sobota, 21 maja 2016

40

{ Włącz muzykę przed każdą częścią, by naprawdę wczuć się w rozdział. Mu­zyka jest sce­nog­ra­fią uczuć. }

 

Znów byłam idealna. Znów wygadałam jak bogini, nieskazitelnie piękna z perfekcyjnym makijażem, fryzurą, strojem.
Znów byłam wrakiem, ale tym razem obiecałam sobie nie zatonąć.
Demofort wrócił następnego dnia. Stałam wtedy w oknie i przyglądałam się jego postaci z daleka. Nie wyglądał na takiego, który łamie obietnice czy próbuje znaleźć luki w paragrafie. Ufałam mu, że wszyscy moi przyjaciele będą bezpieczni.
Gdy zostałam do niego wezwana, pomodliłam się do Boga i poprosiłam o wsparcie Atenę i Afrodytę, które nadal nade mną czuwały. Dolna warga nieco mi drżała, gdy moje kroki odbijały się echem od pustych ścian korytarza. Pokręciłam głową, by się opanować i pchnęłam białe drzwi ze złotymi klamkami.
Byłam w wielkim gabinecie. Dwie ściany zapełniały ogromne regały, wypełnione książkami w złoconych, skórzanych oprawach i greckimi, małymi rzeźbami. Wielkie, miękkie fotele stały na środku pokoju przy stoliczku do kawy. A dalej, w głębi, przy trzeciej ścianie, stało biurko, o które opierał się Demofort z założonymi rękoma na piersi. Jego ciemne włosy były w lekkim nieładzie, prawy kącik ust nieznacznie uniesiony do góry, jakby się nad czymś zastanawiał. Był ubrany jak zwyczajny nastolatek: w jeansy i szarą koszulkę z krótkim rękawem, co pozwalało mi na podziwianie jego dobrze zarysowanych mięśni. Nie przypominał tego chłopaka, który wczoraj groził mi, że ma władze, by jednym słowem mnie zgładzić. Zdecydowanie wolałam go bez zbroi. Nie wyglądał jak bóg. Może nie taki rodzaj boga, jak moja matka czy Zeus. Był przytłaczająco przystojnym chłopakiem z niewalającym uśmiechem, proszącym, by zacząć go całować i nigdy nie wypuścić z objęć. A całował tak dobrze, jak wyglądał.
Zdecydowanie byłam szczęściarą.
Ostrożnie zamknęłam za sobą drzwi i z sercem łomoczącym o moje żebra, odwróciłam się do niego.
— Cześć, Mackenzie.
Nie poruszyłam się, nawet nie uśmiechnęłam. Po prostu gapiłam się na niego jak zbity piesek, który zrobił coś bardzo złego i pragnie łaski. Zaczęłam mieć wątpliwości co do doskonałości mojego planu, gdy go zobaczyłam. Niby był tak bardzo męski i surowy, a z drugiej strony delikatny niczym powiew zimnej bryzy w upalny dzień na plaży. Coś się we mnie obudziło i naprawdę zapragnęłam znaleźć się w jego ramionach, poczuć jego usta na moich, jego palce na mojej nagiej skórze, i och, słodki Panie...
Niech diabli wezmą te cholerne, kobiece hormony.
— Masz ochotę się czegoś napić?
Widzicie? Sam mnie prowokuje. Nawet nie zaczekał na odpowiedź, tylko się odwrócił i zaczął rozlewać bursztynowy płyn do kryształowych szklanek. Zrobiłam cicho pierwszy krok, potem następny...
Gdy się odwrócił ze szklankami w dłoniach, zamarł na mój widok, z wyciągniętym mieczem w jego stronę.
— Mogłaś po prostu powiedzieć, że nie chcesz niczego.
Odstawił jedną szklankę na biurku, a drugą uniósł do idealnych ust. Groziłam mu bardzo ostrym, złotym mieczem, a on sobie popijał jakąś nalewkę i wcale się mną nie przejmował. I to niby kobiet nie można zrozumieć?
— Powiedź mi, Mackenzie —  wymruczał, wbijając we mnie wzrok, a ja prawie zadrżałam, gdy wymówił moje imię. — Czy masz świadomość, że grozisz mi w tej chwili mieczem własnej matki?
Zamrugałam zdziwiona nagłą zmianą tematu. Chłopak uśmiechnął się nieco, zadowolony, że udało mu się mnie zaskoczyć. Dzięki błogosławieństwu Ateny udało mi się trzeźwo myśleć, by wypatrzeć, czy czasem nie szykuje jakiegoś wykrętu. Afrodyta natomiast się właśnie rozpływała. Demofort upił jeszcze jeden łyk i kontynuował.
— Złoty Miecz, mała. Musiałaś czytać Homera i zauważyć fragment, gdzie nazywa ją Panią Złotego Miecza. Potem, gdy Persefona została porwana i na stałe zamieszkała w Podziemiu, dodała jeden z diamentów, który był najpierw granatem.
Jego słowa zlewały się w całość. Atena próbowała mnie uspokoić, Afrodyta zachichotała z uciechy, gdy moja krew się zagotowała i poczułam wściekłość. Tylko jedna osoba ma prawo nazywać mnie "mała" i nie dostać przy tym w zęby. Chłopak zaczął niedbale spacerować, nadal popijając bursztynowy płyn a ja dalej mierzyłam w niego mieczem. Uniosłam brodę do góry,  mając nadzieje, że wyglądam dość pewnie, nawet ubrana w sukienkę w kwiaty.
— Czego chcesz, Mackenzie? — spytał nieco rozbawiony, nadal wymawiając moje imię w ten szczególny sposób. — Osobnego pałacu? Własnego haremu, byś mogła mnie zdradzać na prawo i lewo? Egzotycznych zwierząt? Nieśmiertelności? Mogę dać ci wszystko. Już oddałem ci moje serce i namiętność, jeśli nie jesteś tego świadoma.
Kolejny łyk. Atena kazała czekać na właściwy moment, by uderzyć. Afrodyta darła się w mojej głowie, żeby zastąpić miejsce szklanki i sama dobrać się do jego ust.
Rany, serio? I tak wygląda to "Od początku was wspieram"?
Zatrzymał się i odłożył na stolik szklankę. Przybliżył się tak blisko do czubka miecza, że stykał się z jego piersią. Jednym ruchem mogłam go zgładzić.
— Nie możesz mnie zabić — powiedział cicho, a nasze oczy się spotkały. — Nieśmiertelnego udało się zgładzić tylko Kronosowi, ale ty nie jesteś aż tak potężna. Jesteś w mniejszej połowie śmiertelniczką, sądząc po plamkach w oczach.
Gdy to się stało, obydwie moce napełniły moje ciało. Wzmocniłam uścisk na rękojeści, moje oczy zapłonęły a krew zdawała się być płynną rzeką złotej lawy. Nie pchnęłam miecza w jego pierś, jak wszyscy się tego spodziewali.
— Nie pragnę nieśmiertelności, Demofordzie. Nie chce obdarzyć cię uczuciem, które może być tylko powierzchowne, bo na to nie zasługujesz. Zasługujesz na kogoś, kto kochał cię od dłuższego czasu, kto dalej kocha i kto będzie kochał. I żałuje, ale nie ja jestem tą osobą.
Pierwsze słowa w moim życiu, które ktoś usłyszał. Pierwszy raz nie zwróciłam się do kogoś w notatniku, gestami czy myślami. To był mój głos. Tyle razy go sobie wyobrażałam. Czy byłby niski czy wysoki? Dowiedziałam się tego w ten dzień, gdy Leo mnie pocałował. Gdy zrozpaczona szalałam na podłodze łazienki, rozbita emocjonalnie i z moich ust wypłynęło jedno, krótkie imię, które zmieniło moje życie za zawsze. Przełamałam zaklęcie, rozwiałam Mgłę, którą otoczyła mnie matka. Musiałam długo i ciężko ćwiczyć, by nauczyć się mówić w pięć dni. Z błogosławieństwami bogów to było jak wejście na rower po kilku latach niejeżdżenia. Jakbym potrafiła to od dawna, ale nie wiedziała, jak zacząć. Potem poszło z górki.
Usta Demoforta rozchyliły się i z wrażenia upadł na miękki fotel, przyglądając się mi tak intensywnie, że to aż bolało.
— Przepraszam — wyszeptałam cicho, prawie płacząc.
— Za co?
— Za wszystko — odpowiedziałam i skurczyłam miecz do rozmiarów pierścionka, który spoczął na moim palcu. Uklękłam przy nim. — Za to, że zrobiłam ci nadzieje na nieco wiosny w twoim życiu. Za to, że nieświadomie złamałam serce. Za to, że wbrew twoich oczekiwań nie zjawiłam się od razu, gdy spostrzegłam twoje oddziały. Za to...
Demofort położył mi palec na ustach i uśmiechnął się nieco. Pamiętam, jak raz uciszyłam w ten sposób Leona. Miał naprawdę ciepłe usta. Zabrał dłoń i założył pasmo moich włosów za ucho.
— Wiesz, co to znaczy, Mackenzie? Twoja matka złamie obietnice.
Nie odpowiedziałam. Spojrzałam nieprzytomnie na pierścionek zaręczynowy, spoczywający na moim palcu. Zaczęłam go ściągać, gdy chłopak mnie powstrzymał.
— Zatrzymaj go — powiedział cicho. — Niech ci przypomina o mnie i wszystkich, którzy polegli w tej wojnie.
Kiwnęłam głową i znów wsunęłam go na palec. Zagryzłam dolną wargę i zaczęłam:
— Porozmawiajmy o tej obietnicy na Styks.
— Nie ma sposobu, by ją odwołać — odpowiedział gorzko. — Szukałem wszędzie i wypytywałem wszystkich. Nawet samą Styks.
— Chodziło mi raczej o Despojnię...



Następnego dnia, po długich negocjacjach z moim niedoszłym małżonkiem, zostałam załadowana do jednego z nowszych modeli Mercedesa z zamiarem odwiezienia do Obozu Herosów. Zbyt dużo się działo, by mój umysł mógł to zarejestrować. Obojętny wzrok Chrysotemis, w którym jednak wyczułam nutkę żalu. Zdezorientowana Despojnia, w której oczach zapłonął blask, gdy uśmiechnęłam i skinęłam w jej stronę. Zapach Demoforta, który przytulał mnie na pożegnanie i jego ciepła ręka, gdy pomagał mi wsiąść do samochodu.
— Zawieź ją do Obozu Herosów — rozkazał kierowcy. Uniosłam rękę jak na lekcji języka angielskiego, z zamiarem powiedzenia czegoś. Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, uśmiechnął się jakby próbował powstrzymać śmiech i skinął w moją stronę.
— Właściwie to ja... — zaczęłam, podając mu zwitek papieru. Zmarszczył brwi, ale o nic nie spytał.
Nikt mi nie machał. Nie było łez czy wzruszających pożegnań.
Krajobraz wciąż się przesuwał. Najpierw były to same zielone pola, potem pojawiły się domy i lasy. Daleko, na horyzoncie zajaśniało miasto. Czułam się tak obca, choć przecież się tutaj wychowałam.
Kierowca zatrzymał się, parkując na chodniku. Pomógł mi wysiąść, a ja podziękowałam. Ruszyłam do drzwi rodzinnego domu. Kwiaty domagały się wody, ale gdy tylko się do nich zbliżyłam, więdnące kielichy podniosły się do góry, trawa zrobiła się bardziej zielona. Przycisnęłam dzwonek i czekałam. Rozległo się szczekanie i po chwili otworzył mi mężczyzna dobiegający do czterdziestki. Wyglądał jak wrak samego siebie. Uśmiechnęłam się, czując, jak łzy napływają mi do oczu.
— Tato... — wyszeptałam. Powinien to ode mnie usłyszeć siedemnaście lat temu, gdy byłam niespełna rocznym szkrabem. Obydwoje wpadliśmy sobie w ramiona, a on powtarzał moje imię, tak długo, że moje włosy namokły od jego łez.
Siedziałam zwinięta w kłębek, z kubkiem czekolady w dłoniach i opowiadałam. Opowiadałam o wszystkim co się działo, o moich uczuciach do Leona, o tym, jak zamordowałam człowieka...
— Nie wiem co zrobić, tato... — wyznałam drżącym głosem. — Nie mogę tam wrócić i żyć. Robiłam tyle strasznych rzeczy. On robił tyle okropieństw. Nie potrafiłabym sobie wybaczyć, gdyby...
I tutaj rozpłakałam się jeszcze bardziej i gwałtowniej, więc tata znów musiał mnie uspokajać, głaskać moje włosy i nie wypuszczać z objęć. Już nigdy.
— Nie możesz po prostu nie wrócić, Kenz — stwierdził po chwili. — Powinien znać prawdę, a nie żyć w kłamstwie.
Wiedziałam to. Odetchnęłam, by się uspokoić.
— Jakie to uczucie kogoś kochać? Być dla kogoś wszystkim?
— Pytasz o matkę?
— Tak.
Nigdy nie opowiadał dużo o swojej znajomości z Demeter. Pomimo tak długiego odstępu czasu to wciąż go bolało i miałam tego świadomość. Ale tak bardzo chciałam wiedzieć.
— Tego się nie da opisać słowami. Gdy zobaczyłem twoją matkę po raz pierwszy, byłem studentem. Chciałem kupić kwiaty dla twojej ciotki i akurat ona tam pracowała. Wystarczyło jedno spojrzenie, wiesz? Żadnych słów, tylko jeden przelotny uśmiech. Nie masz pojęcia, ile ja wtedy wydałem na kwiaty, by w  końcu odważyć się ją gdzieś zaprosić. — Tutaj się zaśmiał i zastanowił przez chwilę. — Zamieszkaliśmy razem. Ja dostałem pracę, dość szybko awansowałem. Po dwóch latach pojawiłaś się ty. Byłem tak bardzo szczęśliwy, wszystko było takie idealne. Planowałem się jej oświadczyć. W dzień, gdy odebrałem pierścionek zaręczynowy, postanowiłem zabrać ją na kolację. Wszystko było gotowe i zarezerwowane. Wróciłem do domu, ale Demeter nie było. Tylko ty płakałaś w swoim wózeczku. To było dziwne, że zostawiła cię bez opieki. Dopiero gdy nie wróciła po dwóch godzinach, zacząłem się niepokoić. Następnego dnia zgłosiłem to na policję. Nigdy jej nie odnaleziono. Odeszła, a jedyną miłością w moim życiu byłaś i nadal jesteś ty.
Pocałował mnie w czubek głowy. Uśmiechnęłam się smutno.
— Co się stało z pierścionkiem?
— Masz go na palcu.
Spojrzałam na swoją dłoń. Czyli że mój były pierścionek zaręczynowy... Tata zdawał się czytać w moich myślach.
— Gdy cię zabrała z Obozu, następnego ranka, pojawił się Leo. Był przerażony i jakoś udało mu się wytłumaczyć, że zaginęłaś. Dostał kilka tabletek uspokajających a ja zapewniłem go, że gdy tylko coś będę wiedzieć, zadzwonię. Wieczorem, gdy wróciłem z pracy, pojawiła się u mnie twoja matka. I wszystko wytłumaczyła. Wściekłem się. Nawet potłukłem twoje ulubione talerze. Próbowała mnie uspokoić, a mnie wtedy trochę poniosło. Powiedziałem wszystko, co czułem przez te osiemnaście lat, odkąd mnie zostawiła. Oddałem jej wtedy ten pierścionek i wyszedłem. Jak widać wykorzystała go.
— Masz dobry gust, jeśli cię to pocieszy.
Zaśmiał się tak serdecznie, że moje serce poruszyło się ze wzruszenia. Do drzwi ktoś zadzwonił. Wytarłam oczy i wstałam, z zamiarem otworzenia. Ślizgając się na panelach dotarłam do celu i pociągnęłam za klamkę.
Stała tam, jak gdyby nigdy nic, ubrana w kwiecistą koszulę, ciemne jeansy i wysokie buty na obcasie. Włosy spięła w swoją ulubioną fryzurę.
— Musimy porozmawiać.
Zamknęłam gwałtownie drzwi zaraz przed jej twarzą. Tata zawołał moje imię z salonu. Oparłam się o drzwi, jakby to miało ją powstrzymać. Jej głos przebił się jednak przez drewno.
— Potrzebujesz mnie. Potrzebujesz mojej Mgły, która będzie cię chronić. Nie przeżyjesz bez niej ani dnia w świecie śmiertelników. Będziesz jak wielki neon dla potworów, a dobrze wiesz, że sobie z nimi nie poradzisz. Więc otwórz te cholerne drzwi i porozmawiajmy.




Tata prowadził. Zostałam w domu dwa dni, zanim zdecydowałam, że w końcu muszę to zrobić. Wsiedliśmy do mojego auta, ja na miejscu pasażera. Ciepła ręką mojego rodziciela zaciskała się na mojej dłoni, chcąc przypomnieć, że nadal tutaj jest i mnie wspiera. Gdy dojechaliśmy na miejsce, uścisnął mnie a ja wyszłam na upał i zaczęłam wdrapywać się na wzgórze.
Stanąwszy na szczycie, spojrzałam na panoramę, która rozpościerała się przede mną. Jezioro, domki, arena, Wielki Dom... Ani śladu bitwy, która toczyła się tutaj zaledwie pięć dni temu. Wyciągnęłam notatnik z kieszeni i długopisem napisałam wiadomość.
Alfabetem Morse'a.
Złożyłam karteczkę tak, jak uczyła mnie jedna z nimf a ona uleciała do góry. Duchy zrobią swoje. Udałam się do Wielkiego Domu, gdzie znalazłam Annabeth i Percy'ego. W wielkim skrócie objaśniłam im wszystko.
To krew dziecka boga wojny miała nasycić ziemię. To Afrodyta i Atena były Miłością i Mądrością. To złamana obietnica, że nigdy nie zostawię Leona była najboleśniejszym ciosem zadanym w jego serce.
Chcieli mnie zatrzymać. Zapytać, jak udało mi się rozwiać Mgłę. Ja jednak podążyłam na miejsce spotkania, gorąco modląc się, by się zjawił. Na wzgórzu, gdzie to raz pierwszy udało mi się pobudzić kwiat do rośnięcia. W miejscu moich ćwiczeń.
Oparłam się plecami o drzewo i wpatrzona w krajobraz patrzyłam i czekałam. Minęła pierwsza godzina. Zażyłam upleść dwa wianki. Gdy już miałam się poddać, usłyszałam jak ktoś nadchodzi.
Odwróciłam się do niego, wychodząc mu na spotkanie. Stanął, zaszokowany, a mnie ścisnęło serce, gdy zobaczyłam cień chłopaka, który zawsze był pełen energii, uśmiechnięty i pozytywnie nastawiony do życia.
Staliśmy tak i patrzyliśmy się na siebie. Obydwoje nie mieliśmy pojęcia jak zareagować.
— Wróciłaś — szepnął cicho. Kiwnęłam powoli głową, próbując pozbierać swoje myśli.
Więc po prostu rzuciłam mu się w objęcia i załkałam, jakbym została śmiertelnie raniona. A fakt, że sama zadałam sobie te rany, był okropny. Tak samo jak myśl, że za chwilę będzie ich więcej.
— Kocham cię — wymruczałam i poczułam, jak drętwieje w moich ramionach.
— Mackenzie, czy ty właśnie...
— Kocham cię tak bardzo, że to aż boli — powiedziałam, patrząc mu w oczy. — Mam tylko osiemnaście lat. Ale wiem co mówię. Nie mogłam jeść, nie mogłam spać. Nie mogłam przestać myśleć, co zrobić, by cię uchronić. Podstęp był jedynym wyjściem, Leo. Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam, za to co zrobiłam i co zrobię.
Był tak zaszokowany, że nawet nie odpowiedział. Po prostu się na mnie patrzył, badając moją zapłakaną twarz, którą trzymał teraz w ciepłych dłoniach.
— Nie masz pojęcia, ile razy zastanawiałem się, jakby brzmiał twój głos. Jest bardziej idealny, niż mogłem przypuszczać.
Ciszę pomiędzy nami wypełnił dziwny dźwięk. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że wydobywa się z mojego gardła.
— Mała, ty się śmiejesz — stwierdził zaskoczony. Kiwnęłam głową i zatkałam usta dłonią. — Jakim sposobem?
— To Mgła. To wszystko była Mgła — wyjaśniłam, po czym spoważniałam. Odwlekałam tylko to, co nieuniknione. Chciałabym po prostu znaleźć się w jego ramionach i nigdy nie zostać z nich wypuszczona. Wiedziałam, że musiałam to zrobić. Dla nas obojga.
— Leo — zaczęłam cicho. Jego kciuk gładził mój policzek. — Musze już iść.
Zamarł zaskoczony. Tak, to będzie boleć jeszcze bardziej niż zdrada.
— O czym ty mówisz?
— Nie chcę tu zostać, po tym wszystkim, co się stało. Nie potrafię wybaczyć sobie, że musiałeś dla mnie pozbawiać życia niewinne osoby. Sama zabiłam. Oboje mamy krew na rękach i to z mojego powodu. Nie mogę patrzeć na własne odpicie w lustrze i udawać, że wszystko jest w porządku.
— Chcesz odejść? A potwory? Mackenzie, jesteś niedoświadczona. Zabiją cię jednym ruchem, od kiedy Mgła cię już nie chroni.
Spuściłam oczy, przerywając kontakt wzrokowy.
— Chroni...
— Co proszę?
Oderwałam jego ręce od mojej twarzy. Jego dotyk, choć tak wspaniały i powodujący, że motyle w moim brzuchu szalały, sprawiał również ból.
— Demeter obiecała, że będzie mnie nadal chronić swoją Mgłą. Jako rekompensata za odebranie mi głosu.
Maska, która przybrał Leo, była nie do przeniknięcia.
— Więc mam być na tyle głupi, by pozwolić ci odejść? Mam udawać, że nigdy nie istniałaś? Nigdy cię nie pocałowałem? Oszukiwać się za każdym razem, czuć, że nie mogę cię mieć przy moim boku....
— Będę dla ciebie zawsze. Wrócę, jeśli tylko będziesz potrzebował pomocy. Ale potrzebuje czasu. Ty również, choć nie jesteś tego pewny. Mamy osiemnaście lat i jeszcze wiele przed nami.
— Mówiłaś, że mnie kochasz...
— Nie tylko mówiłam. I to wcale nie jest czas przeszły, Leo.
Nigdy nie rozumiałam bohaterek, które mając wszystko rezygnują z tego dla zwykłego życia i starają się zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło. Sama musiałam to przeżyć, by w końcu zdać sobie sprawę, że choć boli to trzeba to zrobić. Bo inaczej nigdy nie będzie się wolnym.
To był koniec. Koniec mojej opowieści w Obozie Herosów. Koniec historii współczesnej wojny trojańskiej. Koniec Heleny i Parysa.
Leo trzymał mnie za rękę, co był naprawdę dziwnym uczuciem. Szedł u mego boku, gdy zmierzałam na Wzórze Herosów, a potem w dół niego, gdzie drzemał mój tata, czekając na mnie. Czułam, jak drzwi do mitologicznego świata się za mną zamykają.
Uścisnęłam go. Nie był to taki uścisk, jak rok temu. Jakbyśmy byli rodzeństwem i jedno z nas wylatywało pracować za granicą. Teraz było zupełnie inaczej. Jakbyśmy żegnali się przed śmiercią, ze świadomością, że już nigdy więcej się nie zobaczymy. Czułam bicie jego serca, oddech na nagiej skórze mojej szyi. Jego ramiona obejmujące mnie pewnie, aż nabrałam podejrzenia, że nigdy mnie z nich nie wypuści.
— Zawsze będziesz moja, mała.
Zachichotałam cicho. Tak, zawsze będę jego. Teraz już cała. W tym momencie, w tej chwili.
— Jeśli naprawdę chcesz odjeść i już nigdy cię nie zobaczę, to zawsze będę o tobie pamiętał. Przynajmniej wiem, że oddaje cię w równie dobre ręce jak moje...
Nie odpowiedziałam. Oddaliliśmy się od siebie. Nasze twarze były tak blisko, jego usta były zaraz przy moich. Tylko jeden ruch, by je połączyć i jednak się nie rozstać. Leo też się nad tym zastanawiał, a ja wyczułam, jak drżał w moich ramionach. A ja zapewne w jego.
— Jedź — mruknął drżącym głosem, a ja poczułam ciarki na plecach. — Zanim poważnie zacznę się zastanawiać, czy cię znów nie porwać, tym razem w miejsce, gdzie nas nikt nie znajdzie.
Kontakt naszych ciał został przerwany. Otworzyłam drzwi samochodu, budząc tym samym tatę. Uśmiechnął się do Leona, który odwzajemnił gest i pozdrowił go gestem dłoni. Silnik zamruczał, koła ruszyły. Pomachałam mu delikatnie. Chciałam zawołać, żeby nie pozwolił mi popełnić tego błędu, nie pozwolił mi odejść. Ale dałam radę mu tylko pomachać.
Czekałam na to, by ktoś wybuchnął śmiechem i powiedział, że to dobry żart. Czekałam na to, by ktoś dał mi w twarz i zagroził, że to wcale nie jest śmieszne. Czekałam na to, by kto obudził mnie z tego koszmarnego snu. Że to wszystko było kłamstwem. Iluzją. Że nie zmarnowałam szansy na ostatni pocałunek z człowiekiem, który poświęciłby dla mnie wszystko i który bronił mnie, jakbym była wszystkim.
Odeszłam. Nic takiego się nie wydarzyło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis