sobota, 7 maja 2016

38


Kiedy miałam 15 lat dostałam kręćka na temat odchudzania. Zmotywowałam się i przestałam kupować słodycze, które były moimi przyjaciółkami w samotne wieczory i zastąpiłam je warzywami. Wychodziłam częściej na spacery z Audrey, zaczęłam biegać, uprawiać jogę... Pierwszy miesiąc był idealny. W drugim coś się popsuło i coraz częściej wolałam oglądać filmy niż wyjść na świeże powietrze. W trzecim ćwiczyłam spontanicznie. A w czwartym moja wiara w samą siebie się załamała i stwierdziłam, że nie warto tego dłużej ciągnąć.
Tym razem nie mogłam się poddać. Każdą wolną chwilę spędzałam na ćwiczeniach, niejednokrotnie bijąc w poduszkę ze frustracji i gniewu na samą siebie. I znów zaczynałam. Choć sama nie byłam pewna, czy cokolwiek wyjdzie z mojego Wielkiego Planu A, nie poddawałam się. Może dlatego, że nie miałam opcji B. Wolałam nie myśleć, co będzie jeśli... Takie gdybanie nie prowadziło do niczego dobrego, a wręcz przeciwnie: pogrążyłabym się w melancholii i otchłani smutku. Ile razy obwiniałam się o to, że nie mówię? Ile razy czułam, że mogłabym zacząć, gdybym bardzo się postarała? Nigdy nikomu nie mówiłam o moich podejrzeniach. Nawet gdy znalazłam się w Obozie. Może, gdybym się przełamała i komuś to zasugerowała, udałoby się? Może ta wojna nigdy by się nie rozpoczęła? Nie zginęłoby tyle niewinnych ludzi?
Widzicie? Gdybanie do niczego nie prowadzi. Tylko tracimy czas.
Usiadłam przed lustrem i dokładnie się sobie przyjrzałam. Złote plamki w oczach nie znikły, nawet nie zmalały. Obawiam się, że zostaną tam na wieki wieków, co będzie mi tylko przypominało o tym, że moje śmiertelne ciało zaczęło zamieniać się w boskie. I sama nie wiem, co czuję na myśl o tym. Piegi wydają się bardziej widoczne niż zazwyczaj, włosy zniszczone a cienie pod oczami tak sine, że wyglądam, jakby mnie ktoś pobił. Przez koszmary. Choć miałam zapas wody Lete, nie odważyłam się jej wypić. Choć kusiło mnie nie raz i nie dwa, gdy przebudzałam się wyrwana ze snu i zalana potem. Więc ósmego dnia piłam tyle kawy, ile zdołałam a kofeina skutecznie mnie rozbudzała. Z połączeniem z ADHD, niezbyt gwałtownym i leczonym, odkąd u mnie to wykryto, ale jednak, dawało  mi to mieszankę energii i lekkie napady tiku w prawym kąciku oka. Mogłam więc dalej ćwiczyć. Położyłam się wtedy krótko po północy a wstałam o szóstej, po niebyt miłym śnie. O maku, oczywiście.
Na początek chwilę poćwiczyłam i poszłam się napić kawy. W salonie siedziała Hazel z dwójką dzieciaków, która prawie zasnęła. Jeden z nich się ślinił. Hazel nie poruszyła się nawet na mój widok, zbyt bardzo zatopiona w myślach. Nie narzekam, bo chwila samotności bardzo mi odpowiadała. I nie, nie jestem aspołeczna.
Po trzeciej filiżance gęstego napoju poczułam, jak moja krew zamienia się w kofeinę. To dobrze. Dużo energii, choć mało snu.
Więc ćwiczyłam. I znowu i znowu. Po południu zaczęło mi wychodzić, a ja znów odzyskałam wiarę we własne siły. Zrobiłam sobie zasłużoną przerwę i usiadłam na łóżku, z notatnikiem w dłoni. Zamierzałam wszystko rozpisać.
Pierwszy punkt był dla mnie prosty i niezbyt wymagający.
1. Nieświadomie córka maku zbiegnie — Leo uprowadził mnie odurzając wodą z rzeki Lete wbrew mojej woli.
Zaczęłam gryźć skuwkę od długopisu, bo teraz nie było z górki. Wręcz przeciwnie — czekała mnie wspinaczka na Mont Everest bez zabezpieczeń.
2. Przysięga, że jeden z nich trupem na polu polegnie — Clarisse (?) zginęła, choć nie ona jedyna. To może być odniesienie do każdego.
Pogratulowałam sobie niezwykłej zdolności dedukcji i zapisałam trzeci punkt.
3. I krwią strasznego boga wojny nasyci — Ares zemści się za śmierć jego ukochanej córki. Jak na razie cisza przed burzą.
To prawda. Choć od śmierci Clarisse minęły cztery dni, nic nie wskazywało na to, że Ares zamierza zesłać na nas klęskę. Ale ma przecież dużo czasu. Całą wieczność.
4. Na ten cel zostali herosi powici — każdym życiem herosa dysponuje los ( Wyrocznia, Przepowiednia, cokolwiek) i bogowie. W dużym skrócie:  Świat nigdy nie znalazł dobrej definicji dla słowa wolność.* Przynajmniej nie dla herosów.
Odetchnęłam ciężko. Annabeth pewnie wszystko rozpracowała, ale nie spytałam się jej o rozwiązanie. To chyba był lęk przed poznaniem zakończenia. To tak jak czytanie książki — nie ma zabawy, jeśli zerkniesz na ostatnią stronę opowieści.
5. Strach ją otoczy, wybór w kark dyszy — to chyba o mnie i o moim stanie psychicznym oraz fizycznym.  
Wypiłam łyk letniej już kawy i dokładnie przyglądnęłam się zdaniu. To dobrze czy źle, że targają mną wątpliwości?
6. Zdradę, Mądrość i Miłość ma za towarzyszy — chodzi o Sky, Annabeth i Piper. Mam się do nich zwrócić o pomoc w podjęciu decyzji.
Przeczytałam dwa razy zdanie i naniosłam poprawki.
6. Zdradę, Mądrość i Miłość ma za towarzyszy — chodzi o Sky, Annabeth i Piper. Mam się do nich zwrócić o pomoc w podjęciu decyzji. Nie.
Tak o wiele lepiej. Położyłam się na łóżku, obracając w palcach długopis. Mimo gorąca tego lata, moje palce nadal były zimne i zaczęły drętwieć, a paznokcie siwieć. Nie lubiłam tego uczucia. Szczególnie w zimie, gdy pisałam na laptopie a palce zamieniały się w kawałki drewna mimo ciepła panującego w moim domu.
7. Ta, co obietnice mu szczere składała — pewnie chodzi o obietnice złożoną w Bunkrze 9. Że nigdy go nie zostawię.
To zdanie bolało tak mocno, że nie mogłam się dłużej nad nim zastanawiać. Złamałam mu serce. Wyglądało tak, jakbym wcale nie chciała do niego wracać a później uciekła do lepszego życia. Wygodniejsze i dużo przyjemniejsze, niż niebezpieczne życie herosa, pełne potworów i niebezpieczeństw.
8. Najboleśniejszy cios w jego serce zadała — złamałam mu serce tym, że uciekłam, choć obiecałam zostać. 
Czułam, że to nie jest całe rozwiązanie. Że to tylko część prawdy, którą zawarł Apollo w tej Przepowiedni. Może to wszystko jest jednym, wielkim oszustwem? Może to jest koń trojański w tej wojnie?
Nakreśliłam tabelkę. Po lewej stronie zapisałam imiona mitycznych bohaterów Iliady, a po prawej próbowałam przyporządkować je odnosząc się do tej wojny. Tak Leo stał się Parysem, ja Heleną, Percy był Achillesem, Clarisse Paroklosem, Demeter Agamemnonem, Demofort pełnił funkcję dwóch bohaterów: Hektora i Menelaosa. 
Od myślenia rozbolała mnie głowa. Rzuciłam notatnikiem i znów powróciłam do ćwiczeń, w czasie których, choć próbowałam zaprzestać myślenia, wciąż uciekałam myślami do Przepowiedni.
Przez cały dzień nie widziałam Leona. Czułam się, jakby mnie unikał. Egoistyczne i to bardzo. I to z mojej strony.
Położyłam się po pierwszej, nie mogąc zasnąć po przedawkowaniu kawy dzisiejszego dnia. Dochodziła już druga, kiedy moje powieki skleiły się a umysł zatopił się w słodkiej mgle snów.
Znajdowałam się w wielkiej, przestronnej sali, włożonej marmurem, z greckimi kolumnami i ogniskiem. Z zachwytem przyglądałam się detalom, złotym zdobieniu i delikatności tego pomieszczenia, wcale nie tęskniąc za pałacem Hadesa w Podziemiu. Tutaj wszystko błyszczało, a w marmurowej posadzce mogłam się przeglądać. Jednak nie to robiło największe wrażenie. Robiły je ogromne trony, sztuk dwanaście, po mojej szybkiej kalkulacji. Wiedziałam, gdzie jestem. Połączyłam ze sobą wszystkie elementy i choć nigdy wcześniej tutaj nie byłam, pewność co do lokalizacji miałam całkowitą. Olimp, a dokładniej Sala Obrad.
Nie byłam sama. Naprzeciw siebie siedziały dwie boginie. Ta po mojej prawej miała długie czarne włosy, splecione w warkocz, który opadał jej na plecy. Miała na sobie biała szatę i pełną grecką zbroje. Obok niej spoczywała jej tarcza i hełm, na którym dopatrzyłam się wizerunki gryfów i sfinksów.
Bogini po mojej lewej była natomiast brunetką. Jej włosy zdawały się mieć odcień kawy z mlekiem, a ciemna karnacja zdawała się być idealną opalenizną. Również była odziana w białą szatę, lecz bez zbroi. Na jej nadgarstkach połyskiwały złote bransolety.
Przełknęłam ślinę. Miałam przed sobą Atenę i Afrodytę, a sama byłam ubrana w piżamę.
Boginie piorunowały się wzrokiem. W końcu matka Annabeth westchnęła i odezwała się. Jej głos odbił się echem po sali, choć nie mówiła głośno.
— Wreszcie jesteś. Powinnaś ograniczyć kawę, bo trudno ci zasnąć, a ja nie mam całej wieczności, żeby na ciebie czekać.
Pomyślałam, że to bzdura. Przecież miała całą wieczność, bo była nieśmiertelna. Oczy bogini skierowały się w moja stronę. Były szare, koloru chmur, z których za chwilę miał lunąć deszcz. Przeszył mnie wstyd. Atena najwyraźniej znała moje myśli. Serio? Miałam dość tego, że bogowie traktowali moją głowę jak otwartą książkę, z której w każdej chwili można coś przeczytać.
Afrodyta zmarszczyła nos, co było niezwykle uroczym gestem.
— Jak zwykle potrafisz tylko narzekać. Mogłabyś dać dziewczynie spokój.
Poczułam ulgę, gdy szare oczy przestały świdrować mnie na wylot, a zwróciły się w stronę Afrodyty. Bogini zacisnęła pięści, po czym wzięła głęboki oddech, by się uspokoić. Ta druga nie była wcale spięta i tylko bawiła się swoimi bransoletami. Gdy Atena doprowadziła się do porządku, zwróciła się chłonnym tonem do rywalki.
— Nie jesteśmy tutaj po to, żeby się nawzajem obrażać. Nadal uważam, że ta wojna sprowokowana przez Demeter i tego chłoptasia, jest bezsensu. Tylko marnujemy czas. Powinna się podporządkować woli matki, a potem...
— Chyba śnisz — warknęła Afrodyta. — Ona nie ma prawa zmuszać do tego jakiejkolwiek osoby, a tym bardziej, gdy jej córka oddała serce innemu.
Poczułam, jak płoną mi policzki. Spuściłam wzrok na swoje nagie stopy. Jeśli miałam tutaj stać i być światkiem kłótni byłam gotowa wypić cztery litry mocnej kawy i nie zasnąć do końca życia. Szczególnie, że głównym tematem byłam ja i moje uczucia.
Atena zacisnęła wargi.
— Jednakże... — kontynuowała, nie reagując na zaczepkę i zwracając się do mnie — ...jestem pod wrażeniem, Mackenzie Atkinson. To, czego się podjęłaś i zaplanowałaś... Cała strategia, ćwiczenia, ten hart ducha i upór. To godne samej córki Ateny.
— Też mi komplement — prychnęła bogini miłości. Nieśmiało podniosłam wzrok, zaskoczona pochwałami. Bogini mądrości splotła ręce i przyglądała mi się z dumą. No tak, była również odpowiedzialna za strategię. Ja jednak czułam się tak, jakby natchnęła mnie bogini szaleństwa a nie mądrości.
— Dlatego, choć walczę po przeciwnej stronie, sądzę, że ta walka powinna się już zakończyć. Od ciebie będzie zależeć decydujący ruch. Udzielam ci mojego błogosławieństwa.
Szczęka mi opadła w geście niemego zdumienia. Jeszcze nigdy nie byłam przez nikogo pobłogosławiona.
— I ja również — odparła Afrodyta, po raz pierwszy na mnie patrząc. Jej oczy były koloru świeżo zaparzonej, ciemnej kawy. — To, przez co przeszłaś. To, jak złamałaś wszelkie bariery w imię czegoś, co jest tak kruche, że może runąć w każdej chwili. Te próby rozpaczliwego uratowania ukochanego, byle niestała mu się krzywda. Wolałabyś cierpieć, niżby on miał umrzeć. Od początku was wspieram. I również udzielam ci mojego błogosławieństwa.
Atena prychnęła. Najwyraźniej, przemowa rywalki nie zrobiła na niej wielkiego wrażenia. Bogini miłości machnęła ręką, a ja poczułam zapach róż.
Zatrzepotałam powiekami. Słońce stało już wysoko na niebie. A ja poczułam się wypoczęta i pełna życia jak nigdy wcześniej. Szybko wygrzebałam się z koca i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze.
Moja skóra promieniowała wigorem, zniknęły przebarwienia i niezdrowy odcień. Piegi, choć były, nie rzucały się tak w oczy. Przeciwnie, dodały mi delikatności i zarazem charakteru. Pod oczami nie znalazłam żadnego śladu po tygodniach niezdrowego snu. Żadnych sińców, żadnych worków. W oczach nadal były złote plamki, ale sam ich wyraz się zmienił. Błyszczały i biła z nich pewność siebie. A włosy, które zawsze były splątane po nocy, były gładkie, zdrowe i układały się w urocze fale.
No tak, błogosławieństwo Afrodyty.
Pobiegłam do łazienki i wzięłam ciepły prysznic. Umyłam włosy, choć nie wydawało się to potrzebne. Wysuszyłam je, a one same się ułożyły. Moje ręce wykonały perfekcyjny, idealny makijaż, choć byłam pewna, że to nie moja zasługa.
Gdy wróciłam do pokoju, na łóżku leżała nowa zbroja i grecka suknia. Obok nich spoczywał Katoptris. Podeszłam ostrożnie i pogładziłam idealnie wykonany napierśnik.
Dar od Ateny. A suknia pewnie wybrana przez Afrodytę.
Ubrałam się. Materiał idealnie opływał moje ciało, podkreślał atuty i maskował niedoskonałości. Zawiązałam sandałki i wyprostowałam się. Mogłam iść tak jak stałam, ale nie wydawało mi się to właściwe. Mimo bijącej ode mnie pewności siebie, sprawiałam wrażenie kruchej. Założyłam wiec napierśnik, idealnie pasujący do mojej sylwetki i przypięłam Katoptris do pasa. Dopiero wtedy poczułam się jak Helena Trojańska. Założyłam jeszcze złote bransolety i pociągnęłam usta szminką. Byłam gotowa.
Nikogo nie zastałam w salonie. To dobrze. Wyjrzałam na dwór. W blasku słońca dwie armie przygotowywały się do walki.
Pora stoczyć największą bitwę tej wojny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis