaciśniętymi ustami i szeroko otwartymi, zielononiebieskimi, hipnotyzującymi oczami, śledzącymi najmniejszy ruch każdej osoby w tym pomieszczeniu.
Przybyliśmy do Obozu zaraz przed wschodem słońca. Nie minęło dwie godziny, a Juliet, grupowa Domu 4 i najbardziej kłótliwa osoba w całym stanie weszła do salonu, trzymając się pod boki. Za nią czaiło się dziesięcioro innych grupowych, którzy rzucali lękliwe spojrzenia w stronę blondynki. Juliet stanęła, spojrzała na nią, potem na mnie a jej twarz wykrzywił taki wyraz gniewu, jakiego jeszcze nie widziałem. Mogłem być z siebie dumny. Doprowadzeniem jej do szału zajmowałem się zawodowo przez trzy lata. Także wiedziałem, co nastąpi dalej. Szykowała się taka kłótnia, jakiej jeszcze ściany Wielkiego Domu nie widziały.
Po pół godzinie byli już wszyscy grupowi, usilnie zachowujący odległość przynajmniej dziesięciu metrów od Lisette.
I się zaczęło. Jaki to ja jestem nierozważny, jaki bezczelny, egoistyczny, głupi, chamski, lekkomyślny, samolubny, znów głupi i jeszcze raz bezczelny. Oczywiście głównym prokuratorem była Juliet. Ale nie była osamotniona w swoich przekonaniach. Miała poparcie wszystkich grupowych, którzy byli nastawieni negatywnie do tego pomysłu od początku.
— To co? Miałem ją tam zostawić? — warknąłem, rozmasowując sobie skronie, które zaczęły pulsować od ciągłego krzyku Juliet. — Samą? Zamkniętą od kilku lat? Nieświadomą?
Brunetka, która siedziała naprzeciwko mnie, zmrużyła oczy i nachyliła się nad stołem. Jej ciemny, długi warkocz opadł na blat. Niby wąż, który ma chętkę mnie udusić. Jego właścicielka zapewne miała taką ochotę.
— Leo, ona jest niebezpieczna. Powinna być odizolowana i odcięta od świata. Zamordowała własnych rodziców i skąd masz pewność, że to się nie powtórzy?
Spojrzałem na Lisette. Dziewczyna przestała się kołysać i patrzyła na mnie tymi niezwykłymi oczyma. Jednak jej wzrok był zamglony, jakby myślami była daleko stąd. Nie wyglądała jak zbrodniarz, który w wieku dziecięcym zamordował rodziców. Raczej jak zdezorientowana, mała dziewczynka, która zgubiła się supermarkecie. Czułem, że sama nie mogła niczego zrobić złego. Musiała być do tego pchnięta. Mnie przeczucie nie zawodzi. Nigdy. Nawet wtedy.
— Nie powtórzy się — odpowiedziałem twardo, odwracając się do Juliet ze stanowczością. Han westchnęła cicho.
— Doskonale wiesz, że nie musisz niczego udowodniać. To, co się stało...
— To nie ma nic z tym nic wspólnego — przerwałem jej szybko, nie dając skończyć zdania. Ale kobiety nie przegadasz.
— Przestań. Jeśli chcesz odkupić swoją winę, to już to zrobiłeś. Stajesz na głowie, by w końcu...
— Powiedziałem — przerwałem jej cicho, tylko ze względu na Lisette — to nie ma nic wspólnego z tym, o czym mówisz.
Juliet zacisnęła pięści. Nie zamierzała tak łatwo rezygnować ze swojego celu. Boże, czemu każda dyskusja z tą dziewczyną musi się toczyć w ten sam sposób? Ja mówię co zamierzam, ona się nie zgadza, wszyscy mi zakazują a ja i tak robię co mi się podoba. Nasza dyrektorka Obozu powinna tutaj być, ale zapewne ma coś innego do roboty. Jak zawsze. W zasadzie, to ja nic jej nie powiedziałem. Jakoś wypadł mi z głowy, by powiadomić najważniejszą osobę w Obozie. Trudno.
— Ona ma stąd zniknąć do jutra, Leo. Cały Obóz jest tego zdania.
Złożyłem ręce na piersi.
— Nie.
Juliet zamrugała. Lucas, syn Ateny i grupowy domku, stanął po jej stronie.
— Leo, zastanów się dobrze. To poważna decyzja i jeśli się pomylisz, skutki mogą być opłakane.
Mój wzrok spoczął na jego spokojnej twarzy. W przeciwieństwie do Annabeth, nigdy nie narzucał rozwiązania i nie wymagał, by go spełniono. Za to mógł konkurować z Piper, która władała czaromową. Był imponująco przekonywujący. A mojej przyjaciółki tutaj nie było. Wyraziła swoje zdanie przy pierwszym spotkaniu i nie mieszała się w to.
Odwróciłem się w stronę Lisette. Bardzo powoli podszedłem do jej fotela i ukucnąłem przy niej. Nie potrafiłem złapać ja za chude i blade dłonie, które tak kurczowo trzymała zaciśnięte i obejmujące kolana. Spojrzałem w jej tęczówki i poczułem się tak, jakby wszystko zniknęło : była tylko ona i ja.
— Lisette? — spytałem cicho. Jej uwaga skupiła się na mnie. — Czy wiesz, kim jest heros?
Juliet wzięła głęboki i głośny wdech. Zignorowałem ją. Zawsze ją ignoruję. Od strony blond dziewczyny nie było odzewu. Tylko patrzyła się w moje oczy, jakby zaczarowana.
— Heros to osoba, która ma jednego ludzkiego rodzica, a drugiego boskiego pochodzenia: rzymskiego lub greckiego — wyjaśniłem łagodnie. — Jesteś herosem, Lisette.



Miałem wrażenie, że dziewczyna, siedząca kilka metrów niedaleko mnie, jest rzeźbą. Jej oczy wpatrzone były tylko w jeden punkt. Nie obracała głowy, nie rozglądała się na boki po nowym pomieszczeniu. Tylko siedziała i równomiernie oddychała. Obejmowała kolana swoimi ramionami. Jej rozczochrane, nieco zaniedbane włosy spływały kaskadą na plecy, a usta były nieco rozchylone i od czasu do czasu poruszała nimi jak ryba wyjęta z wody. Wciąż była ubrana w piżamę, w którą miała na sobie dwa dni temu, gdy wyciągnąłem ją razem z Nathalią z psychiatryka, choć dałem jej jasno do zrozumienia, że wszystko w tym pomieszczeniu należy do niej.
Iris nie na żarty się wkurzyła, gdy dowiedziała się co zmalowałem. Rozpisywali się o mnie w gazetach, tak samo jak o Lisette, która jednak była o tym nie powiadomiona. Nie jestem pewny, czy w ogóle by coś zrozumiała. Czy wiedziała, co to gazeta.
Zafascynowała mnie jakieś pół roku temu, gdy pomagałem Piper rozwikłać pewną sprawę. Złożyło się akurat tak, że w starej bibliotece do której wstąpiliśmy mimochodem, wpadł mi w ręce numer sprzed dziesięciu lat. Na pierwszej stronie wydrukowano zdjęcie szczęśliwej rodziny siedzącej na trawie. Kobieta była ubrana w prostą czarna sukienkę w białe grochy, a na głowie włożyła wielki kapelusz. Jej twarz była delikatna — patrząc na nią można było zapomnieć o wszystkich problemach, zatapiając się w tych niezwykłych oczach. Jej mąż był ubrany w koszulkę w paski i szorty. Jego zmierzwione włosy były kolory zboża, a uśmiech roztapiał kobiece serca. I była tam ona. Miała na oko siedem lat. Siedziała pomiędzy rodzicami, zakrywając się wstydliwie misiem. Znad głowy wielkiej przytulanki widać było tylko dwa kucyki oraz oczy, które odziedziczyła po matce. Nad tym zdjęciem widniał nagłówek niepasujący do tej idealnej amerykańskiej rodziny : " SIEDMIOLETNIA DZIEWCZYNKA ZAMORDOWAŁA RODZICÓW".
Nie miałem czasu przeczytać artykułu. Złożyłem więc gazetę i schowałem do pasa, pożyczając ją bez niczyjej wiedzy i nie uwzględniając zwrotu.
Gdy tylko zostałem na chwilę sam, rozłożyłem papier i wczytałem się w treść artykułu. Z zdziwieniem dowiedziałem się, że 3 czerwca 1999 roku na przedmieściach Nowego Jorku doszło do krew mrożącej w żyłach zbrodni: mała, siedmioletnia dziewczynka wzięła nóż z kuchni i wbiła go w pierś swojego ojca, a następnie w gardło matki. Potem, jak gdyby nigdy nic, przytuliła się do ich zwłok i zaczęła płakać. Policję wezwała opiekunka małej, która zjawiła się w pracy i prawie uciekła z krzykiem, gdy spostrzegła, że jej pracodawcy leżą martwi. Gdy zjawiła się karetka, policja i sztab detektywów, siłą musiano rozdzielać dziecko od zwłok rodziców. Lisette Evans krzyczała, że to nie jej wina, że one kazały jej to zrobić. Po rozmowie z psychologami ustalono tożsamość manipulantów: były w głowie dziecka. Lisette podobno słyszała głosy w swojej głowie, mówiące okropne rzeczy. Potwierdziła to również jej opiekunka, która przyznała, że dziecko było odizolowane, mówiło do siebie i często potrafiło siedzieć i patrzeć się tępo w przestrzeń.
Nie wiedzieć czemu, nie uwierzyłem w te brednie. Choć igrałem z ogniem, wybrałem się do kafejki internetowej, by poszukać rozwiązania sprawy. Dziewczynkę poddano wielu testom, terapiom i podano tonę leków. Jednak, jak nadal sądziła, głosy nie zniknęły. Gazeta nie podała wielu szczegółów na temat zdrowia pacjentki, ponieważ obowiązywała tajemnica lekarska. Finał był taki — Lisette Evans umieszczono w New York State Psychiatric Institute, a później przeniesiono ją na przedmieście miasta, do zamkniętego ośrodku. Trochę to trwało, zanim dowidziałem się, jakiego.
Siedziałem w Bunkrze i zastanawiałem się, czy czasem nie powiedzieć Piper o moich przemyśleniach. I wtedy pojawiła się ona. Nie widziałem Afrodyty od niespełna trzech lat. Usiadła naprzeciw mnie z założonymi, wypielęgnowanymi dłońmi i uśmiechnęła się uroczo. Spojrzałem na nią przelotnie i dalej kontynuowałem zabawę małym mechanizmem. W powietrzu unosiła się cicha melodia Beatlesów, jak to było w zwyczaju.
— Miło cię widzieć, Płomyczku — wymruczała. — Wyprzystojniałeś, muszę przyznać. Mogłabym być nawet twoją osobą zainteresowana, gdybym nie miała z związku z tobą innych planów.
Uśmiechnęła się tajemniczo. Odłożyłem na blat mechanizm i założyłem ręce na piersi, nadal nie zdejmując nóg ze stołu, choć miałem przed sobą boginie. Ale jej to chyba nie przeszkadzało. Wpatrywała się we mnie swoimi brązowymi oczami w złote plamki. Gdybym nie czuł do niej urazy i nie wiedział, że do mnie startuje, byłbym oczarowany.
— Chce ci powiedzieć, że się nie mylisz — powiedziała melodyjnie. — Wcale nie jest chora psychicznie. I w dodatku jest herosem.
Zmarszczyłem brwi, nieco zaskoczony. Afrodyta najwyraźniej była zachwycona sobą i efektem, jaki wywołały jej słowa. Zaczęła poruszać ramionami do rytmu piosenki, podczas której się zastanawiałem.
— Skąd wiesz, co robię? — spytałem lekko zaniepokojony. Kobieta uśmiechnęła się, pokazując rząd idealnie białych zębów.
— Uwielbiam cię Leo. Jesteś trochę jak mój ulubiony serial. Mogę go oglądać, i oglądać, i nigdy nie mam dość. Trzymam rękę na pulsie nad wszystkim, co robisz. Jestem tak trochę jak chrześcijańskie Anioły Stróże. Słyszałeś o nich? Obserwuję ciebie i jeszcze jedną osobę, o której zapewne teraz nie masz ochoty słyszeć.
Zgrzytnąłem zębami. Właśnie o to mi chodziło — Afrodyta uwielbiała takie numery. Oświadczała mi coś, po czym nagle wyskakiwała z jakimś prezentem niespodzianką, w której była bomba. Mimo tego, że zacząłem czuć wściekłość, siedziałem spokojnie i tylko pokiwałem głową.
— Szkoda. Jest tak piękna, jak pamiętasz, może nawet piękniejsza. Ale mało się śmieje. I pobiła dotkliwie jednego faceta, gdy nazwał ją "mała". Szkoda, że nie widziałeś jej zamachu i krwi, która buchnęła z nosa chłopaka — zachichotała, a ja, choć zrobiło mi się z tego powodu okropnie przykro, uniosłem lekko kąciki ust do góry. — W każdym razie: Lisette jest herosem, jestem tego pewna.
Wstała i otrzepała swoją kwiecistą spódniczkę.
— Dlaczego mi to mówisz?
— Do zobaczenia, Płomyczku! — odpowiedziała, całkowicie ignorując moje pytanie. I zniknęła.
Wstałem krzesła, na którym siedziałem. Lisette wciąż była nieobecna i nadal nie drgnęła, gdy pomachałem w jej stronę i gestem pokazałem, że wychodzę. Zamknąłem za sobą drzwi i głośno westchnąłem, pocierając twarz. Sam nie wiem czemu było mi ciężko. Może na wspomnienie spotkania z Afrodytą? Skierowałem się w stronę schodów, zwlekłem się po nich a potem skręciłem w lewo, do kuchni, gdzie zastałem Piper, porządkującą raport o misji, którą zakończyła sukcesem. Posłała zmęczony uśmiech w moją stronę.
— Dzień dobry — przywitałem się, nalewając sobie do czerwonego kubka trochę kawy. — Jak ci idzie?
— Nie najgorzej — odpowiedziała, przeciągając się, aż chrupnęły jej kości. — A tobie?
Pokręciłem zrezygnowany głową, przytykając kubek do ust. Wyobrażałem sobie to wszystko trochę inaczej. Że Lisette będzie zadawać pytania, że będzie wariować i krzyczeć. Wszystko, ale nie to. Nie wyobrażałem sobie heroski, która potrafi siedzieć w jednej pozycji, jakby była rzeźbą. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać. Powiedziałem to, co pomyślałem, Piper, która wysłuchała mnie ze współczującym wyrazem twarzy.
— Potrzeba czasu — odparła, zbierając papiery do teczki, na której napisała swoje imię i nazwisko, wraz z datami. — Idę zanieść to Iris. Jak wrócę możemy pójść na zajęcia, jeśli chcesz.
Kiwnąłem głową. Dziewczyna wyszła, zostawiając mnie samego z kubkiem kawy. Od kiedy zerwała z Jasonem, a on wyjechał budować świątynie do Rzymu, staliśmy sobie bardzo bliscy. Właściwie, Jason nic innego nie robił, tylko budował świątynie. Jak Bob Budowniczy. Facet powinien się leczyć.
Dopiłem kawę i zacząłem myć kubek, rozmyślając nad tym, co powiedziała Piper. Potrzeba czasu. Miałem go tak dużo, ale wciąż nie potrafiłem sobie wybaczyć. Nie potrafiłem zapomnieć. Nie potrafiłem normalnie funkcjonować, gdy choć trochę miałem go wolnego. Bo to przywracało wspomnienia. Wytarłem naczynie i odłożyłem do szafki. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. *

□ 


* Juliusz Słowacki

□ 


Jak ja nienawidzę wybierać piosenek! Spędzam nad tym z pół godziny, a mogłabym pisać nowy rozdział. Rozleniwiłam się i w ostatnich tygodniach prawie nic nie napisałam. Mam głowę pełną dialogów, budzę się rano i mówię sobie: "Dziś coś napiszę!", po czym kładę się wieczorem i myślę: "Cholera.".
Anyway, nie mam do napisania nic ciekawego. Dajcie znać, jak Wam się podobał rozdział. TEAM LEO!

2 komentarze:

  1. Ja to kocham. Tak bardzo bardzo.

    Bogowie, jak ja chcę wiedzieć,o co chodzi z Lisette, czemu tak zareagowała, od jakiego boga jest, co ją będzie łączyć z Leo...WSZYSTKO. A następny rozdział dopiero za tydzień...
    Team Płomyczek Leoś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mały błąąd na samym początku - fotela, nie fotelu :))

      Usuń

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis