sobota, 30 lipca 2016

Rozdział IV - Czas nie leczy ran



Była tak przestraszona, że gdy tylko przybyliśmy do Wielkiego Domu, podbiegła do największego i najbardziej wygodnego fotela w całym budynku, usiadła z podkurczonymi do piersi kolanami i oparła na nich swój mały podbródek. Zaczęła kołysać się w przód i w tył, z zaciśniętymi ustami i szeroko otwartymi, zielononiebieskimi, hipnotyzującymi oczami, śledzącymi najmniejszy ruch każdej osoby w tym pomieszczeniu.
Przybyliśmy do Obozu zaraz przed wschodem słońca. Nie minęło dwie godziny, a Juliet, grupowa Domu 4 i najbardziej kłótliwa osoba w całym stanie weszła do salonu, trzymając się pod boki. Za nią czaiło się dziesięcioro innych grupowych, którzy rzucali lękliwe spojrzenia w stronę blondynki. Juliet stanęła, spojrzała na nią, potem na mnie a jej twarz wykrzywił taki wyraz gniewu, jakiego jeszcze nie widziałem. Mogłem być z siebie dumny. Doprowadzeniem jej do szału zajmowałem się zawodowo przez trzy lata. Także wiedziałem, co nastąpi dalej. Szykowała się taka kłótnia, jakiej jeszcze ściany Wielkiego Domu nie widziały.
Po pół godzinie byli już wszyscy grupowi, usilnie zachowujący odległość przynajmniej dziesięciu metrów od Lisette.
I się zaczęło. Jaki to ja jestem nierozważny, jaki bezczelny, egoistyczny, głupi, chamski, lekkomyślny, samolubny, znów głupi i jeszcze raz bezczelny. Oczywiście głównym prokuratorem była Juliet. Ale nie była osamotniona w swoich przekonaniach. Miała poparcie wszystkich grupowych, którzy byli nastawieni negatywnie do tego pomysłu od początku.
— To co? Miałem ją tam zostawić? — warknąłem, rozmasowując sobie skronie, które zaczęły pulsować od ciągłego krzyku Juliet. — Samą? Zamkniętą od kilku lat? Nieświadomą?
Brunetka, która siedziała naprzeciwko mnie, zmrużyła oczy i nachyliła się nad stołem. Jej ciemny, długi warkocz opadł na blat. Niby wąż, który ma chętkę mnie udusić. Jego właścicielka zapewne miała taką ochotę.
— Leo, ona jest niebezpieczna. Powinna być odizolowana i odcięta od świata. Zamordowała własnych rodziców i skąd masz pewność, że to się nie powtórzy?
Spojrzałem na Lisette. Dziewczyna przestała się kołysać i patrzyła na mnie tymi niezwykłymi oczyma. Jednak jej wzrok był zamglony, jakby myślami była daleko stąd. Nie wyglądała jak zbrodniarz, który w wieku dziecięcym zamordował rodziców. Raczej jak zdezorientowana, mała dziewczynka, która zgubiła się supermarkecie. Czułem, że sama nie mogła niczego zrobić złego. Musiała być do tego pchnięta. Mnie przeczucie nie zawodzi. Nigdy. Nawet wtedy.
— Nie powtórzy się — odpowiedziałem twardo, odwracając się do Juliet ze stanowczością. Han westchnęła cicho.
— Doskonale wiesz, że nie musisz niczego udowodniać. To, co się stało...
— To nie ma nic z tym nic wspólnego — przerwałem jej szybko, nie dając skończyć zdania. Ale kobiety nie przegadasz.
— Przestań. Jeśli chcesz odkupić swoją winę, to już to zrobiłeś. Stajesz na głowie, by w końcu...
— Powiedziałem — przerwałem jej cicho, tylko ze względu na Lisette — to nie ma nic wspólnego z tym, o czym mówisz.
Juliet zacisnęła pięści. Nie zamierzała tak łatwo rezygnować ze swojego celu. Boże, czemu każda dyskusja z tą dziewczyną musi się toczyć w ten sam sposób? Ja mówię co zamierzam, ona się nie zgadza, wszyscy mi zakazują a ja i tak robię co mi się podoba. Nasza dyrektorka Obozu powinna tutaj być, ale zapewne ma coś innego do roboty. Jak zawsze. W zasadzie, to ja nic jej nie powiedziałem. Jakoś wypadł mi z głowy, by powiadomić najważniejszą osobę w Obozie. Trudno.
— Ona ma stąd zniknąć do jutra, Leo. Cały Obóz jest tego zdania.
Złożyłem ręce na piersi.
— Nie.
Juliet zamrugała. Lucas, syn Ateny i grupowy domku, stanął po jej stronie.
— Leo, zastanów się dobrze. To poważna decyzja i jeśli się pomylisz, skutki mogą być opłakane.
Mój wzrok spoczął na jego spokojnej twarzy. W przeciwieństwie do Annabeth, nigdy nie narzucał rozwiązania i nie wymagał, by go spełniono. Za to mógł konkurować z Piper, która władała czaromową. Był imponująco przekonywujący. A mojej przyjaciółki tutaj nie było. Wyraziła swoje zdanie przy pierwszym spotkaniu i nie mieszała się w to.
Odwróciłem się w stronę Lisette. Bardzo powoli podszedłem do jej fotela i ukucnąłem przy niej. Nie potrafiłem złapać ja za chude i blade dłonie, które tak kurczowo trzymała zaciśnięte i obejmujące kolana. Spojrzałem w jej tęczówki i poczułem się tak, jakby wszystko zniknęło : była tylko ona i ja.
— Lisette? — spytałem cicho. Jej uwaga skupiła się na mnie. — Czy wiesz, kim jest heros?
Juliet wzięła głęboki i głośny wdech. Zignorowałem ją. Zawsze ją ignoruję. Od strony blond dziewczyny nie było odzewu. Tylko patrzyła się w moje oczy, jakby zaczarowana.
— Heros to osoba, która ma jednego ludzkiego rodzica, a drugiego boskiego pochodzenia: rzymskiego lub greckiego — wyjaśniłem łagodnie. — Jesteś herosem, Lisette.



Miałem wrażenie, że dziewczyna, siedząca kilka metrów niedaleko mnie, jest rzeźbą. Jej oczy wpatrzone były tylko w jeden punkt. Nie obracała głowy, nie rozglądała się na boki po nowym pomieszczeniu. Tylko siedziała i równomiernie oddychała. Obejmowała kolana swoimi ramionami. Jej rozczochrane, nieco zaniedbane włosy spływały kaskadą na plecy, a usta były nieco rozchylone i od czasu do czasu poruszała nimi jak ryba wyjęta z wody. Wciąż była ubrana w piżamę, w którą miała na sobie dwa dni temu, gdy wyciągnąłem ją razem z Nathalią z psychiatryka, choć dałem jej jasno do zrozumienia, że wszystko w tym pomieszczeniu należy do niej.
Iris nie na żarty się wkurzyła, gdy dowiedziała się co zmalowałem. Rozpisywali się o mnie w gazetach, tak samo jak o Lisette, która jednak była o tym nie powiadomiona. Nie jestem pewny, czy w ogóle by coś zrozumiała. Czy wiedziała, co to gazeta.
Zafascynowała mnie jakieś pół roku temu, gdy pomagałem Piper rozwikłać pewną sprawę. Złożyło się akurat tak, że w starej bibliotece do której wstąpiliśmy mimochodem, wpadł mi w ręce numer sprzed dziesięciu lat. Na pierwszej stronie wydrukowano zdjęcie szczęśliwej rodziny siedzącej na trawie. Kobieta była ubrana w prostą czarna sukienkę w białe grochy, a na głowie włożyła wielki kapelusz. Jej twarz była delikatna — patrząc na nią można było zapomnieć o wszystkich problemach, zatapiając się w tych niezwykłych oczach. Jej mąż był ubrany w koszulkę w paski i szorty. Jego zmierzwione włosy były kolory zboża, a uśmiech roztapiał kobiece serca. I była tam ona. Miała na oko siedem lat. Siedziała pomiędzy rodzicami, zakrywając się wstydliwie misiem. Znad głowy wielkiej przytulanki widać było tylko dwa kucyki oraz oczy, które odziedziczyła po matce. Nad tym zdjęciem widniał nagłówek niepasujący do tej idealnej amerykańskiej rodziny : " SIEDMIOLETNIA DZIEWCZYNKA ZAMORDOWAŁA RODZICÓW".
Nie miałem czasu przeczytać artykułu. Złożyłem więc gazetę i schowałem do pasa, pożyczając ją bez niczyjej wiedzy i nie uwzględniając zwrotu.
Gdy tylko zostałem na chwilę sam, rozłożyłem papier i wczytałem się w treść artykułu. Z zdziwieniem dowiedziałem się, że 3 czerwca 1999 roku na przedmieściach Nowego Jorku doszło do krew mrożącej w żyłach zbrodni: mała, siedmioletnia dziewczynka wzięła nóż z kuchni i wbiła go w pierś swojego ojca, a następnie w gardło matki. Potem, jak gdyby nigdy nic, przytuliła się do ich zwłok i zaczęła płakać. Policję wezwała opiekunka małej, która zjawiła się w pracy i prawie uciekła z krzykiem, gdy spostrzegła, że jej pracodawcy leżą martwi. Gdy zjawiła się karetka, policja i sztab detektywów, siłą musiano rozdzielać dziecko od zwłok rodziców. Lisette Evans krzyczała, że to nie jej wina, że one kazały jej to zrobić. Po rozmowie z psychologami ustalono tożsamość manipulantów: były w głowie dziecka. Lisette podobno słyszała głosy w swojej głowie, mówiące okropne rzeczy. Potwierdziła to również jej opiekunka, która przyznała, że dziecko było odizolowane, mówiło do siebie i często potrafiło siedzieć i patrzeć się tępo w przestrzeń.
Nie wiedzieć czemu, nie uwierzyłem w te brednie. Choć igrałem z ogniem, wybrałem się do kafejki internetowej, by poszukać rozwiązania sprawy. Dziewczynkę poddano wielu testom, terapiom i podano tonę leków. Jednak, jak nadal sądziła, głosy nie zniknęły. Gazeta nie podała wielu szczegółów na temat zdrowia pacjentki, ponieważ obowiązywała tajemnica lekarska. Finał był taki — Lisette Evans umieszczono w New York State Psychiatric Institute, a później przeniesiono ją na przedmieście miasta, do zamkniętego ośrodku. Trochę to trwało, zanim dowidziałem się, jakiego.
Siedziałem w Bunkrze i zastanawiałem się, czy czasem nie powiedzieć Piper o moich przemyśleniach. I wtedy pojawiła się ona. Nie widziałem Afrodyty od niespełna trzech lat. Usiadła naprzeciw mnie z założonymi, wypielęgnowanymi dłońmi i uśmiechnęła się uroczo. Spojrzałem na nią przelotnie i dalej kontynuowałem zabawę małym mechanizmem. W powietrzu unosiła się cicha melodia Beatlesów, jak to było w zwyczaju.
— Miło cię widzieć, Płomyczku — wymruczała. — Wyprzystojniałeś, muszę przyznać. Mogłabym być nawet twoją osobą zainteresowana, gdybym nie miała z związku z tobą innych planów.
Uśmiechnęła się tajemniczo. Odłożyłem na blat mechanizm i założyłem ręce na piersi, nadal nie zdejmując nóg ze stołu, choć miałem przed sobą boginie. Ale jej to chyba nie przeszkadzało. Wpatrywała się we mnie swoimi brązowymi oczami w złote plamki. Gdybym nie czuł do niej urazy i nie wiedział, że do mnie startuje, byłbym oczarowany.
— Chce ci powiedzieć, że się nie mylisz — powiedziała melodyjnie. — Wcale nie jest chora psychicznie. I w dodatku jest herosem.
Zmarszczyłem brwi, nieco zaskoczony. Afrodyta najwyraźniej była zachwycona sobą i efektem, jaki wywołały jej słowa. Zaczęła poruszać ramionami do rytmu piosenki, podczas której się zastanawiałem.
— Skąd wiesz, co robię? — spytałem lekko zaniepokojony. Kobieta uśmiechnęła się, pokazując rząd idealnie białych zębów.
— Uwielbiam cię Leo. Jesteś trochę jak mój ulubiony serial. Mogę go oglądać, i oglądać, i nigdy nie mam dość. Trzymam rękę na pulsie nad wszystkim, co robisz. Jestem tak trochę jak chrześcijańskie Anioły Stróże. Słyszałeś o nich? Obserwuję ciebie i jeszcze jedną osobę, o której zapewne teraz nie masz ochoty słyszeć.
Zgrzytnąłem zębami. Właśnie o to mi chodziło — Afrodyta uwielbiała takie numery. Oświadczała mi coś, po czym nagle wyskakiwała z jakimś prezentem niespodzianką, w której była bomba. Mimo tego, że zacząłem czuć wściekłość, siedziałem spokojnie i tylko pokiwałem głową.
— Szkoda. Jest tak piękna, jak pamiętasz, może nawet piękniejsza. Ale mało się śmieje. I pobiła dotkliwie jednego faceta, gdy nazwał ją "mała". Szkoda, że nie widziałeś jej zamachu i krwi, która buchnęła z nosa chłopaka — zachichotała, a ja, choć zrobiło mi się z tego powodu okropnie przykro, uniosłem lekko kąciki ust do góry. — W każdym razie: Lisette jest herosem, jestem tego pewna.
Wstała i otrzepała swoją kwiecistą spódniczkę.
— Dlaczego mi to mówisz?
— Do zobaczenia, Płomyczku! — odpowiedziała, całkowicie ignorując moje pytanie. I zniknęła.
Wstałem krzesła, na którym siedziałem. Lisette wciąż była nieobecna i nadal nie drgnęła, gdy pomachałem w jej stronę i gestem pokazałem, że wychodzę. Zamknąłem za sobą drzwi i głośno westchnąłem, pocierając twarz. Sam nie wiem czemu było mi ciężko. Może na wspomnienie spotkania z Afrodytą? Skierowałem się w stronę schodów, zwlekłem się po nich a potem skręciłem w lewo, do kuchni, gdzie zastałem Piper, porządkującą raport o misji, którą zakończyła sukcesem. Posłała zmęczony uśmiech w moją stronę.
— Dzień dobry — przywitałem się, nalewając sobie do czerwonego kubka trochę kawy. — Jak ci idzie?
— Nie najgorzej — odpowiedziała, przeciągając się, aż chrupnęły jej kości. — A tobie?
Pokręciłem zrezygnowany głową, przytykając kubek do ust. Wyobrażałem sobie to wszystko trochę inaczej. Że Lisette będzie zadawać pytania, że będzie wariować i krzyczeć. Wszystko, ale nie to. Nie wyobrażałem sobie heroski, która potrafi siedzieć w jednej pozycji, jakby była rzeźbą. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać. Powiedziałem to, co pomyślałem, Piper, która wysłuchała mnie ze współczującym wyrazem twarzy.
— Potrzeba czasu — odparła, zbierając papiery do teczki, na której napisała swoje imię i nazwisko, wraz z datami. — Idę zanieść to Iris. Jak wrócę możemy pójść na zajęcia, jeśli chcesz.
Kiwnąłem głową. Dziewczyna wyszła, zostawiając mnie samego z kubkiem kawy. Od kiedy zerwała z Jasonem, a on wyjechał budować świątynie do Rzymu, staliśmy sobie bardzo bliscy. Właściwie, Jason nic innego nie robił, tylko budował świątynie. Jak Bob Budowniczy. Facet powinien się leczyć.
Dopiłem kawę i zacząłem myć kubek, rozmyślając nad tym, co powiedziała Piper. Potrzeba czasu. Miałem go tak dużo, ale wciąż nie potrafiłem sobie wybaczyć. Nie potrafiłem zapomnieć. Nie potrafiłem normalnie funkcjonować, gdy choć trochę miałem go wolnego. Bo to przywracało wspomnienia. Wytarłem naczynie i odłożyłem do szafki. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. *

□ 


* Juliusz Słowacki

□ 


Jak ja nienawidzę wybierać piosenek! Spędzam nad tym z pół godziny, a mogłabym pisać nowy rozdział. Rozleniwiłam się i w ostatnich tygodniach prawie nic nie napisałam. Mam głowę pełną dialogów, budzę się rano i mówię sobie: "Dziś coś napiszę!", po czym kładę się wieczorem i myślę: "Cholera.".
Anyway, nie mam do napisania nic ciekawego. Dajcie znać, jak Wam się podobał rozdział. TEAM LEO!

sobota, 23 lipca 2016

Rozdział III - Wszystko jest realne



Zamknięto mnie z powrotem w moim ciasnym, obskurnym pokoiku. Byłam odurzona lekami na uspokojenie i ledwo trzymałam się na nogach. Nie wytrzymam tutaj dłużej. Oni nie mają zamiaru mnie wysłuchać. Nie zrozumieją, jak coś siedzi w twojej głowie i nie chce wyjść chociaż płaczesz i błagasz, by się zlitowały i dały ci spokój. Nic nie działa.
Moje wyostrzone zmysły nadal pracowały, więc gdy tylko wyczułam coś, co budzi we mnie niepokój, natychmiast zlokalizowałam miejsce. Spojrzałam w kąt, który tonął w mroku. Coś się w nim poruszyło. Zmrużyłam oczy, by wyostrzyć pole widzenia i czekałam cierpliwie.
Wkrótce mogłam patrzeć na okropną kreaturę. Jej skóra był pomarszczona i naciągnięta w wielu miejscach do tego stopnia, że opinała kości jak najmodniejsze i najbardziej ciasne jeansy, jakie kiedykolwiek wyprodukowano. Jej szyja była długa i pomarszczona. Głowa przypominała mi czaszkę, którą wykopali archeolodzy, a naukowcy naciągnęli na nią skórę. Miała czarne, małe i wodniste oczka, spierzchnięte usta i rząd równych, białych ząbków, który każdy był zaostrzony. Z pleców wyrastały wielkie, skórzane skrzydła nietoperza, którymi kreatura zakrywała się, jakby wstydziła się swojej nagości.
— Witaj, Lisette — wymruczała cicho i rozkosznie, prawie jak kot. Nie odpowiedziałam. Ostrożnie, nie spuszczając wzroku z potwora, usiadłam na łóżku i zacisnęłam dłonie na jego metalowych prętach. Potwór w tym czasie bacznie rozglądał się po pomieszczeniu.
— Kim jesteś? — spytałam podejrzliwie. Kobieta, jeśli mogę tak to nazwać, zachichotała.
— A ty?
Zmarszczyłam brwi. Wiedziałam to przecież. Jednak leki spowolniły moja reakcje i myślałam bardzo wolno. Po chwili z moich ust wydobył się cichy pisk.
— Lisette.
Kobieta znów zachichotała i usiadła na krześle, delikatnie wygładzając swoje marszczone skrzydła, ale ten czyn był raczej odruchem niż próbą poprawienia swojego wyglądu. Obserwowałam ja nieugięcie, choć wzrok trochę mi się mącił, jakbym patrzyła przez zbyt silne okulary. Położyłabym się i zasnęła, gdyby nieoczekiwany gość nie złożył mi odwiedzin.
Czasami przychodziły. Wyłaniały się z mroku i rozmawiały ze mną. Czasami tylko milczały i patrzyły na moją osobę. Jedne były materialne. Drugie zdawały się być mgłą i gdy je dotykałam, moja ręka przechodziła na wylot. Czasami mnie raniły. Zatapiały swoje kły lub pazury w moim ciele i wlewały truciznę w moje mięśnie. W krew. A ja krzyczałam z bólu, skręcałam i szlochałam. Przestawialny dopiero, gdy wpadała jedna z pielęgniarek i bez ostrzeżenia wbijała strzykawkę w moje ramie. Jednak Ona nie sprawiała wrażenia, jakby chciała mnie skrzywdzić.
— Więc moje imię nie jest ci potrzebne, jeśli znasz swoje.
— Nie rozumiem.
— Nie musisz.
Jej głos był chrapliwy, jakby nie mówiła od lat i je struny były słabe i nadwyrężone. Nie miała białek: tylko czarne jak noc oczy. Zamrugałam szybko, by odgonić od siebie sen.
— Czy masz przyjaciół, Lisette?
Zastanowiłam się. Czy mam przyjaciół? Ludzie się mnie bali, bo sądzili, że wszystko jest moją winą. Nie wierzyli w Głosy. Nawet Eva. Pokręciłam głową, a Ona uśmiechnęła się ostrymi jak igiełka zębami.
— A chcesz mieć?
— Ciebie?
— Tak.
Wzruszyłam ramionami. Co mi tam szkodzi? Całymi dniami byłam sama, nic się nie odzywałam. Czasami Eva przynosiła mi książki, ale czytanie sprawiało mi trudność. Litery skakały przed moimi oczyma i tworzyły całkiem nowe słowo. Nie było ono angielskie.
Ziewnęłam. Leki otępiały moje zmysły, zamieniały członki w ołów. Powieki mi się lepiły, jakbym miała piasek pomiędzy nimi. Ona wstała i zamierzała wejść w ciemny kat, gdy zaspanym głosem spytałam:
— Czy jesteś prawdziwa czy tylko w mojej głowie?
Moja przyjaciółka podeszła do mnie. Położyłam się na łóżku, a Ona okryła mnie cienkim kocem.
— Niby dlaczego to, co masz w głowie, nie ma być prawdziwe?
Zasnęłam. Nic mi się nie śniło, po prostu zamknęłam oczy i spałam. Gdy je znów otworzyłam, mrok otoczył mnie z każdej strony. Tak powinno przynajmniej być. Zamiast tego wyły alarmy, ludzie krzyczeli, a ja nic nie rozumiałam. Podniosłam wzrok i z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie mam jednej ściany. Zimne powietrze plątało moje włosy i omiatało prawie nagie ciało. Spojrzałam jeszcze wyżej. Jakaś wielka, trzeszczała maszyna wisiała na niebie. Samolot? W moim oczach pojawiły się łzy. Czy to gwiazdy? Boże, czy ja patrzyłam na gwiazdy?
Coś spłynęło z nieba. Wytężyłam wzrok. Zobaczenie czegokolwiek tylko w nikłym świetle gwiazd i czerwonych alarmów, graniczyło z cudem. To chyba była lina. I ktoś z tej liny zjechał. Czerwone, niezdrowe światło pozwoliło mi zauważyć, że to chłopak. Miał o wiele ciemniejsza karnację ode mnie; kręcone, czarne włosy i piękne, brązowe oczy o kolorze świeżo zaparzonej kawy. Wyciągnął do mnie dłoń i zawołał, przekrzykując wycie alarmów i wrzask ludzi.
— Złap mnie za rękę! Pomogę ci!
Usłyszałam przekleństwo zza drzwi. Chłopak rzucił w tamtą stronę zaniepokojone spojrzenie i znów skoncentrował swój wzrok na mnie, pełen oczekiwania. Co on zrobił, że nie mogli się do mnie dostać? Po krótkim namyśle stwierdziłam, że nie obchodziło mnie to. Postawiam bose stopy na podłodze, a gruzy wbiły mi się w skórę i przecięły ją. Stawiałam kroki niezbyt ostrożnie, utkwiwszy wzrok w wyciągniętej dłoni. Bałam się ją chwycić. On to chyba odgadnął to z mojej twarzy, ściągniętej i pełnej napięcia.
— Nie martw się, nie zrobię ci krzywdy. Wydostane cię z tego wiezienia.
To mi wystarczyło. Chwyciłam go za ciepłą rękę, a on zawadiacko się uśmiechnął.
— Leo Valdez, do usług panienki



Leo right now:


A teraz odsyłam Was do 3 rozdziału Alafabetu Morse'a, drugiego akapitu od końca. Macie to? A więc razem płaczemy nad Lenzie.
Rozdział dedykuje xbradscookiex, która 28 lipca obchodzi swoje urodzinki. Wszyscy śpiewamy STOOOO LAT. Mam nadzieje, że Poczta Polska mnie nie zawiedzie i kartka z listem dojdzie na czas. Byłoby awesome.
W tle unosi się melodia i wszyscy nucimy "Guess who's back, back again". Mówiłam, ze Leo powróci w wielkim stylu? Nie ma to jak rozwalić połowę psychiatryka. Spojlerek: Leo będzie narratorem w następnym rozdziale. My feels. It's to much for me.
Mamy nawy szablon! Zakochałam się po uszy, możecie sobie wstukać i popodziwiać. Dziękuję bajkowe-szablony.blogspot.com za wykonanie zamówienia :)
So, to chyba tyle. Jeśli się Wam podobał rozdział, to wiecie gwiazdka będzie mile widziana. Bye, moje Leosiątka ♥

sobota, 16 lipca 2016

Rozdział II - Cukierek cytrynowy


Usiadłam na niewygodnym krześle. Strażnicy, dla bezpieczeństwa psychologa, przywiązali boleśnie łańcuchami moje nadgarstki do poręczy. Patrzyłam na to beznamiętnym wzrokiem, jakby mnie to mało obchodziło. Nauczyłam się, jak przetrwać w tym okropnym świecie: nie pokazuj emocji. Nie pokazuj, że ci na czymś zależy. Nie pokazuj, że coś cię boli. Nie pokazuj, że coś cię zraniło. Bo oni wszystko ci odbiorą.
Strażnicy wyszli, a ja podniosłam wzrok, który skrzyżował się ze wzrokiem psychologa, który "leczył mnie" od ponad siedmiu lat. Nazywał się John Waters, miał trójkę dzieci i żonę o blond włosach, których zdjęcie trzymał na biurku, zaraz obok laptopa. Złożył ręce i uśmiechnął się do mnie przyjacielsko. Nie dałam się na to nabrać. Zachowałam kamienną twarz, tylko uniosłam wyżej podbródek, jakby fakt, że ma nade mną przewagę, nic nie znaczył.
Gabinet Pana Waters'a nie był ciekawym miejscem. Na jednej ścianie wisiały dyplomy i certyfikaty, jakby kto kogoś obchodziło, co on tam skończył. Półki były zapełnione segregatorami z aktami pacjentów, a gdzieniegdzie stała figurka psa lub aniołka, które dostał za bycie wzorowym tatą od swoich brzdąców. Biurko było utrzymane w czystości i wszystko miało swoje miejsce. Kubeczki z długopisami stały po prawej stronie, razem ze zdjęciami i dyktafonem. Po przeciwnej znajdowała się lampka nocna, karteczki samoprzylepne i cztery grube teczki, zapewne z moimi aktami. Laptop leżał spokojnie na środku.
— Dzień dobry, Lisette. Jak się czujesz?
Głosik w mojej głowie zamruczał drapieżnie, inny kłapną zębami. Choć nienawidziłam ich z całego serca, to tym razem miały rację. Pan Waters był jak cukierek cytrynowy: dla ogółu był landrynką, dla jednostki kwaśnym cholerstwem. Tą drugą opcją był dla mnie. Próbował być miły i cierpliwy, pomóc mi, a zapewne w swojej małej, pustej głowie, knuł plan, jak zamknąć mnie w celi do końca życia.
— Wspaniale — odpowiedziałam cicho. Na tyle wspaniale, jak może się czuć nastolatka, przywiązana do krzesła za pomocą łańcuchów. Psycholog spojrzał na mnie spod uniesionych brwi i zapisał coś na czystej kartce papieru, którą przed chwilą wyjął. Zacisnęłam wargi.
— Jak się czujesz po zmianie leków? Mają na ciebie jakiś inny wpływ?
— Czy nie może pan najzwyczajniej w świecie spytać, czy głosy umilkły? — spytałam zmęczonym głosem. Nie miałam ochoty bawić się w jakieś głupie gierki. Ludzie powinni zacząć mówić na temat, a nie pieprzyć, by utrzymać dyskusję.
Doktor zamrugał zdziwiony, przyjrzał mi się uważnie i zapisał coś na kartce. Dopiero wtedy znów się do mnie zwrócił.
— Czy głosy umilkły?
— Nie. I czemu mówi to pan tak, jakbym oszalała? Nie jestem szalona.
— Oczywiście. Jesteś tylko nieco zagubiona.
Nie odezwałam się. Nie widziałam sensu prowadzenia z nim dyskusji, gdy barwa jego głosu zmieniała się w pełną współczucia i zrozumienia. On nie rozumiał. Nikt nie rozumiał. Jestem na świecie sama jak palec i prawdopodobnie jako jedyna cierpiałam na to schorzenie.
Lekarz odsunął szufladę biurka i wyciągnął z niego plik obrazków. Westchnęłam cicho. Znałam już je na pamięć i miałam dość wałkowania tego samego tematu co tydzień.
— Powiedz mi, co widzisz na obrazkach.
Poniósł do góry papier i moim oczom ukazała się czarna plama zrobiona atramentem. Przekręciłam głowę to w lewo, to w prawo. Tak, nadal wyglądała jak zwykły kleks. Tak, jak co tydzień.
— Atrament — mruknęłam beznamiętnie. Doktor zmarszczył brwi.
— Ale jaki ma kształt? Co ci przypomina?
— Nic mi nie przypomina. To zwykły kleks.
Pan Waters chwycił się za nasadę nosa i pomyślał chwilę. Gdy się odezwał ponownie, w jego głosie wyczułam lekkie poirytowanie i zdenerwowanie. Kąciki moich ust powędrowały w górę.
— Czy choć raz mogłabyś współpracować, Lisette? — powiedział. Wzruszałam ramionami, co wytrąciło go z równowagi.— Jesteś chora. Potrzebujesz pomocy. Z tego, co mówisz, jesteś świadoma zagrożenia a jednak nie robisz nic, kompletnie nic, by to zatrzymać.
Nachyliłam się w jego stronę, tak blisko, jak pozwoliły mi na to łańcuchy, którymi byłam przykuta do twardego krzesła.
— Dlatego, że mnie tutaj trzymacie, choć nie jestem szalona.
— Oczywiście, że jesteś! — warknął. Kącik moich ust drgnął. — Zamordowałaś swoich rodziców, Lisette. Nikt normalny by tego nie zrobił.
Z mojego gardła wydobył się pomruk. Miałam ochotę wyszarpnąć chude dłonie spod łańcuchów i zacisnąć ręce na jego szyi, patrzeć, jak jego oczy nabiegają krwią, twarz sinieje, potem robi się czerwona. Jego ciało wiotczeje po chwili i upada bez życia na podłogę.
Szarpnęłam ręką przykutą do siedzenia. Doktor spojrzał na mnie zdziwiony.
— Co ty wyprawiasz? — spytał zaniepokojony. Uśmiechnęłam się. Jeszcze zobaczysz. Mężczyzna sięgnął telefon stacjonarny, który stał naprzeciw mnie. Niezbyt mądre posunięcie. Z zawrotną prędkością uniosłam nogę i uderzyłam w aparat, który spadł na podłogę i rozbił się w drobne kawałeczki. Doktor wstał gwałtownie i ostro wymówił moje imię, przywołując mnie do porządku. Bez powodzenia. Mógł uważać, mógł nie wypowiadać swojej nic nie wartej opinii na mój temat. Szarpałam się na próżno : łańcuchy nie chciały opaść. Mężczyzna sięgnął po nóż, który leżał obok zdjęć jego rodziny i podszedł w moją stronę, celując we mnie ostrzem. Przełknęłam ślinę, ale nie zamierzałam się łatwo poddać.
— Nigdy stąd nie wyjdziesz — powiedział, teraz już spokojny i opanowany. — Jesteś zagrożeniem dla siebie i społeczeństwa. Pogódź się z tym.
— To nie moja wina — odpowiedziałam niemalże błaganie. — To one siedzą w mojej głowie. To one mnie zmuszają. To nie jest moja wina.
Drzwi otworzyły się i do środka wpadło dwóch ochroniarzy. Nie zareagowali na widok mężczyzny grożącego osiemnastolatce nożem. Rozpięli zręcznie łańcuchy i chwycili mnie mało delikatnie za nadgarstki. Po raz pierwszy, odkąd sięgam pamięciom, stawiałam opór i szarpałam się. Kopałam nogami w powietrzu, starając się uwolnić spod ucisku obu mężczyzn.
— Zostawcie mnie! — wrzeszczałam. — Nie jestem szalona!
— Dajcie jej coś na uspokojenie! — przekrzyczał mnie psychiatra. Splunęłam w jego stronę.
— Dupek!
Drzwi się zatrzasnęły.

sobota, 9 lipca 2016

Rozdział I - Nie jestem szalona


Zamordowałam ich oboje. Zamordowałam rodziców, którzy dali mi życie, karmili mnie, ubierali i kochali. Pamiętam, jak mama wciągała mi przez głowę kwieciste sukienki, wiązała dwa kucyki różową gumką, brała psa i wychodziła ze mną na spacer. Pamiętam, jak tata podnosił mnie wysoko, prawie tak wysoko, że dotykałam nieba. Pamiętam głosy, czyjąś obecność w moim umyśle, nakłaniającą by wziąć największy nóż z kuchni i wbić go w pierś śpiących rodziców. Najpierw ugodziłam ojca. Krew trysnęła na białą pościel. Otworzył oczy, zdołał wychrypieć moje imię i przestał oddychać. Wtedy obudziła się mama. Wrzasnęła na widok stygnących zwłok męża, a później spojrzała nierozumiejącym wzrokiem na moją postać. Wyciągnęła rękę i drżącym głosem poprosiła, bym odłożyła nóż. Podeszłam do niej i ignorując jej przerażone spojrzenie, wbiłam przedmiot w gardło. Pamiętam, że wtedy się śmiałam. Zaczęłam chichotać z rokoszy, czując na całym ciele przyjemne łaskotanie.
Pojawiła się policja. Karetka. Siłą rozłączono mnie od zwłok rodziców, do których się przytulałam. Wbito mi strzykawkę ze środkiem na uspokojenie, gdy wrzeszczałam i kopałam jak opętana.
Opętana. Tak, to słowo pierwsze padło z ust ludzi, którzy o mnie szeptali. Taka grzeczna, radosna dziewczynka nie mogłaby zrobić coś tak okropnego. To nie ona. To złe duchy.
Uwierzcie mnie, ta pierwsza teoria zawierała więcej prawdy niż to, że byłam psychicznie chora. Tak stwierdził psychiatra, sztaby naukowców i bardzo mądrych ludzi. Próbowali wszystkiego. Terapii. Silnych leków. Fachowej opieki. Aż w końcu się mną znudzili i zamknęli w podmiejskim nowojorskim psychiatryku, gdzie myślą, że jestem szalona. Nie jestem. Jak to wszystko miało działać, skoro to One zrobiły wszystko o co mnie obarczono winą? To One były źródłem problemów. To One nakłaniały mnie, szeptały rozkosznie bajki do ucha, a na końcu wepchnęły mi nóż w dłoń. Problem nie tkwi we mnie, tylko w Nich.
Nie pamiętałam jak wygląda słońce. Dla mnie zgasło kilka lat temu. Dziwne. Wydawało się, że nie można bez niego żyć. Ludzie na biegunach szaleją w czasie nocy polarnej, bo nie mogą wytrzymać bez widoku złotej kuli, przemierzającej nieboskłon co dzień. Niemożliwe, a jednak. Nie widziałam słońca przez lata, nie pamiętałam uczucia ciepła na skórze. A jednak nie zwariowałam.
Cztery ściany, które miałam uważać za dom, były uprzednio czysto białe, a teraz brudne i obdarte farby. Zapewne przez ich mieszkankę. Kolejna dziwna rzecz — tylko ja tu przebywałam, a nie przypominam sobie, bym to zrobiła. Przecież nie jestem szalona.
Nie miałam nikogo za towarzysza, prócz prętów w łóżku. A one nie są zbytnio rozmowne. Przecież i tak by mi nie odpowiedziały. Nie jestem na tyle szalona, by próbować mówić do rzeczy martwych.
Nie wiem która godzina, bo nie mam zegarka. Nie wiem, który mamy dzień, bo nie mam kalendarza. Nie wiem, jak wyglądam, bo nie mam lusterka.
Każdy mój dzień wygląda tak samo. Budzę się, dostaje leki, zjem coś, leżę, znów coś mi podają, kolejny posiłek, prowadzą mnie do łazienki bym się umyła i wracam, by dostać kolejne proszki. A potem przychodzi sen, który nie jest wybawieniem, tylko kolejną torturą.
Bo One nie dają mi spać. Nie dają żyć. To wszystko ich wina. Ja nic nie zrobiłam. Nie jestem szalona.
Drzwi otworzyły się, ukazując uśmiechniętą kobietę, tryskającą optymizmem. Jej ciemne włosy, przetkane siwizną, były upięte w ciasnego koka na czubku głowy, a gdy się uśmiechała, w kącikach jej oczu można było zauważyć zmarszczki. Lubiłam ją najbardziej, bo tylko ona nie traktowała mnie tak, jakbym była szalona.
— Dzień dobry, Lisette. Gotowa na dzisiejszy dzień?
Nie. Miałam ochotę skulić się w kącie w pozycji embrionalnej i łkać, łkać i błagać, by mnie wypuścili, bo nie jestem niczemu winna. To nie ja ich zabiłam. Do diabła, tak trudno to pojąć?
Kiwnęłam głową i zwlekłam się z łóżka, na którym siedziałam ubrana po turecku. Kobieta z godną podziwu odwagą weszła do pomieszczenia. W ręku trzymała plastikowy kubek, w którym była woda i proszki, które miała połknąć zaraz przed śniadaniem. Podeszłam do niej wolno i wzięłam oba przedmioty, ignorując strażnika, który zaglądał z zaciekawieniem przez uchylone drzwi. Czy oni muszą mnie śledzić, nawet wtedy, gdy przyjmuje leki? Gdy się kąpię? Gdy idę do łazienki, by załatwić swoje potrzeby?
Odwróciłam się od drzwi i wepchnęłam sobie do ust cztery tabletki, po czym przycisnęłam do ust kubek i szybko wypiłam chłodną wodę. Otarłam usta wierzchem dłoni.
— Co ci się dzisiaj śniło? - zapytała Eva, ścieląc moje łóżko. Wzruszyłam ramionami, a ona zaczęła swoją opowieść. — Mi śnił się pociąg. W pociągu byli ludzie ubrani jak w minionym stuleciu. Kobiety miały długie suknie i gorsety, a mężczyźni staromodne garnitury. Coś pięknego — westchnęła ciężko, jakby było jej żal czasów, które przeminęły, a w których nigdy nie żyła. Uderzyła parę razy pięściami w poduszkę, po czym odłożyła ją na miejsce. Ułożyła starannie kołdrę i wygładziła ją. Wyprostowała się i uśmiechnęła się do mnie, a ja słabo odwzajemniłam gest. Obie wyszłyśmy z mojego pokoju, a strażnik zamknął za nami drzwi, po czym odczekał chwilę i dopiero w odległości kilku kroków zaczął za nami podążać.
Jako jedyna z przebywających w tym szpitalu nie byłam skrępowana. Jedynym zabezpieczeniem była ręka mojej pielęgniarki, troskliwie położona na moich plecach. Inni rzucali się, wrzeszczeli a nawet gryźli. Ja, choć spędziłam tutaj ponad dziesięć lat, nigdy się tak nie zachowałam. Rzucałam ukradkowe spojrzenia, czasami zatrzymywałam wzrok na interesancie dłużej, nawet jeśli to zauważył. Same moje dłonie, będące w nieustannym ruchu, budziły niejaką panikę wśród pacjentów. Oczywiście, były większe i smuklejsze niż wtedy, gdy miałam osiem lat, ale nadal to były dłonie człowieka, który zamordował własnych rodziców.
Przeszłyśmy przez recepcję, gdzie Eva przywitała się z pracownikami i podpisała jakiś papierek, w którym zaświadczała, że przyjęłam wyznaczone na dzisiejszy ranek leki. Ja kiwnęłam tylko głową na dzień dobry i przypatrywałam się z fascynacją zegarkowi z kukułką. Wskazówki wlokły się, każda sekunda mojego życia upływała na przebywaniu w tym psychiatryku, gdzie powinni zamykać szaleńców, a nie normalne dziewczyny, takie jak ja.
Eva delikatnie chwyciła mnie za nadgarstek i pociągnęła w stronę wyjścia. Powinnyśmy przechodzić służbowym przejściem, tak jak reszta. Ale ja byłam inna. Zasadnicza różnica polegała na tym, że nie byłam szalona. Przeszłyśmy obok poważnie wyglądających strażników, którym rzuciłam spojrzenie spod łba i ruszyłyśmy korytarzem do stołówki. Tutaj Eva mnie zostawiła, jak co dzień, by przywitać się ze strażnikiem, odbywającym dyżur i pilnującym bandy wariatów (oraz mnie). Wzięłam plastikową tackę i pokazałam palcem, co sobie życzę. Kuchara rzuciła na mnie spojrzenie pewne niepewności, jakbym miała zadźgać ją widelcem. Rzadko się odzywałam.
Usiadłam sama przy stoliku i w tym samym momencie dołączyła do mnie Eva, przynosząc szklankę wody w jednej ręce, a kartkę papieru w drugiej. Patrzyła na druk ze zmarszczonym czołem, w końcu westchnęła i z uśmiechem wręczyła mi napój. Wzięłam kubeczek i skupiłam całą uwagę na nim.
— Masz dzisiaj sesję, moja droga — zaczęła cicho. Czułam, jak woda, którą pije, staje mi w przełyku. — Będzie dobrze kochanie. Nie masz się czym przejmować.
Oczywiście, pomyślałam, grzebiąc w płatkach śniadaniowych i patrząc, jak odchodzi. To nie tobie będą wmawiać, że jesteś wariatką i jeszcze usilniej próbować to udowodnić. Dlatego najbardziej kochałam śniadania. Tylko wtedy zostawiali mnie w spokoju. Potem było jeszcze gorzej.
Cichy głosik w mojej głowie zaśmiał się, przewidując wspaniałą zabawę.



Wiem, że za mną tęskniliście.
Więc witam Was w drugiej części Alfabetu Morse'a! Podekscytowana? Bardzo! Nie mam pojęcia, jak poradzę sobie z tematem i ze scenami, ale do odważnych świat należy. Tym bardziej, ze moimi jedynymi doświadczeniami na tle miłośnym są seriale, filmy i książki. Jak na razie musi wystarczyć. Ale tylko tak szepcze, że jest perfect. A sceny z Lezie wychodzą bosko. Martwię się bardziej o naszą kochaną Lisette, bo jak na ten moment błądzę, gdy piszę z jej perspektywy. Za długo byłam Mackenzie, która się pojawi, tylko musicie ociupinę poczekać.
Jak tam wakacje? Ja w środę obieram kierunek Wrocław i Zielona Góra, bo jadę odwiedzić rodzinę. Szykuje się pięć długich godzin w aucie. Tyle czasu, by myśleć o rozdziałach! BĘDĘ JECHAĆ AUTOSTRADĄ! Jako kierowca, oczywiście. Bo tak, zdałam. Tata na razie jest w fazie "Muszę pilnować własnej córki, by nas nie zabiła". I czasami dochodzi: "Puść te sprzęgło! Czemu nie zmieniasz biegu? JEZU, JUSTYNA, CO TY WYPRAWIASZ?"
Na blogspocie uaktualniłam zakładkę o bohaterach. Możecie sobie popatrzeć, jeśli chcecie. Co tam jeszcze? Poza tym, że tęskniłam, bo soboty przestały być na miesiąc Lenzie Day i godzina 18.00, przestała być wyznacznikiem najważniejszego wydarzenia tygodnia? No to chyba nic.
Dajcie znać, co myślicie! Tym razem odpowiem na komentarze, bo poprzednim razem trzymałam w napięciu, bo jestem typem człowieka, który jak coś zacznie, to ma ochotę zdradzić całą fabułę. Nie mogę doczekać się Lenzie. Ich relacja będzie duuużo dojrzalsza, będą się żreć jak cholera i nie zabraknie słodkich momentów. Mówiłam, że zacznę gadać?
Whatever, kocham Was. Do zobaczenia za tydzień. Pamiętać: SOBOTA, GODZINA 18.00, WŁĄCZYĆ STATUS "DON'T TOUCH ME".


sobota, 2 lipca 2016

P R O L O G



Dam ci dwie szansę, aby uciec. To będzie najlepsza rzecz, jaką zrobiłeś w życiu i zapewne ostatnia, bo rzucę w ciebie nożem, który utknie w twoich plecach a wtedy będziesz błagał, bym zrobiła ci ostatnią łaskę.
A potem zrozumiesz, że nic ci się nie stało, a ból, który odczuwałeś, był tylko w twojej głowie. Nie oznacza to, że nie będziesz cierpiał.
To pierwsza szansa. Odwróć się na piecie i ucieknij, jeśli nadal chcesz utrzymać się przy zdrowych zmysłach.
Pozwól, że ci coś uświadomię. Zanim skończysz czytać to zdanie, zwariujesz i utkniesz w swojej małej, niewygodnej głowie.
Wszystko, co będziesz czuć, co będziesz widzieć, co będziesz robić, będzie jednym wielkim złudzeniem. Ale to nie znaczy, że jesteś szalony. Jednak w tej chwili mogę cię okłamać. Zdezorientowany? To dobrze. Im mniej wiesz, tym mniej spaw będzie odpowiedzialne za twoje szaleństwo.
Myjesz zęby. Czujesz miętę w uistach, przyjemne łaskotanie szczoteczki na dziąsłach. A pasta jest kwasem, który sprawia, że twoje pękne perełki rozpuszczają się i tak bardzo boli, szczególnie gardło, bo płyn dostał się do twojego przełyku.
Kroisz warzywa. Gdy wrzucasz je do wrzątku, by ugotować zupę, okazuje się, że brakuje ci kilku palców.
Gdy wracasz do domu, zaskakuje cię burza. Twoje całe ubranie nasiąka wodą, włosy zaczynają się kręcić a ty ślizgasz się, aż w końcu upadasz na śliski asfalt. Ale to nie jest zwykła deszczówka, bo deszczówka nie pachnie żelazem i nie barwi twojej białej bluzki na różowo. A z niedaleka, z dużą prędkością, nadjeżdża auto.
Teraz masz drugą szansę. Uciekaj tak szybko, na ile pozwalają ci twoje krótkie nogi. Nie potknij się. Każdy błąd może cię sporo kosztować.
Zapewne już rozgryzłeś, jak powinieneś zapobiec tym sytuacjom. Skoro zwykłe rzeczy są niebezpieczne, to niebezpieczne rzeczy są dozwolone.
Więc śmiało, polej się benzyną i zapal zapałkę. Wystarczy jedna iskra, byś się rozgrzał. Powodzenia ci życzę. Co za głupstwo! A podobno nie jesteś szalony...
Każdy, nawet najbardziej idealny plan miesza się z dozą szaleństwa. Musisz zaryzykować, jeśli chcesz, by twoje marzenia się spełniły. Znajdź ten cholerny sposób i uwolnij się z przeklętego kręgu, w którym cię zamknęłam.
Nie próbuj. Skaleczysz się, gdy będziesz próbował uwolnić się z liny, którą cię oplotłam. Zadaj sobie zasadnicze pytanie: czy to aby na pewno lina? Może to drut kolczasty pod napięciem? Może faktycznie byłoby lepiej, jeśli polałabym cię benzyną?
Teraz stoisz na krawędzi. Balansujesz jak akrobata na linie, by nie spaść w przepaść, w której czają się potwory. Szklana krawędź kaleczy ci stopy, krew spływa po gładkiej tafli przezroczystego lustra a ty nie oddychasz, bo każdy wdech i wydech jest zbyt niebezpieczny. Popatrz jeszcze raz w dół. I co widzisz? Odpowiedź jest fascynująca. Nie widzisz nic. Nidy nie było tutaj żadnych upiorów, żadnej krwi ani żadnej krawędzi. A wiesz dlaczego? Bo jesteś tutaj sam.
Tylko ty i twoja mała, niewygodna głowa.
Przez ten cały czas, wmawiałam ci, że jesteś szalony. Uwierzyłeś? Nie musiałeś. Ludzie uwierzą we wszystko, tylko nie w oczywistą prawdę. Bo jeślibyś w to uwierzył, naprawdę byłbyś szalony.
Widzisz linie mety? To nie meta. To dopiero start. Podobno uciekłeś i biegłeś tak szybko, że twoje serce omal nie pękło z wysiłku. Okłamałeś mnie? A może tylko stałeś i wyobrażałeś sobie, że uciekasz?
Kiedy usłyszysz strzał, podejmij trud i zacznij biec. Aż nie ujrzysz wyciągniętych ramion, gotowych cię złapać i przywitać ze łzami w oczach. I ty również płaczesz, bo uświadamiasz sobie, że to twoje ramiona.
Wytłumacz mi jedną rzecz: jak zamierzałeś uciec od samego siebie?
.
.
.
.
.
.
template by oreuis