sobota, 23 lipca 2016

Rozdział III - Wszystko jest realne



Zamknięto mnie z powrotem w moim ciasnym, obskurnym pokoiku. Byłam odurzona lekami na uspokojenie i ledwo trzymałam się na nogach. Nie wytrzymam tutaj dłużej. Oni nie mają zamiaru mnie wysłuchać. Nie zrozumieją, jak coś siedzi w twojej głowie i nie chce wyjść chociaż płaczesz i błagasz, by się zlitowały i dały ci spokój. Nic nie działa.
Moje wyostrzone zmysły nadal pracowały, więc gdy tylko wyczułam coś, co budzi we mnie niepokój, natychmiast zlokalizowałam miejsce. Spojrzałam w kąt, który tonął w mroku. Coś się w nim poruszyło. Zmrużyłam oczy, by wyostrzyć pole widzenia i czekałam cierpliwie.
Wkrótce mogłam patrzeć na okropną kreaturę. Jej skóra był pomarszczona i naciągnięta w wielu miejscach do tego stopnia, że opinała kości jak najmodniejsze i najbardziej ciasne jeansy, jakie kiedykolwiek wyprodukowano. Jej szyja była długa i pomarszczona. Głowa przypominała mi czaszkę, którą wykopali archeolodzy, a naukowcy naciągnęli na nią skórę. Miała czarne, małe i wodniste oczka, spierzchnięte usta i rząd równych, białych ząbków, który każdy był zaostrzony. Z pleców wyrastały wielkie, skórzane skrzydła nietoperza, którymi kreatura zakrywała się, jakby wstydziła się swojej nagości.
— Witaj, Lisette — wymruczała cicho i rozkosznie, prawie jak kot. Nie odpowiedziałam. Ostrożnie, nie spuszczając wzroku z potwora, usiadłam na łóżku i zacisnęłam dłonie na jego metalowych prętach. Potwór w tym czasie bacznie rozglądał się po pomieszczeniu.
— Kim jesteś? — spytałam podejrzliwie. Kobieta, jeśli mogę tak to nazwać, zachichotała.
— A ty?
Zmarszczyłam brwi. Wiedziałam to przecież. Jednak leki spowolniły moja reakcje i myślałam bardzo wolno. Po chwili z moich ust wydobył się cichy pisk.
— Lisette.
Kobieta znów zachichotała i usiadła na krześle, delikatnie wygładzając swoje marszczone skrzydła, ale ten czyn był raczej odruchem niż próbą poprawienia swojego wyglądu. Obserwowałam ja nieugięcie, choć wzrok trochę mi się mącił, jakbym patrzyła przez zbyt silne okulary. Położyłabym się i zasnęła, gdyby nieoczekiwany gość nie złożył mi odwiedzin.
Czasami przychodziły. Wyłaniały się z mroku i rozmawiały ze mną. Czasami tylko milczały i patrzyły na moją osobę. Jedne były materialne. Drugie zdawały się być mgłą i gdy je dotykałam, moja ręka przechodziła na wylot. Czasami mnie raniły. Zatapiały swoje kły lub pazury w moim ciele i wlewały truciznę w moje mięśnie. W krew. A ja krzyczałam z bólu, skręcałam i szlochałam. Przestawialny dopiero, gdy wpadała jedna z pielęgniarek i bez ostrzeżenia wbijała strzykawkę w moje ramie. Jednak Ona nie sprawiała wrażenia, jakby chciała mnie skrzywdzić.
— Więc moje imię nie jest ci potrzebne, jeśli znasz swoje.
— Nie rozumiem.
— Nie musisz.
Jej głos był chrapliwy, jakby nie mówiła od lat i je struny były słabe i nadwyrężone. Nie miała białek: tylko czarne jak noc oczy. Zamrugałam szybko, by odgonić od siebie sen.
— Czy masz przyjaciół, Lisette?
Zastanowiłam się. Czy mam przyjaciół? Ludzie się mnie bali, bo sądzili, że wszystko jest moją winą. Nie wierzyli w Głosy. Nawet Eva. Pokręciłam głową, a Ona uśmiechnęła się ostrymi jak igiełka zębami.
— A chcesz mieć?
— Ciebie?
— Tak.
Wzruszyłam ramionami. Co mi tam szkodzi? Całymi dniami byłam sama, nic się nie odzywałam. Czasami Eva przynosiła mi książki, ale czytanie sprawiało mi trudność. Litery skakały przed moimi oczyma i tworzyły całkiem nowe słowo. Nie było ono angielskie.
Ziewnęłam. Leki otępiały moje zmysły, zamieniały członki w ołów. Powieki mi się lepiły, jakbym miała piasek pomiędzy nimi. Ona wstała i zamierzała wejść w ciemny kat, gdy zaspanym głosem spytałam:
— Czy jesteś prawdziwa czy tylko w mojej głowie?
Moja przyjaciółka podeszła do mnie. Położyłam się na łóżku, a Ona okryła mnie cienkim kocem.
— Niby dlaczego to, co masz w głowie, nie ma być prawdziwe?
Zasnęłam. Nic mi się nie śniło, po prostu zamknęłam oczy i spałam. Gdy je znów otworzyłam, mrok otoczył mnie z każdej strony. Tak powinno przynajmniej być. Zamiast tego wyły alarmy, ludzie krzyczeli, a ja nic nie rozumiałam. Podniosłam wzrok i z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie mam jednej ściany. Zimne powietrze plątało moje włosy i omiatało prawie nagie ciało. Spojrzałam jeszcze wyżej. Jakaś wielka, trzeszczała maszyna wisiała na niebie. Samolot? W moim oczach pojawiły się łzy. Czy to gwiazdy? Boże, czy ja patrzyłam na gwiazdy?
Coś spłynęło z nieba. Wytężyłam wzrok. Zobaczenie czegokolwiek tylko w nikłym świetle gwiazd i czerwonych alarmów, graniczyło z cudem. To chyba była lina. I ktoś z tej liny zjechał. Czerwone, niezdrowe światło pozwoliło mi zauważyć, że to chłopak. Miał o wiele ciemniejsza karnację ode mnie; kręcone, czarne włosy i piękne, brązowe oczy o kolorze świeżo zaparzonej kawy. Wyciągnął do mnie dłoń i zawołał, przekrzykując wycie alarmów i wrzask ludzi.
— Złap mnie za rękę! Pomogę ci!
Usłyszałam przekleństwo zza drzwi. Chłopak rzucił w tamtą stronę zaniepokojone spojrzenie i znów skoncentrował swój wzrok na mnie, pełen oczekiwania. Co on zrobił, że nie mogli się do mnie dostać? Po krótkim namyśle stwierdziłam, że nie obchodziło mnie to. Postawiam bose stopy na podłodze, a gruzy wbiły mi się w skórę i przecięły ją. Stawiałam kroki niezbyt ostrożnie, utkwiwszy wzrok w wyciągniętej dłoni. Bałam się ją chwycić. On to chyba odgadnął to z mojej twarzy, ściągniętej i pełnej napięcia.
— Nie martw się, nie zrobię ci krzywdy. Wydostane cię z tego wiezienia.
To mi wystarczyło. Chwyciłam go za ciepłą rękę, a on zawadiacko się uśmiechnął.
— Leo Valdez, do usług panienki



Leo right now:


A teraz odsyłam Was do 3 rozdziału Alafabetu Morse'a, drugiego akapitu od końca. Macie to? A więc razem płaczemy nad Lenzie.
Rozdział dedykuje xbradscookiex, która 28 lipca obchodzi swoje urodzinki. Wszyscy śpiewamy STOOOO LAT. Mam nadzieje, że Poczta Polska mnie nie zawiedzie i kartka z listem dojdzie na czas. Byłoby awesome.
W tle unosi się melodia i wszyscy nucimy "Guess who's back, back again". Mówiłam, ze Leo powróci w wielkim stylu? Nie ma to jak rozwalić połowę psychiatryka. Spojlerek: Leo będzie narratorem w następnym rozdziale. My feels. It's to much for me.
Mamy nawy szablon! Zakochałam się po uszy, możecie sobie wstukać i popodziwiać. Dziękuję bajkowe-szablony.blogspot.com za wykonanie zamówienia :)
So, to chyba tyle. Jeśli się Wam podobał rozdział, to wiecie gwiazdka będzie mile widziana. Bye, moje Leosiątka ♥

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis