sobota, 16 lipca 2016

Rozdział II - Cukierek cytrynowy


Usiadłam na niewygodnym krześle. Strażnicy, dla bezpieczeństwa psychologa, przywiązali boleśnie łańcuchami moje nadgarstki do poręczy. Patrzyłam na to beznamiętnym wzrokiem, jakby mnie to mało obchodziło. Nauczyłam się, jak przetrwać w tym okropnym świecie: nie pokazuj emocji. Nie pokazuj, że ci na czymś zależy. Nie pokazuj, że coś cię boli. Nie pokazuj, że coś cię zraniło. Bo oni wszystko ci odbiorą.
Strażnicy wyszli, a ja podniosłam wzrok, który skrzyżował się ze wzrokiem psychologa, który "leczył mnie" od ponad siedmiu lat. Nazywał się John Waters, miał trójkę dzieci i żonę o blond włosach, których zdjęcie trzymał na biurku, zaraz obok laptopa. Złożył ręce i uśmiechnął się do mnie przyjacielsko. Nie dałam się na to nabrać. Zachowałam kamienną twarz, tylko uniosłam wyżej podbródek, jakby fakt, że ma nade mną przewagę, nic nie znaczył.
Gabinet Pana Waters'a nie był ciekawym miejscem. Na jednej ścianie wisiały dyplomy i certyfikaty, jakby kto kogoś obchodziło, co on tam skończył. Półki były zapełnione segregatorami z aktami pacjentów, a gdzieniegdzie stała figurka psa lub aniołka, które dostał za bycie wzorowym tatą od swoich brzdąców. Biurko było utrzymane w czystości i wszystko miało swoje miejsce. Kubeczki z długopisami stały po prawej stronie, razem ze zdjęciami i dyktafonem. Po przeciwnej znajdowała się lampka nocna, karteczki samoprzylepne i cztery grube teczki, zapewne z moimi aktami. Laptop leżał spokojnie na środku.
— Dzień dobry, Lisette. Jak się czujesz?
Głosik w mojej głowie zamruczał drapieżnie, inny kłapną zębami. Choć nienawidziłam ich z całego serca, to tym razem miały rację. Pan Waters był jak cukierek cytrynowy: dla ogółu był landrynką, dla jednostki kwaśnym cholerstwem. Tą drugą opcją był dla mnie. Próbował być miły i cierpliwy, pomóc mi, a zapewne w swojej małej, pustej głowie, knuł plan, jak zamknąć mnie w celi do końca życia.
— Wspaniale — odpowiedziałam cicho. Na tyle wspaniale, jak może się czuć nastolatka, przywiązana do krzesła za pomocą łańcuchów. Psycholog spojrzał na mnie spod uniesionych brwi i zapisał coś na czystej kartce papieru, którą przed chwilą wyjął. Zacisnęłam wargi.
— Jak się czujesz po zmianie leków? Mają na ciebie jakiś inny wpływ?
— Czy nie może pan najzwyczajniej w świecie spytać, czy głosy umilkły? — spytałam zmęczonym głosem. Nie miałam ochoty bawić się w jakieś głupie gierki. Ludzie powinni zacząć mówić na temat, a nie pieprzyć, by utrzymać dyskusję.
Doktor zamrugał zdziwiony, przyjrzał mi się uważnie i zapisał coś na kartce. Dopiero wtedy znów się do mnie zwrócił.
— Czy głosy umilkły?
— Nie. I czemu mówi to pan tak, jakbym oszalała? Nie jestem szalona.
— Oczywiście. Jesteś tylko nieco zagubiona.
Nie odezwałam się. Nie widziałam sensu prowadzenia z nim dyskusji, gdy barwa jego głosu zmieniała się w pełną współczucia i zrozumienia. On nie rozumiał. Nikt nie rozumiał. Jestem na świecie sama jak palec i prawdopodobnie jako jedyna cierpiałam na to schorzenie.
Lekarz odsunął szufladę biurka i wyciągnął z niego plik obrazków. Westchnęłam cicho. Znałam już je na pamięć i miałam dość wałkowania tego samego tematu co tydzień.
— Powiedz mi, co widzisz na obrazkach.
Poniósł do góry papier i moim oczom ukazała się czarna plama zrobiona atramentem. Przekręciłam głowę to w lewo, to w prawo. Tak, nadal wyglądała jak zwykły kleks. Tak, jak co tydzień.
— Atrament — mruknęłam beznamiętnie. Doktor zmarszczył brwi.
— Ale jaki ma kształt? Co ci przypomina?
— Nic mi nie przypomina. To zwykły kleks.
Pan Waters chwycił się za nasadę nosa i pomyślał chwilę. Gdy się odezwał ponownie, w jego głosie wyczułam lekkie poirytowanie i zdenerwowanie. Kąciki moich ust powędrowały w górę.
— Czy choć raz mogłabyś współpracować, Lisette? — powiedział. Wzruszałam ramionami, co wytrąciło go z równowagi.— Jesteś chora. Potrzebujesz pomocy. Z tego, co mówisz, jesteś świadoma zagrożenia a jednak nie robisz nic, kompletnie nic, by to zatrzymać.
Nachyliłam się w jego stronę, tak blisko, jak pozwoliły mi na to łańcuchy, którymi byłam przykuta do twardego krzesła.
— Dlatego, że mnie tutaj trzymacie, choć nie jestem szalona.
— Oczywiście, że jesteś! — warknął. Kącik moich ust drgnął. — Zamordowałaś swoich rodziców, Lisette. Nikt normalny by tego nie zrobił.
Z mojego gardła wydobył się pomruk. Miałam ochotę wyszarpnąć chude dłonie spod łańcuchów i zacisnąć ręce na jego szyi, patrzeć, jak jego oczy nabiegają krwią, twarz sinieje, potem robi się czerwona. Jego ciało wiotczeje po chwili i upada bez życia na podłogę.
Szarpnęłam ręką przykutą do siedzenia. Doktor spojrzał na mnie zdziwiony.
— Co ty wyprawiasz? — spytał zaniepokojony. Uśmiechnęłam się. Jeszcze zobaczysz. Mężczyzna sięgnął telefon stacjonarny, który stał naprzeciw mnie. Niezbyt mądre posunięcie. Z zawrotną prędkością uniosłam nogę i uderzyłam w aparat, który spadł na podłogę i rozbił się w drobne kawałeczki. Doktor wstał gwałtownie i ostro wymówił moje imię, przywołując mnie do porządku. Bez powodzenia. Mógł uważać, mógł nie wypowiadać swojej nic nie wartej opinii na mój temat. Szarpałam się na próżno : łańcuchy nie chciały opaść. Mężczyzna sięgnął po nóż, który leżał obok zdjęć jego rodziny i podszedł w moją stronę, celując we mnie ostrzem. Przełknęłam ślinę, ale nie zamierzałam się łatwo poddać.
— Nigdy stąd nie wyjdziesz — powiedział, teraz już spokojny i opanowany. — Jesteś zagrożeniem dla siebie i społeczeństwa. Pogódź się z tym.
— To nie moja wina — odpowiedziałam niemalże błaganie. — To one siedzą w mojej głowie. To one mnie zmuszają. To nie jest moja wina.
Drzwi otworzyły się i do środka wpadło dwóch ochroniarzy. Nie zareagowali na widok mężczyzny grożącego osiemnastolatce nożem. Rozpięli zręcznie łańcuchy i chwycili mnie mało delikatnie za nadgarstki. Po raz pierwszy, odkąd sięgam pamięciom, stawiałam opór i szarpałam się. Kopałam nogami w powietrzu, starając się uwolnić spod ucisku obu mężczyzn.
— Zostawcie mnie! — wrzeszczałam. — Nie jestem szalona!
— Dajcie jej coś na uspokojenie! — przekrzyczał mnie psychiatra. Splunęłam w jego stronę.
— Dupek!
Drzwi się zatrzasnęły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis