sobota, 9 lipca 2016

Rozdział I - Nie jestem szalona


Zamordowałam ich oboje. Zamordowałam rodziców, którzy dali mi życie, karmili mnie, ubierali i kochali. Pamiętam, jak mama wciągała mi przez głowę kwieciste sukienki, wiązała dwa kucyki różową gumką, brała psa i wychodziła ze mną na spacer. Pamiętam, jak tata podnosił mnie wysoko, prawie tak wysoko, że dotykałam nieba. Pamiętam głosy, czyjąś obecność w moim umyśle, nakłaniającą by wziąć największy nóż z kuchni i wbić go w pierś śpiących rodziców. Najpierw ugodziłam ojca. Krew trysnęła na białą pościel. Otworzył oczy, zdołał wychrypieć moje imię i przestał oddychać. Wtedy obudziła się mama. Wrzasnęła na widok stygnących zwłok męża, a później spojrzała nierozumiejącym wzrokiem na moją postać. Wyciągnęła rękę i drżącym głosem poprosiła, bym odłożyła nóż. Podeszłam do niej i ignorując jej przerażone spojrzenie, wbiłam przedmiot w gardło. Pamiętam, że wtedy się śmiałam. Zaczęłam chichotać z rokoszy, czując na całym ciele przyjemne łaskotanie.
Pojawiła się policja. Karetka. Siłą rozłączono mnie od zwłok rodziców, do których się przytulałam. Wbito mi strzykawkę ze środkiem na uspokojenie, gdy wrzeszczałam i kopałam jak opętana.
Opętana. Tak, to słowo pierwsze padło z ust ludzi, którzy o mnie szeptali. Taka grzeczna, radosna dziewczynka nie mogłaby zrobić coś tak okropnego. To nie ona. To złe duchy.
Uwierzcie mnie, ta pierwsza teoria zawierała więcej prawdy niż to, że byłam psychicznie chora. Tak stwierdził psychiatra, sztaby naukowców i bardzo mądrych ludzi. Próbowali wszystkiego. Terapii. Silnych leków. Fachowej opieki. Aż w końcu się mną znudzili i zamknęli w podmiejskim nowojorskim psychiatryku, gdzie myślą, że jestem szalona. Nie jestem. Jak to wszystko miało działać, skoro to One zrobiły wszystko o co mnie obarczono winą? To One były źródłem problemów. To One nakłaniały mnie, szeptały rozkosznie bajki do ucha, a na końcu wepchnęły mi nóż w dłoń. Problem nie tkwi we mnie, tylko w Nich.
Nie pamiętałam jak wygląda słońce. Dla mnie zgasło kilka lat temu. Dziwne. Wydawało się, że nie można bez niego żyć. Ludzie na biegunach szaleją w czasie nocy polarnej, bo nie mogą wytrzymać bez widoku złotej kuli, przemierzającej nieboskłon co dzień. Niemożliwe, a jednak. Nie widziałam słońca przez lata, nie pamiętałam uczucia ciepła na skórze. A jednak nie zwariowałam.
Cztery ściany, które miałam uważać za dom, były uprzednio czysto białe, a teraz brudne i obdarte farby. Zapewne przez ich mieszkankę. Kolejna dziwna rzecz — tylko ja tu przebywałam, a nie przypominam sobie, bym to zrobiła. Przecież nie jestem szalona.
Nie miałam nikogo za towarzysza, prócz prętów w łóżku. A one nie są zbytnio rozmowne. Przecież i tak by mi nie odpowiedziały. Nie jestem na tyle szalona, by próbować mówić do rzeczy martwych.
Nie wiem która godzina, bo nie mam zegarka. Nie wiem, który mamy dzień, bo nie mam kalendarza. Nie wiem, jak wyglądam, bo nie mam lusterka.
Każdy mój dzień wygląda tak samo. Budzę się, dostaje leki, zjem coś, leżę, znów coś mi podają, kolejny posiłek, prowadzą mnie do łazienki bym się umyła i wracam, by dostać kolejne proszki. A potem przychodzi sen, który nie jest wybawieniem, tylko kolejną torturą.
Bo One nie dają mi spać. Nie dają żyć. To wszystko ich wina. Ja nic nie zrobiłam. Nie jestem szalona.
Drzwi otworzyły się, ukazując uśmiechniętą kobietę, tryskającą optymizmem. Jej ciemne włosy, przetkane siwizną, były upięte w ciasnego koka na czubku głowy, a gdy się uśmiechała, w kącikach jej oczu można było zauważyć zmarszczki. Lubiłam ją najbardziej, bo tylko ona nie traktowała mnie tak, jakbym była szalona.
— Dzień dobry, Lisette. Gotowa na dzisiejszy dzień?
Nie. Miałam ochotę skulić się w kącie w pozycji embrionalnej i łkać, łkać i błagać, by mnie wypuścili, bo nie jestem niczemu winna. To nie ja ich zabiłam. Do diabła, tak trudno to pojąć?
Kiwnęłam głową i zwlekłam się z łóżka, na którym siedziałam ubrana po turecku. Kobieta z godną podziwu odwagą weszła do pomieszczenia. W ręku trzymała plastikowy kubek, w którym była woda i proszki, które miała połknąć zaraz przed śniadaniem. Podeszłam do niej wolno i wzięłam oba przedmioty, ignorując strażnika, który zaglądał z zaciekawieniem przez uchylone drzwi. Czy oni muszą mnie śledzić, nawet wtedy, gdy przyjmuje leki? Gdy się kąpię? Gdy idę do łazienki, by załatwić swoje potrzeby?
Odwróciłam się od drzwi i wepchnęłam sobie do ust cztery tabletki, po czym przycisnęłam do ust kubek i szybko wypiłam chłodną wodę. Otarłam usta wierzchem dłoni.
— Co ci się dzisiaj śniło? - zapytała Eva, ścieląc moje łóżko. Wzruszyłam ramionami, a ona zaczęła swoją opowieść. — Mi śnił się pociąg. W pociągu byli ludzie ubrani jak w minionym stuleciu. Kobiety miały długie suknie i gorsety, a mężczyźni staromodne garnitury. Coś pięknego — westchnęła ciężko, jakby było jej żal czasów, które przeminęły, a w których nigdy nie żyła. Uderzyła parę razy pięściami w poduszkę, po czym odłożyła ją na miejsce. Ułożyła starannie kołdrę i wygładziła ją. Wyprostowała się i uśmiechnęła się do mnie, a ja słabo odwzajemniłam gest. Obie wyszłyśmy z mojego pokoju, a strażnik zamknął za nami drzwi, po czym odczekał chwilę i dopiero w odległości kilku kroków zaczął za nami podążać.
Jako jedyna z przebywających w tym szpitalu nie byłam skrępowana. Jedynym zabezpieczeniem była ręka mojej pielęgniarki, troskliwie położona na moich plecach. Inni rzucali się, wrzeszczeli a nawet gryźli. Ja, choć spędziłam tutaj ponad dziesięć lat, nigdy się tak nie zachowałam. Rzucałam ukradkowe spojrzenia, czasami zatrzymywałam wzrok na interesancie dłużej, nawet jeśli to zauważył. Same moje dłonie, będące w nieustannym ruchu, budziły niejaką panikę wśród pacjentów. Oczywiście, były większe i smuklejsze niż wtedy, gdy miałam osiem lat, ale nadal to były dłonie człowieka, który zamordował własnych rodziców.
Przeszłyśmy przez recepcję, gdzie Eva przywitała się z pracownikami i podpisała jakiś papierek, w którym zaświadczała, że przyjęłam wyznaczone na dzisiejszy ranek leki. Ja kiwnęłam tylko głową na dzień dobry i przypatrywałam się z fascynacją zegarkowi z kukułką. Wskazówki wlokły się, każda sekunda mojego życia upływała na przebywaniu w tym psychiatryku, gdzie powinni zamykać szaleńców, a nie normalne dziewczyny, takie jak ja.
Eva delikatnie chwyciła mnie za nadgarstek i pociągnęła w stronę wyjścia. Powinnyśmy przechodzić służbowym przejściem, tak jak reszta. Ale ja byłam inna. Zasadnicza różnica polegała na tym, że nie byłam szalona. Przeszłyśmy obok poważnie wyglądających strażników, którym rzuciłam spojrzenie spod łba i ruszyłyśmy korytarzem do stołówki. Tutaj Eva mnie zostawiła, jak co dzień, by przywitać się ze strażnikiem, odbywającym dyżur i pilnującym bandy wariatów (oraz mnie). Wzięłam plastikową tackę i pokazałam palcem, co sobie życzę. Kuchara rzuciła na mnie spojrzenie pewne niepewności, jakbym miała zadźgać ją widelcem. Rzadko się odzywałam.
Usiadłam sama przy stoliku i w tym samym momencie dołączyła do mnie Eva, przynosząc szklankę wody w jednej ręce, a kartkę papieru w drugiej. Patrzyła na druk ze zmarszczonym czołem, w końcu westchnęła i z uśmiechem wręczyła mi napój. Wzięłam kubeczek i skupiłam całą uwagę na nim.
— Masz dzisiaj sesję, moja droga — zaczęła cicho. Czułam, jak woda, którą pije, staje mi w przełyku. — Będzie dobrze kochanie. Nie masz się czym przejmować.
Oczywiście, pomyślałam, grzebiąc w płatkach śniadaniowych i patrząc, jak odchodzi. To nie tobie będą wmawiać, że jesteś wariatką i jeszcze usilniej próbować to udowodnić. Dlatego najbardziej kochałam śniadania. Tylko wtedy zostawiali mnie w spokoju. Potem było jeszcze gorzej.
Cichy głosik w mojej głowie zaśmiał się, przewidując wspaniałą zabawę.



Wiem, że za mną tęskniliście.
Więc witam Was w drugiej części Alfabetu Morse'a! Podekscytowana? Bardzo! Nie mam pojęcia, jak poradzę sobie z tematem i ze scenami, ale do odważnych świat należy. Tym bardziej, ze moimi jedynymi doświadczeniami na tle miłośnym są seriale, filmy i książki. Jak na razie musi wystarczyć. Ale tylko tak szepcze, że jest perfect. A sceny z Lezie wychodzą bosko. Martwię się bardziej o naszą kochaną Lisette, bo jak na ten moment błądzę, gdy piszę z jej perspektywy. Za długo byłam Mackenzie, która się pojawi, tylko musicie ociupinę poczekać.
Jak tam wakacje? Ja w środę obieram kierunek Wrocław i Zielona Góra, bo jadę odwiedzić rodzinę. Szykuje się pięć długich godzin w aucie. Tyle czasu, by myśleć o rozdziałach! BĘDĘ JECHAĆ AUTOSTRADĄ! Jako kierowca, oczywiście. Bo tak, zdałam. Tata na razie jest w fazie "Muszę pilnować własnej córki, by nas nie zabiła". I czasami dochodzi: "Puść te sprzęgło! Czemu nie zmieniasz biegu? JEZU, JUSTYNA, CO TY WYPRAWIASZ?"
Na blogspocie uaktualniłam zakładkę o bohaterach. Możecie sobie popatrzeć, jeśli chcecie. Co tam jeszcze? Poza tym, że tęskniłam, bo soboty przestały być na miesiąc Lenzie Day i godzina 18.00, przestała być wyznacznikiem najważniejszego wydarzenia tygodnia? No to chyba nic.
Dajcie znać, co myślicie! Tym razem odpowiem na komentarze, bo poprzednim razem trzymałam w napięciu, bo jestem typem człowieka, który jak coś zacznie, to ma ochotę zdradzić całą fabułę. Nie mogę doczekać się Lenzie. Ich relacja będzie duuużo dojrzalsza, będą się żreć jak cholera i nie zabraknie słodkich momentów. Mówiłam, że zacznę gadać?
Whatever, kocham Was. Do zobaczenia za tydzień. Pamiętać: SOBOTA, GODZINA 18.00, WŁĄCZYĆ STATUS "DON'T TOUCH ME".


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis