sobota, 14 maja 2016

39


Przez całe dziesięć dni byłam spychana w cień. Moja rola ograniczała się do siedzenia z założonymi rękami i obserwowania, jak moi przyjaciele giną. Nie godziłam się na to. Ale co miałam robić? Nie potrafiłam dobrze walczyć. Nie mogłabym krzyknąć, by przywołać kogoś na ratunek. Ale dzisiaj była moja bitwa. Gdyby nie błogosławieństwa, którymi zostałam obdarowana, nie odważyłabym się.
Upewniłam się tylko, że mam przy sobie notatnik i piszący długopis. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam do boju.
Słońce rozkosznie grzało mnie w twarz, a letni wiatr bawił się moimi włosami. Szłam pewnie, nie oglądając się za siebie. Skupiłam się na moim celu i do niego brnęłam. Dotarłam na skraj armii Obozu Herosów. Nikt mnie nie zauważył. Byli zbyt przerażeni, by czuć cokolwiek innego. Nie byłam inna. Ale wszystko doskonale maskowałam, skupieniem i pewnością siebie. Szłam obrzeżem armii i nikt nie zwracał na mnie uwagi, nawet gdy stanęłam na jej przodzie.
Nie zatrzymałam się.
Ruszyłam dalej, stawiając lekkie kroki, jakbym unosiła się nad ziemią. Nie oglądnęłam się za siebie, gdy Katie wykrzyczała moje imię. Gdy podniósł się szmer głosów. Przyśpieszyłam, wdrapując się na Wzgórze Herosów.
Moje serce robiło się w drobny mak, gdy usłyszałam, jak Leo mnie nawołuje. Byłam jedna zbyt daleko, by mnie powstrzymać. Kątem oka uchwyciłam jak zaczyna biec, ale Jason przytrzymał go w pasie i próbował uspokoić. Jak Annabeth starała się przemówić mu do rozsądku, jednocześnie posyłając mi spojrzenie, mówiące samo za siebie. Czułam na sobie tysiące oczu mających ten sam wyraz i usta, które posyłały w moją stronę jedno słowo.
Zdrajczyni.
Zablokuj uczucia. Zablokuj. Robiłaś to przez tyle czasu, więc to dla ciebie nie jest problem.
Tak jak powiedziała Przepowiednia, tak się stało. Zdrada.
Pierwsza zauważyła mnie matka. Nigdy nie widziałam jej w takiej postaci: w greckiej, złotej sukni i zbroi. Nie miała jednak żadnej broni, co było dziwne, jak na kogoś, kto postanowił walczyć. Jej włosy były spięte w wysoki kok, choć kilka pasem wymknęło się i zaczęło kręcić na karku i czole. Zmarszczka pomiędzy oczami wygładziła się, a na usta wpłyną pełen wdzięczności uśmiech. Odprężyła się i pobiegła w moją stronę. Uśmiechnęłam się słabo, a ona porwała mnie w ramiona, szlochając w moje włosy i powtarzając moje imię jak zaklęcie, które mogłoby odczarować wszystko, co poszło nie tak.
Położyła ręce na moich ramionach i dokładnie mi się przyjrzała, a na jej twarzy malowała się duma.
— Wiedziałam, że podejmiesz właściwą decyzję.
Uśmiechnęłam się, niezbyt entuzjastycznie i melancholijnie, co wszyscy odczytali jako wzruszenie tym, że znów znalazłam się pod opieką matki. A znad jej ramienia dostrzegłam Demoforta, który stał i przyglądał się mi spod przymrużonych powiek. Odsunęłam na bok matkę i ruszyłam w jego stronę, starając się wyglądać jak najbardziej pewnie siebie. Gdy znalazłam się wystarczająco blisko, ukłoniłam się z gracą, jak mnie uczyły Chrysotemis i Despojnia. I nie wyprostowałam się dopóki nie podszedł do mnie i delikatnie nie ujął mojej brody, unosząc ją do góry. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja wyprostowałam się. Badał wzrokiem moją twarz, każdy jej detal. Mogłabym przypuszczać, że liczy moje piegi, jakby upewniał się, czy to na pewno jestem ja. A ja nie spuściłam głowy.
— Mógłbym cię kazać zabić — zaczął cicho, a ja nawet nie mrugnęłam i nie zerwałam kontaktu wzrokowego. — Mógłbym to zrobić na oczach wszystkich i nikt nie będzie miał o to pretensji.
Wypowiadał te słowa tak delikatnie jakby śpiewał kołysankę. Poczułam dreszcze na całym ciele i to nie spowodowane groźbami skierowanymi do mojej osoby. Powinnam poczuć przerażenie, a mimo tego moje ciało wypełniał przerażający spokój.
Nie wyciągnął miecza i nie wbił go w moją pierś. Zamiast tego przybliżył się do mnie i mocno przytulił. Czułam jak jego ramiona odcinają mnie od doczesnego świata. Odetchnęłam spazmatycznie jak po wielu godzinach ciągłego płaczu. Pachniał migdałami i świeżo ściętym drewnem. To w ogóle do niego nie pasowało.
— Wracajmy do domu — wyszeptał mi w ucho. Kiwnęłam nieznacznie głową, tłumiąc emocję, które rozrywały moje serce, tyle razy przeze mnie pozszywane.
Wypuścił mnie z ramion i już chciał odejść, ale powstrzymałam go, łapiąc za dłoń. Spojrzał na mnie zdziwiony, a ja wyciągałam notatnik i pewnym ruchem napisałam zdanie.
Chciałabym, żebyś obiecał, że nikomu z Obozu Herosów nie stanie się krzywda po moim odejściu. Nawet Leonowi.
— Jak śmiesz — warknęła moja matka, ale Demofort uniósł dłoń, a ona skutecznie zamilkła. To był tak niesamowity widok, że nie miałam pojęcia, czy się śmiać czy być przerażoną.
— To on jest odpowiedzialny za śmierć kilkuset osób. Czemu nie ma ponieść kary? Czemu cały Obóz nie ma zapłacić za tą zniewagę? — spytał spokojnym tonem, wbijając we mnie złote tęczówki. 
Był moim najlepszym przyjacielem. Chciał mnie chronić, tak jak robił to, gdy po raz pierwszy się tutaj znalazłam. A wszyscy półbogowie trzymają się razem. Nie możemy pozwolić sobie na rozłamy.
Zbliżył się do mnie bardzo blisko, ze czułam jego ciepły oddech na ustach.
— Kochasz go, Mackenzie?
Spojrzałam mu głęboko w te niezwykłe oczy, które tak mnie intrygowały. I pokręciłam głową.
Nie.
Patrzyliśmy na siebie przez długą chwilę, zdaję się, trwająca kilka minut.
— Obiecuje — odpowiedział cicho, choć pewnie.
Przyrzeknij na Styks.
— Demofordzie, ty chyba nie na poważnie... — zaczęła moja matka, posyłając w moją stronę mordercze spojrzenie.
— Czy masz pojęcie o co prosisz, Mackenzie? Nie ufasz mi na tyle, by wiedzieć, że dotrzymam obietnicy bez przymusu?
Zdenerwowałam go. Wiedziałam, że posunęłam się nieco za daleko ale i tak musiałam dopilnować tego, by mój dom, który mnie chronił przez ta długi okres czasu był bezpieczny. By osoby, na których mi zależało, miały zapewnioną nietykalność.  Jeśli miałoby to kosztować wysoką cenę.
— Wracamy do domu — twardo zaczęła Demeter i już miała mnie złapać niezbyt delikatnie za ramie. Ale ja byłam szybsza. Jednym ruchem wyciągnęłam Katoptris z pochwy i przyłożyłam go sobie do gardła. Wszyscy, bez wyjątku, wstrzymali oddech. Postawiłam przed sobą cel — wszyscy muszą być bezpieczni. Choćby za cenę mojego życia.
Demeter wyglądała, jakbym kopnęła ją w brzuch. Zasłoniła usta dłonią i pobladła.
— Nie zrobisz tego...
— Zrobi — mruknął cicho Demofort, zaplatając ramiona na piersi — Zdesperowany człowiek jest gotów zrobić więcej niż myślisz...
Zdesperowana? Bardziej pasowałoby tutaj określenie szalona, ale w sytuacji, gdy przykładałam sobie nóż do gardła, nie będę się kłóciła. Demofort westchnął, złapał się za nasadę nosa i zastanowił chwilę. Po czym przemówił:
— Jeśli oddasz sztylet, który trzymasz przy gardle, zrobię to. I nie będziesz próbowała zrobić sobie krzywdy.
Spojrzałam na niego zdeterminowana i czujna. Czy w jego oczach odbijało się zaniepokojenie czy to tylko moje urojenie? I kto tu jest zdesperowany?
Powoli, bardzo powoli, odsunęłam ostrze od mojej szyi. Chłopak wyciągnął dłoń w moją stronę i wyjął narzędzie z mojej ręki. Zadrżałam, gdy jego ciepła i drżąca dłoń musnęła moją skórę.
— Przyrzekam na Styks.


Podróż do mojego nowego "domu" była bardziej niekomfortowa, niż stanie w zatłoczonym autobusie z myślą, że wszyscy jesteśmy sardynkami w wielkiej, metalowej puszce.
Siedziałam ze wzrokiem wbitym w krajobraz, który przesuwał się za przyciemnionymi oknami nowoczesnego samochodu. Demeter siedziała obok mnie, próbując wedrzeć się w moje myśli. Nie dopuszczałam jej nawet do muru, który wokół siebie zbudowałam. Jedynie nieustający szum silnika zakłócał ciszę, która zapadła pomiędzy nami.
Wszystko poszło idealnie. Lepiej nie mogłam sobie tego wymarzyć. Moi przyjaciele byli bezpieczni, Obóz ocalony a ja wciąż żyłam, mimo wystawienia na wielką próbę cierpliwości mojego przyszłego małżonka.
Mógłbym cię kazać zabić. Mógłbym to zrobić na oczach wszystkich i nikt nie będzie miał o to pretensji.
Demeter nie poniesie kary za złamanie przysięgi na Styks, Percy nie będzie musiał zginąć jak mityczny Achilles, a Leo...
Musiałam wysilić wszystkie swoje zmysły, by nie zaszlochać. Musiałam skupić się całą silną wolą, by zagłuszyć jego rozpaczliwy krzyk, gdy wołał moje imię, błagał, żebym wracała. Boże, jak to okropnie bolało. Czułam, jakby ten głos był Katoptrisem, który jednak przebił się przez moją skórę i teraz umierałam w męczarniach, próbując złapać oddech.
Szalona, zdeterminowana, zdesperowana czy po prostu głupia? Albo po prostu zakochana. Chyba to, że nie dostałam jakiego ataku, zawdzięczam tylko i wyłącznie błogosławieństwom.
Gdyby jednak się coś nie udało? Nie teraz, ale później. Za godzinę. Za dwie. Za dzień. Za miesiąc. Byłam odpowiedzialna za śmierć tysiąca osób. Jak długo chcą podtrzymywać moje śmiertelne życie, zanim krew zamieni się w palący ichor? Czy to będzie bolało? Czy to przeżyje?
Bo jeśli coś pójdzie nie tak...
Samochód zatrzymał się. Otworzono drzwi i ręka w białej rękawice pomogła mi wysiąść. Obdarzyłam smutnym uśmiechem jej właściciela, ale ani jeden mięsień nie drgnął na jego twarzy. Demeter stanęła tuż obok mnie i chwyciła mnie za ramię, prowadząc ku wejściu wielkiego domu. Nie był to ów dwór, w którym spędziłam poprzedni miesiąc, choć wcale nie mniej okazały. Gdybym była dzieckiem Ateny, zapewne potrafiłabym nazwać styl budynku oraz jego zdobienia. Ale że byłam córką Pani Od Kwiatów, miałam tylko jeden epitet: był ładny. W drzwiach stały dwie postacie, niecierpliwie nas oczekując. Chrysotemis zawijała sobie złote pasmo swoich włosów na palec i złapała się za serce, gdy mnie zobaczyła. Despojnia natomiast wypatrywała kogoś za naszymi plecami, ale byłyśmy same. Iskierki w jej oczach przygasły, gdy sobie to uświadomiła. A ja ze smutkiem zauważyłam, że nie była pełna gracji i elegancka, jak zwykle. Jej włosy oklapły, miała ciemne worki pod oczami a na ustach gorzki uśmiech, gdy witała się z moją matką. Naszą matką.
— Dzięki bogom! — westchnęła Chrysotemis. — Czy wszystko w...
— Nic nigdy — przerwała jej przyjaciółka, łamiącym się głosem — nie było w porządku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis