sobota, 28 maja 2016

II CZĘŚĆ — OPĘTANA

W wieku siedmiu lat zamordowała rodziców. Nie była szalona. Po prostu słyszała Głosy. I znaleźli ją po dziesięciu latach, zamkniętą w obskurnym psychiatryku. Teraz wie, że potwory które widziała są prawdziwe. Głosy są prawdziwe.
I prawdziwy jest też On, próbujący rozpalić swoimi ognistymi dłońmi światło w jej sercu.



Leo Valdez czuje, żee w życiu już nigdy nie będzie szczęśliwy, odkąd jego ukochana odeszła 3 lata temu. Jego serce zostaje otoczone murem, który nikt nie jest w stanie skruszyć. Próbuje zagłuszyć ból pomagając innym, biorąc na siebie zadania i wyprawy, które często wymagają od niego ryzykowania życia. Chłopak jednak o to nie dba. Gdy pewnego raz odwiedza bibliotekę, w jego ręce wpada numer gazy lokalnej sprzed osiemnastu lat. Z artykułu z pierwszej strony dowiaduje się o niejakiej Lisette Evans, która zamordowała swoich rodziców, bo tak nakazały jej Głosy. Leo, zafascynowany historią, postanawia bliżej się jej przyjrzeć. Wkrótce odkrywa, że dziewczyna jest herosem. 



P R E M I E R A  2   L I P C A   2 0 1 6

Podziękowania i informacje

Zawsze, gdy kończyłam jakieś opowiadanie, znalazła się tam część, gdzie dziękowałam osobom za wytrwaniem z bohaterami do końca. Tym razem nie będzie inaczej, choć po raz pierwszy mam wielką pustkę w głowie. Nie chce pominąć nikogo, ale jednak to nie jest możliwe. Więc nie gniewajcie się, jeśli Was nie uwzględniłam. Dla każdego jest miejsce w moim sercu, a z każdym czytelnikiem ono rośnie i pęcznieje, tak samo jak rosła miłość Leona i Mackenzie.
Na początku chce podziękować mojej najdroższej Klaudii, która jako pierwsza poznała fabułę. Pamiętam, że gdy wpadłam na pomysł niemej heroski, w mojej głowie zaświtała myśl — a Klaudia? Przecież ona tłumaczy opowiadanie, gdzie też jest dziewczyna, która nie mówi. Przy okazji załączam jego małą reklamę i zachęcam do czytania, bo moja iadala odwala kawał dobrej roboty. Gdy zdobyłam się na odwagę by zapytać o pozwolenie, zbezczeszczała mnie: Pisz, idiotko, a nie mnie się pytasz! Byłam naprawdę szczęśliwa, bo miałam już napisane 10 rozdziałów a wizja Lenzie rosła i spędzała mi sen z powiek. Dziękuję mojej księżniczce z całego serca.
Dziękuję również Dominice, która nie czytała Alfabetu, ale jest moim natchnieniem i inspiracją. Wie, jak mnie rozśmieszyć, co napisać i powiedzieć, gdy mam okropnego doła. Jej niebywały gust co do literatury i muzyki sprawia, że się rozwijam. Jest najlepszą przyjaciółką i wsparciem, którego słowami się opisać nie da. Jest zbyt wspaniała i mój mały umysł czasami jej nie docenia tak bardzo, jak na to zasłużyła. Dziękuję za to, że po prostu jesteś, radźkumari.
Dziękuję mojemu Hypnosiątkowi, Natalii, o oczach koloru najpiękniejszego błękitu, jaki w życiu widziałam. Za to, że ekscytowała się każdym rozdziałem, wątkiem, knuła plany i intrygi, byle mnie podejść, bym zdradziła choć rąbek tajemnicy. To było piękne, gdy przychodziłam do szkoły w poniedziałek, a ona przeszywała mnie tymi pięknymi oczami i groziła: "Zabiję cię za to". Czułam wtedy, że ktoś mnie kocha.
Dziękuję Ani, która zakochała się w Leonie, tak, jak podejrzewałam. Mojej siostrze Ewelinie, która zawsze czekała na rozdział z Nikiem i przypominała mi, że za dwie minuty publikuje finał. Mojej drugiej siostrze, Karolinie, która uważa, że Alfabet wydaje się dla niej zbyt poważny. Moim rodzicom za wszystko.
Nadeszła pora na internetowych czytelników. Jesteście z całej Polski. Co tydzień jednoczyliśmy się o 18 w sobotę, by razem przeczytać kolejny rozdział. Dziękuję tym, którzy komentowali żarliwie, a w nich znajdują się: _natunka_, juli3nne, AALivee, PercieJackson, Milimili2003, justi5643, Nyalithe, pleasemaggie, Malarka1, , , Avinashii, MagicznyZbik, Creepy_143_, ggoliaa, Absailer, outdressed, merybery13, Nathalia3455, CorkaApollina, maggie_aggie, Marzycielka089,werewolf_806, psyhopatkanefilim, XshyyyX, xxikstett, books_queen19 i wielu innym, których spisać nie potrafię. Uwielbiałam odpisywać Wam na komentarze, żartować z Wami i płakać. Sprawialiście, że nieraz plułam się wodą czytając komentarze i krztusiłam ze śmiechu. Wasze teorię, spiski, rozpaczanie, wybuchy euforii i przekręcanie imienia Demoforta sprawiały, że czułam się szczęśliwa. Dziękuję tym, którzy zostawili jeden krótki komentarz i tym którzy pisali regularnie całe litanie. Jesteście najlepszymi czytelnikami i nie zamieniłabym Was na nikogo innego. Dziękuję za każdą gwiazdkę, wyświetlenie. Za każde zerkniecie i polecenie.
Za to, że pozwoliliście żyć Lenzie w Waszych sercach. Że ożywali w Waszych myślach. Że kochaliście moje postacie tak samo mocno, jak ja. Że dajecie mi nadzieje. Że wciąż wierzycie w szczęśliwe zakończenie, tak jak bajkach. Nie chciałam, by moje fanfiction było przesłodzonym romansidłem, którym kierują czytelnicy. Pisałam moją historię i niekiedy nie akceptowaliście moich rozwiązań. To zrozumiałe. Jak to powiedział Shakerspeare: Niech smu­tek będzie dla nas kiedyś miłym wspomnieniem.
Dziękuję za każdą chwilę.
Dziękuje Wam. Dziękuję, dziękuję, dziękuję!




Wszyscy z zapartym tchem czekają na oficialną informację, którą napiszę właśnie teraz. Jesteście gotowi?
DRUGA CZĘŚĆ ALFABETU JEST OFICJALNIE POTWIERDZONA
Premierę ustaliłam na 2 lipca 2016 roku. W tym czasie chce, by pierwsza cześć nadal docierała do jak największej liczby osób i by przybyło fanów Lenzie. Jeśli chcecie być informowani na bieżąco, zapraszam na grupę na facebooku: LINK . Chce, byście to wy ją tworzyli, wymieniali się spostrzeżeniami i napisali mi, czego zabrakło w pierwszej części, a ja uwzględnię zagadnienia w drugiej części. Choć rzadko zaglądam na facebooka, postaram się odpowiadać na komentarze i być aktywna. W końcu jesteście moją rodziną.
Na początku chciałabym Was poprosić, by nie zraziliście się pierwszymi rozdziałami. Możecie być nieco zdezorientowani, co do nowych bohaterów i sytuacji w Obozie, zachowania Leona i tak dalej. I czekali cierpliwie. "Nie trać nig­dy cier­pli­wości; to jest os­tatni klucz, który ot­wiera drzwi. ", powiedział Antoine de Saint-Exupéry. Proszę Was o to samo.
Do zobaczenia moi drodzy.


Justyna xxx

EPILOG


Smętne nuty starej piosenki wypełniły salę Bunkru 9, nie rozpraszając ani trochę ciemności, która spowiła każdy zakamarek tego pomieszczenia. Głos wokalisty nie płynął z wielkich głośników umieszczonych na ścianie, tylko ze starego i zaniedbanego gramofonu, leżącego pomiędzy nic nie wartymi rzeczami.
Leo Valdez opierał się o zimną ścianę, siedząc i wbijając wzrok w nieistniejący punkt. W palcach obracał nieco zniszczoną już okładkę winowego wydania płyty "The Beatles", którą dostał w zeszłoroczne święta. Wsłuchiwał się dokładnie w słowa, wychwytywał każdą nutę, każdy akord. Nigdy nie robił tego z taką precyzją, ale nawet to nie zdołało zagłuszyć myśli, które kłębiły się w jego głowie. A zarazem było w niej tak cicho, że czuł przytłaczającą pustkę i samotność.
— I tak mnie zostawiła, choć obiecała — powiedział głośno, wypowiadając jedyną myśl, która nie do końca się ukształtowała.
— Czy jesteś tego pewien, mój drogi?
Leo uśmiechnął się bez cienia humoru, gdy tylko usłyszał to zdanie. Niczego w życiu nie mógł być pewien. Stracił tak wiele, przeżył tak wiele, że myślał, że nigdy nie poczuje chwili szczęścia. A jednak ją zaznał. Nawet dwie. A teraz ona odeszła nie zostawiając najmniejszego śladu nadziei, że wrócił. Połamała jego skrzydła, które sama pielęgnowała i poskładała, gdy spadł z tak wysoka.
— Nie. Znam ją na tyle długo, by spodziewać się najmniej rozsądnego wyboru. Ale tym razem chyba to naprawdę koniec.
Kątem oka dostrzegł ruch, gdy zsunęła się ze stołu, na którym piętrzyły się szkice i niedokończone plany. Poruszała się z gracją, która olśniła go za pierwszym razem. W tym samym miejscu, choć w innych okolicznościach, zjawiła się i przewróciła cały jego świat do góry nogami.
— Pamiętasz, co ci powiedziałam rok temu, Płomyczku?
Leo zwilżył wargi językiem. Pamiętał to doskonale. Wyraziście. Jeszcze przez długi czas zastanawiał się, czy to nie jego umysł spłatał mu figle. A potem pojawiła się Mackenzie z troską wypisaną na twarzy. Poprosił ją wtedy, by przyrzekła, że nigdy go nie zostawi. Tak po prostu, bez żadnego powodu. A ona kiwnęła głową.
— Stracisz ją, choćbyś starał się zatrzymać ją przy sobie za wszelką cenę. Odejdzie. Pomacha ci na do widzenia a ty będziesz czuł, jakby cały świat stracił kolory i nadeszła wieczna zima.
Sam nie był pewny, czy to jego głos czy nie. Było w nim tyle goryczy, tyle złości, zrezygnowania i bólu, że aż się skrzywił. A ona poprawiła w kawału zbitego lustra swoją szminkę i ukucnęła przy nim.
— Właśnie. Pomacha ci na do widzenia.
Leo spojrzał na nią bez zbytniego entuzjazmu. Afrodyta, choć bogini miłości i — jak się mogło wydawać — szczęścia, zdawała się wysysać z niego całą energię życiową. Nie poprawiała mu wcale humoru. Chciał być sam. Chciał słuchać Beatelsów tak długo, aż zaśnie i zapadnie w niespokojny sen, gdzie będzie słyszał jej śmiech. Zaśmiała się wtedy po raz pierwszy w życiu.
— Musisz nauczyć się rozróżniać różnicę pomiędzy "do widzenia" a "żegnaj". Kalipso powiedziała "żegnaj". A Mackenzie nie była w stanie nawet powiedzieć "do widzenia".
— Przestań — powiedział cicho, drżącym i zmęczonym głosem. — Robisz mi fałszywą nadzieje, że kiedyś wróci.
Afrodyta uśmiechnęła się marzycielsko.
— Do wszystkiego trzeba mieć umiar, Leo. Nie możesz się załamać i siedzieć tutaj, wspominając jej zapach, dotyk jej ust i kolor oczu. Wiem, że to trudne, ale masz wiele do zrobienia. Potrzeba czasu, by serce mogło się posklejać. I jej, i twoje. Poza tym nie pobłogosławiłabym was, gdybym wiedziała, że to koniec.
Leo odłożył okładkę obok starego gramofonu i patrzył, jak igła podnosi się do góry. Nienawidził tego, że wszyscy oczekiwali od niego, że on również się podniesie. Stracił matkę. Rodzina się od niego odwróciła. Uciekał od rodzin adopcyjnych. Trafił do szkoły przetrwania. Czuł się jak siódme koło u wozu. Poświęcił życie dla osoby, która i tak go zostawiła i nic nie zmieniało tego, że i tak wrócił do żywych. Miał krew na rękach dla dziewczyny, która nie mogła patrzeć na ich błędy.
Afrodyta chwyciła go za podbródek i zmusiła, by spojrzał jej w oczy. Brązowe ze złotymi plamkami.
— Jej decyzja uchroniła cię, Leo. Nie masz pojęcia, jak bardzo bogowie pragnęli twojego unicestwienia za to, że spowodowaliście śmierć tak wielu herosów.
— Super — mruknął chłopak, niezbyt się tym przejmując.
— Zdołałam ich przekonać, że twoje złamane serce będzie najlepszą karą.
— Wiesz, zbyt wiele razy było złamane, by to była jakaś oryginalna kara.
— Ale tym razem jest inaczej.
Leo nie odpowiedział. Afrodyta była w doskonałym humorze. Chwyciła płytę i odwróciła ją, a następnie delikatnie postawiła igłę. Popłynęła piosenka She Loves You, którą bogini zaczęła nucić. A Leo zapadł się w wspomnienia.
And she told me what to say. She says she loves you and you know that can't be bad.
Leo przymknął oczy. Czy to naprawdę nigdy nie odejdzie? Te uczucie pustki, że stracić coś, co mógł zatrzymać? Mógł powiedzieć nie. Mógł ją przekonać, by zmieniła zdanie.
— Nie wiedzieć czemu, kochanie, słodka miłość zostawiła nam na pożegnanie gorzkie rozczarowanie — zacytowała Afrodyta i pogładziła jego policzek. Czuł, jak bogini się podnosi i odchodzi. Został sam, jak zawsze.
Mógł ją wtedy pocałować. Mógł złączyć ich usta i mieć ją dla siebie i tylko dla siebie. Uciec razem gdzieś, gdzie nikt by ich nie znalazł. Wtedy mogłaby się śmiać i uśmiechać, a on czułby się szczęśliwy. Czemu tego nie zrobił? Czemu nie rzucił się pod koła tego cholernego samochodu i nie błagał jej na kolanach, by została. Nie musiałby tego robić. Widział, jak chciała to przerwać. Jak bolało ją każde słowo. Nawet, gdy mówiła, że go kocha. Jego jedno słowo wystarczyłoby, by zmieniła zdanie. Gdyby tylko się odważył i poprosił, by z nim została.
Wokalista śpiewał, a jego głos odbijał się echem od ścian Bunkra 9, gdzie samotny chłopak z talentem przywoływania ognia do rąk, nie potrafił zapalić iskry nadziei w swoim życiu.
You know you should be glad. With a love like that you know you should be glad. With a love like that, you know you should be glad!

sobota, 21 maja 2016

40

{ Włącz muzykę przed każdą częścią, by naprawdę wczuć się w rozdział. Mu­zyka jest sce­nog­ra­fią uczuć. }

 

Znów byłam idealna. Znów wygadałam jak bogini, nieskazitelnie piękna z perfekcyjnym makijażem, fryzurą, strojem.
Znów byłam wrakiem, ale tym razem obiecałam sobie nie zatonąć.
Demofort wrócił następnego dnia. Stałam wtedy w oknie i przyglądałam się jego postaci z daleka. Nie wyglądał na takiego, który łamie obietnice czy próbuje znaleźć luki w paragrafie. Ufałam mu, że wszyscy moi przyjaciele będą bezpieczni.
Gdy zostałam do niego wezwana, pomodliłam się do Boga i poprosiłam o wsparcie Atenę i Afrodytę, które nadal nade mną czuwały. Dolna warga nieco mi drżała, gdy moje kroki odbijały się echem od pustych ścian korytarza. Pokręciłam głową, by się opanować i pchnęłam białe drzwi ze złotymi klamkami.
Byłam w wielkim gabinecie. Dwie ściany zapełniały ogromne regały, wypełnione książkami w złoconych, skórzanych oprawach i greckimi, małymi rzeźbami. Wielkie, miękkie fotele stały na środku pokoju przy stoliczku do kawy. A dalej, w głębi, przy trzeciej ścianie, stało biurko, o które opierał się Demofort z założonymi rękoma na piersi. Jego ciemne włosy były w lekkim nieładzie, prawy kącik ust nieznacznie uniesiony do góry, jakby się nad czymś zastanawiał. Był ubrany jak zwyczajny nastolatek: w jeansy i szarą koszulkę z krótkim rękawem, co pozwalało mi na podziwianie jego dobrze zarysowanych mięśni. Nie przypominał tego chłopaka, który wczoraj groził mi, że ma władze, by jednym słowem mnie zgładzić. Zdecydowanie wolałam go bez zbroi. Nie wyglądał jak bóg. Może nie taki rodzaj boga, jak moja matka czy Zeus. Był przytłaczająco przystojnym chłopakiem z niewalającym uśmiechem, proszącym, by zacząć go całować i nigdy nie wypuścić z objęć. A całował tak dobrze, jak wyglądał.
Zdecydowanie byłam szczęściarą.
Ostrożnie zamknęłam za sobą drzwi i z sercem łomoczącym o moje żebra, odwróciłam się do niego.
— Cześć, Mackenzie.
Nie poruszyłam się, nawet nie uśmiechnęłam. Po prostu gapiłam się na niego jak zbity piesek, który zrobił coś bardzo złego i pragnie łaski. Zaczęłam mieć wątpliwości co do doskonałości mojego planu, gdy go zobaczyłam. Niby był tak bardzo męski i surowy, a z drugiej strony delikatny niczym powiew zimnej bryzy w upalny dzień na plaży. Coś się we mnie obudziło i naprawdę zapragnęłam znaleźć się w jego ramionach, poczuć jego usta na moich, jego palce na mojej nagiej skórze, i och, słodki Panie...
Niech diabli wezmą te cholerne, kobiece hormony.
— Masz ochotę się czegoś napić?
Widzicie? Sam mnie prowokuje. Nawet nie zaczekał na odpowiedź, tylko się odwrócił i zaczął rozlewać bursztynowy płyn do kryształowych szklanek. Zrobiłam cicho pierwszy krok, potem następny...
Gdy się odwrócił ze szklankami w dłoniach, zamarł na mój widok, z wyciągniętym mieczem w jego stronę.
— Mogłaś po prostu powiedzieć, że nie chcesz niczego.
Odstawił jedną szklankę na biurku, a drugą uniósł do idealnych ust. Groziłam mu bardzo ostrym, złotym mieczem, a on sobie popijał jakąś nalewkę i wcale się mną nie przejmował. I to niby kobiet nie można zrozumieć?
— Powiedź mi, Mackenzie —  wymruczał, wbijając we mnie wzrok, a ja prawie zadrżałam, gdy wymówił moje imię. — Czy masz świadomość, że grozisz mi w tej chwili mieczem własnej matki?
Zamrugałam zdziwiona nagłą zmianą tematu. Chłopak uśmiechnął się nieco, zadowolony, że udało mu się mnie zaskoczyć. Dzięki błogosławieństwu Ateny udało mi się trzeźwo myśleć, by wypatrzeć, czy czasem nie szykuje jakiegoś wykrętu. Afrodyta natomiast się właśnie rozpływała. Demofort upił jeszcze jeden łyk i kontynuował.
— Złoty Miecz, mała. Musiałaś czytać Homera i zauważyć fragment, gdzie nazywa ją Panią Złotego Miecza. Potem, gdy Persefona została porwana i na stałe zamieszkała w Podziemiu, dodała jeden z diamentów, który był najpierw granatem.
Jego słowa zlewały się w całość. Atena próbowała mnie uspokoić, Afrodyta zachichotała z uciechy, gdy moja krew się zagotowała i poczułam wściekłość. Tylko jedna osoba ma prawo nazywać mnie "mała" i nie dostać przy tym w zęby. Chłopak zaczął niedbale spacerować, nadal popijając bursztynowy płyn a ja dalej mierzyłam w niego mieczem. Uniosłam brodę do góry,  mając nadzieje, że wyglądam dość pewnie, nawet ubrana w sukienkę w kwiaty.
— Czego chcesz, Mackenzie? — spytał nieco rozbawiony, nadal wymawiając moje imię w ten szczególny sposób. — Osobnego pałacu? Własnego haremu, byś mogła mnie zdradzać na prawo i lewo? Egzotycznych zwierząt? Nieśmiertelności? Mogę dać ci wszystko. Już oddałem ci moje serce i namiętność, jeśli nie jesteś tego świadoma.
Kolejny łyk. Atena kazała czekać na właściwy moment, by uderzyć. Afrodyta darła się w mojej głowie, żeby zastąpić miejsce szklanki i sama dobrać się do jego ust.
Rany, serio? I tak wygląda to "Od początku was wspieram"?
Zatrzymał się i odłożył na stolik szklankę. Przybliżył się tak blisko do czubka miecza, że stykał się z jego piersią. Jednym ruchem mogłam go zgładzić.
— Nie możesz mnie zabić — powiedział cicho, a nasze oczy się spotkały. — Nieśmiertelnego udało się zgładzić tylko Kronosowi, ale ty nie jesteś aż tak potężna. Jesteś w mniejszej połowie śmiertelniczką, sądząc po plamkach w oczach.
Gdy to się stało, obydwie moce napełniły moje ciało. Wzmocniłam uścisk na rękojeści, moje oczy zapłonęły a krew zdawała się być płynną rzeką złotej lawy. Nie pchnęłam miecza w jego pierś, jak wszyscy się tego spodziewali.
— Nie pragnę nieśmiertelności, Demofordzie. Nie chce obdarzyć cię uczuciem, które może być tylko powierzchowne, bo na to nie zasługujesz. Zasługujesz na kogoś, kto kochał cię od dłuższego czasu, kto dalej kocha i kto będzie kochał. I żałuje, ale nie ja jestem tą osobą.
Pierwsze słowa w moim życiu, które ktoś usłyszał. Pierwszy raz nie zwróciłam się do kogoś w notatniku, gestami czy myślami. To był mój głos. Tyle razy go sobie wyobrażałam. Czy byłby niski czy wysoki? Dowiedziałam się tego w ten dzień, gdy Leo mnie pocałował. Gdy zrozpaczona szalałam na podłodze łazienki, rozbita emocjonalnie i z moich ust wypłynęło jedno, krótkie imię, które zmieniło moje życie za zawsze. Przełamałam zaklęcie, rozwiałam Mgłę, którą otoczyła mnie matka. Musiałam długo i ciężko ćwiczyć, by nauczyć się mówić w pięć dni. Z błogosławieństwami bogów to było jak wejście na rower po kilku latach niejeżdżenia. Jakbym potrafiła to od dawna, ale nie wiedziała, jak zacząć. Potem poszło z górki.
Usta Demoforta rozchyliły się i z wrażenia upadł na miękki fotel, przyglądając się mi tak intensywnie, że to aż bolało.
— Przepraszam — wyszeptałam cicho, prawie płacząc.
— Za co?
— Za wszystko — odpowiedziałam i skurczyłam miecz do rozmiarów pierścionka, który spoczął na moim palcu. Uklękłam przy nim. — Za to, że zrobiłam ci nadzieje na nieco wiosny w twoim życiu. Za to, że nieświadomie złamałam serce. Za to, że wbrew twoich oczekiwań nie zjawiłam się od razu, gdy spostrzegłam twoje oddziały. Za to...
Demofort położył mi palec na ustach i uśmiechnął się nieco. Pamiętam, jak raz uciszyłam w ten sposób Leona. Miał naprawdę ciepłe usta. Zabrał dłoń i założył pasmo moich włosów za ucho.
— Wiesz, co to znaczy, Mackenzie? Twoja matka złamie obietnice.
Nie odpowiedziałam. Spojrzałam nieprzytomnie na pierścionek zaręczynowy, spoczywający na moim palcu. Zaczęłam go ściągać, gdy chłopak mnie powstrzymał.
— Zatrzymaj go — powiedział cicho. — Niech ci przypomina o mnie i wszystkich, którzy polegli w tej wojnie.
Kiwnęłam głową i znów wsunęłam go na palec. Zagryzłam dolną wargę i zaczęłam:
— Porozmawiajmy o tej obietnicy na Styks.
— Nie ma sposobu, by ją odwołać — odpowiedział gorzko. — Szukałem wszędzie i wypytywałem wszystkich. Nawet samą Styks.
— Chodziło mi raczej o Despojnię...



Następnego dnia, po długich negocjacjach z moim niedoszłym małżonkiem, zostałam załadowana do jednego z nowszych modeli Mercedesa z zamiarem odwiezienia do Obozu Herosów. Zbyt dużo się działo, by mój umysł mógł to zarejestrować. Obojętny wzrok Chrysotemis, w którym jednak wyczułam nutkę żalu. Zdezorientowana Despojnia, w której oczach zapłonął blask, gdy uśmiechnęłam i skinęłam w jej stronę. Zapach Demoforta, który przytulał mnie na pożegnanie i jego ciepła ręka, gdy pomagał mi wsiąść do samochodu.
— Zawieź ją do Obozu Herosów — rozkazał kierowcy. Uniosłam rękę jak na lekcji języka angielskiego, z zamiarem powiedzenia czegoś. Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, uśmiechnął się jakby próbował powstrzymać śmiech i skinął w moją stronę.
— Właściwie to ja... — zaczęłam, podając mu zwitek papieru. Zmarszczył brwi, ale o nic nie spytał.
Nikt mi nie machał. Nie było łez czy wzruszających pożegnań.
Krajobraz wciąż się przesuwał. Najpierw były to same zielone pola, potem pojawiły się domy i lasy. Daleko, na horyzoncie zajaśniało miasto. Czułam się tak obca, choć przecież się tutaj wychowałam.
Kierowca zatrzymał się, parkując na chodniku. Pomógł mi wysiąść, a ja podziękowałam. Ruszyłam do drzwi rodzinnego domu. Kwiaty domagały się wody, ale gdy tylko się do nich zbliżyłam, więdnące kielichy podniosły się do góry, trawa zrobiła się bardziej zielona. Przycisnęłam dzwonek i czekałam. Rozległo się szczekanie i po chwili otworzył mi mężczyzna dobiegający do czterdziestki. Wyglądał jak wrak samego siebie. Uśmiechnęłam się, czując, jak łzy napływają mi do oczu.
— Tato... — wyszeptałam. Powinien to ode mnie usłyszeć siedemnaście lat temu, gdy byłam niespełna rocznym szkrabem. Obydwoje wpadliśmy sobie w ramiona, a on powtarzał moje imię, tak długo, że moje włosy namokły od jego łez.
Siedziałam zwinięta w kłębek, z kubkiem czekolady w dłoniach i opowiadałam. Opowiadałam o wszystkim co się działo, o moich uczuciach do Leona, o tym, jak zamordowałam człowieka...
— Nie wiem co zrobić, tato... — wyznałam drżącym głosem. — Nie mogę tam wrócić i żyć. Robiłam tyle strasznych rzeczy. On robił tyle okropieństw. Nie potrafiłabym sobie wybaczyć, gdyby...
I tutaj rozpłakałam się jeszcze bardziej i gwałtowniej, więc tata znów musiał mnie uspokajać, głaskać moje włosy i nie wypuszczać z objęć. Już nigdy.
— Nie możesz po prostu nie wrócić, Kenz — stwierdził po chwili. — Powinien znać prawdę, a nie żyć w kłamstwie.
Wiedziałam to. Odetchnęłam, by się uspokoić.
— Jakie to uczucie kogoś kochać? Być dla kogoś wszystkim?
— Pytasz o matkę?
— Tak.
Nigdy nie opowiadał dużo o swojej znajomości z Demeter. Pomimo tak długiego odstępu czasu to wciąż go bolało i miałam tego świadomość. Ale tak bardzo chciałam wiedzieć.
— Tego się nie da opisać słowami. Gdy zobaczyłem twoją matkę po raz pierwszy, byłem studentem. Chciałem kupić kwiaty dla twojej ciotki i akurat ona tam pracowała. Wystarczyło jedno spojrzenie, wiesz? Żadnych słów, tylko jeden przelotny uśmiech. Nie masz pojęcia, ile ja wtedy wydałem na kwiaty, by w  końcu odważyć się ją gdzieś zaprosić. — Tutaj się zaśmiał i zastanowił przez chwilę. — Zamieszkaliśmy razem. Ja dostałem pracę, dość szybko awansowałem. Po dwóch latach pojawiłaś się ty. Byłem tak bardzo szczęśliwy, wszystko było takie idealne. Planowałem się jej oświadczyć. W dzień, gdy odebrałem pierścionek zaręczynowy, postanowiłem zabrać ją na kolację. Wszystko było gotowe i zarezerwowane. Wróciłem do domu, ale Demeter nie było. Tylko ty płakałaś w swoim wózeczku. To było dziwne, że zostawiła cię bez opieki. Dopiero gdy nie wróciła po dwóch godzinach, zacząłem się niepokoić. Następnego dnia zgłosiłem to na policję. Nigdy jej nie odnaleziono. Odeszła, a jedyną miłością w moim życiu byłaś i nadal jesteś ty.
Pocałował mnie w czubek głowy. Uśmiechnęłam się smutno.
— Co się stało z pierścionkiem?
— Masz go na palcu.
Spojrzałam na swoją dłoń. Czyli że mój były pierścionek zaręczynowy... Tata zdawał się czytać w moich myślach.
— Gdy cię zabrała z Obozu, następnego ranka, pojawił się Leo. Był przerażony i jakoś udało mu się wytłumaczyć, że zaginęłaś. Dostał kilka tabletek uspokajających a ja zapewniłem go, że gdy tylko coś będę wiedzieć, zadzwonię. Wieczorem, gdy wróciłem z pracy, pojawiła się u mnie twoja matka. I wszystko wytłumaczyła. Wściekłem się. Nawet potłukłem twoje ulubione talerze. Próbowała mnie uspokoić, a mnie wtedy trochę poniosło. Powiedziałem wszystko, co czułem przez te osiemnaście lat, odkąd mnie zostawiła. Oddałem jej wtedy ten pierścionek i wyszedłem. Jak widać wykorzystała go.
— Masz dobry gust, jeśli cię to pocieszy.
Zaśmiał się tak serdecznie, że moje serce poruszyło się ze wzruszenia. Do drzwi ktoś zadzwonił. Wytarłam oczy i wstałam, z zamiarem otworzenia. Ślizgając się na panelach dotarłam do celu i pociągnęłam za klamkę.
Stała tam, jak gdyby nigdy nic, ubrana w kwiecistą koszulę, ciemne jeansy i wysokie buty na obcasie. Włosy spięła w swoją ulubioną fryzurę.
— Musimy porozmawiać.
Zamknęłam gwałtownie drzwi zaraz przed jej twarzą. Tata zawołał moje imię z salonu. Oparłam się o drzwi, jakby to miało ją powstrzymać. Jej głos przebił się jednak przez drewno.
— Potrzebujesz mnie. Potrzebujesz mojej Mgły, która będzie cię chronić. Nie przeżyjesz bez niej ani dnia w świecie śmiertelników. Będziesz jak wielki neon dla potworów, a dobrze wiesz, że sobie z nimi nie poradzisz. Więc otwórz te cholerne drzwi i porozmawiajmy.




Tata prowadził. Zostałam w domu dwa dni, zanim zdecydowałam, że w końcu muszę to zrobić. Wsiedliśmy do mojego auta, ja na miejscu pasażera. Ciepła ręką mojego rodziciela zaciskała się na mojej dłoni, chcąc przypomnieć, że nadal tutaj jest i mnie wspiera. Gdy dojechaliśmy na miejsce, uścisnął mnie a ja wyszłam na upał i zaczęłam wdrapywać się na wzgórze.
Stanąwszy na szczycie, spojrzałam na panoramę, która rozpościerała się przede mną. Jezioro, domki, arena, Wielki Dom... Ani śladu bitwy, która toczyła się tutaj zaledwie pięć dni temu. Wyciągnęłam notatnik z kieszeni i długopisem napisałam wiadomość.
Alfabetem Morse'a.
Złożyłam karteczkę tak, jak uczyła mnie jedna z nimf a ona uleciała do góry. Duchy zrobią swoje. Udałam się do Wielkiego Domu, gdzie znalazłam Annabeth i Percy'ego. W wielkim skrócie objaśniłam im wszystko.
To krew dziecka boga wojny miała nasycić ziemię. To Afrodyta i Atena były Miłością i Mądrością. To złamana obietnica, że nigdy nie zostawię Leona była najboleśniejszym ciosem zadanym w jego serce.
Chcieli mnie zatrzymać. Zapytać, jak udało mi się rozwiać Mgłę. Ja jednak podążyłam na miejsce spotkania, gorąco modląc się, by się zjawił. Na wzgórzu, gdzie to raz pierwszy udało mi się pobudzić kwiat do rośnięcia. W miejscu moich ćwiczeń.
Oparłam się plecami o drzewo i wpatrzona w krajobraz patrzyłam i czekałam. Minęła pierwsza godzina. Zażyłam upleść dwa wianki. Gdy już miałam się poddać, usłyszałam jak ktoś nadchodzi.
Odwróciłam się do niego, wychodząc mu na spotkanie. Stanął, zaszokowany, a mnie ścisnęło serce, gdy zobaczyłam cień chłopaka, który zawsze był pełen energii, uśmiechnięty i pozytywnie nastawiony do życia.
Staliśmy tak i patrzyliśmy się na siebie. Obydwoje nie mieliśmy pojęcia jak zareagować.
— Wróciłaś — szepnął cicho. Kiwnęłam powoli głową, próbując pozbierać swoje myśli.
Więc po prostu rzuciłam mu się w objęcia i załkałam, jakbym została śmiertelnie raniona. A fakt, że sama zadałam sobie te rany, był okropny. Tak samo jak myśl, że za chwilę będzie ich więcej.
— Kocham cię — wymruczałam i poczułam, jak drętwieje w moich ramionach.
— Mackenzie, czy ty właśnie...
— Kocham cię tak bardzo, że to aż boli — powiedziałam, patrząc mu w oczy. — Mam tylko osiemnaście lat. Ale wiem co mówię. Nie mogłam jeść, nie mogłam spać. Nie mogłam przestać myśleć, co zrobić, by cię uchronić. Podstęp był jedynym wyjściem, Leo. Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam, za to co zrobiłam i co zrobię.
Był tak zaszokowany, że nawet nie odpowiedział. Po prostu się na mnie patrzył, badając moją zapłakaną twarz, którą trzymał teraz w ciepłych dłoniach.
— Nie masz pojęcia, ile razy zastanawiałem się, jakby brzmiał twój głos. Jest bardziej idealny, niż mogłem przypuszczać.
Ciszę pomiędzy nami wypełnił dziwny dźwięk. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że wydobywa się z mojego gardła.
— Mała, ty się śmiejesz — stwierdził zaskoczony. Kiwnęłam głową i zatkałam usta dłonią. — Jakim sposobem?
— To Mgła. To wszystko była Mgła — wyjaśniłam, po czym spoważniałam. Odwlekałam tylko to, co nieuniknione. Chciałabym po prostu znaleźć się w jego ramionach i nigdy nie zostać z nich wypuszczona. Wiedziałam, że musiałam to zrobić. Dla nas obojga.
— Leo — zaczęłam cicho. Jego kciuk gładził mój policzek. — Musze już iść.
Zamarł zaskoczony. Tak, to będzie boleć jeszcze bardziej niż zdrada.
— O czym ty mówisz?
— Nie chcę tu zostać, po tym wszystkim, co się stało. Nie potrafię wybaczyć sobie, że musiałeś dla mnie pozbawiać życia niewinne osoby. Sama zabiłam. Oboje mamy krew na rękach i to z mojego powodu. Nie mogę patrzeć na własne odpicie w lustrze i udawać, że wszystko jest w porządku.
— Chcesz odejść? A potwory? Mackenzie, jesteś niedoświadczona. Zabiją cię jednym ruchem, od kiedy Mgła cię już nie chroni.
Spuściłam oczy, przerywając kontakt wzrokowy.
— Chroni...
— Co proszę?
Oderwałam jego ręce od mojej twarzy. Jego dotyk, choć tak wspaniały i powodujący, że motyle w moim brzuchu szalały, sprawiał również ból.
— Demeter obiecała, że będzie mnie nadal chronić swoją Mgłą. Jako rekompensata za odebranie mi głosu.
Maska, która przybrał Leo, była nie do przeniknięcia.
— Więc mam być na tyle głupi, by pozwolić ci odejść? Mam udawać, że nigdy nie istniałaś? Nigdy cię nie pocałowałem? Oszukiwać się za każdym razem, czuć, że nie mogę cię mieć przy moim boku....
— Będę dla ciebie zawsze. Wrócę, jeśli tylko będziesz potrzebował pomocy. Ale potrzebuje czasu. Ty również, choć nie jesteś tego pewny. Mamy osiemnaście lat i jeszcze wiele przed nami.
— Mówiłaś, że mnie kochasz...
— Nie tylko mówiłam. I to wcale nie jest czas przeszły, Leo.
Nigdy nie rozumiałam bohaterek, które mając wszystko rezygnują z tego dla zwykłego życia i starają się zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło. Sama musiałam to przeżyć, by w końcu zdać sobie sprawę, że choć boli to trzeba to zrobić. Bo inaczej nigdy nie będzie się wolnym.
To był koniec. Koniec mojej opowieści w Obozie Herosów. Koniec historii współczesnej wojny trojańskiej. Koniec Heleny i Parysa.
Leo trzymał mnie za rękę, co był naprawdę dziwnym uczuciem. Szedł u mego boku, gdy zmierzałam na Wzórze Herosów, a potem w dół niego, gdzie drzemał mój tata, czekając na mnie. Czułam, jak drzwi do mitologicznego świata się za mną zamykają.
Uścisnęłam go. Nie był to taki uścisk, jak rok temu. Jakbyśmy byli rodzeństwem i jedno z nas wylatywało pracować za granicą. Teraz było zupełnie inaczej. Jakbyśmy żegnali się przed śmiercią, ze świadomością, że już nigdy więcej się nie zobaczymy. Czułam bicie jego serca, oddech na nagiej skórze mojej szyi. Jego ramiona obejmujące mnie pewnie, aż nabrałam podejrzenia, że nigdy mnie z nich nie wypuści.
— Zawsze będziesz moja, mała.
Zachichotałam cicho. Tak, zawsze będę jego. Teraz już cała. W tym momencie, w tej chwili.
— Jeśli naprawdę chcesz odjeść i już nigdy cię nie zobaczę, to zawsze będę o tobie pamiętał. Przynajmniej wiem, że oddaje cię w równie dobre ręce jak moje...
Nie odpowiedziałam. Oddaliliśmy się od siebie. Nasze twarze były tak blisko, jego usta były zaraz przy moich. Tylko jeden ruch, by je połączyć i jednak się nie rozstać. Leo też się nad tym zastanawiał, a ja wyczułam, jak drżał w moich ramionach. A ja zapewne w jego.
— Jedź — mruknął drżącym głosem, a ja poczułam ciarki na plecach. — Zanim poważnie zacznę się zastanawiać, czy cię znów nie porwać, tym razem w miejsce, gdzie nas nikt nie znajdzie.
Kontakt naszych ciał został przerwany. Otworzyłam drzwi samochodu, budząc tym samym tatę. Uśmiechnął się do Leona, który odwzajemnił gest i pozdrowił go gestem dłoni. Silnik zamruczał, koła ruszyły. Pomachałam mu delikatnie. Chciałam zawołać, żeby nie pozwolił mi popełnić tego błędu, nie pozwolił mi odejść. Ale dałam radę mu tylko pomachać.
Czekałam na to, by ktoś wybuchnął śmiechem i powiedział, że to dobry żart. Czekałam na to, by ktoś dał mi w twarz i zagroził, że to wcale nie jest śmieszne. Czekałam na to, by kto obudził mnie z tego koszmarnego snu. Że to wszystko było kłamstwem. Iluzją. Że nie zmarnowałam szansy na ostatni pocałunek z człowiekiem, który poświęciłby dla mnie wszystko i który bronił mnie, jakbym była wszystkim.
Odeszłam. Nic takiego się nie wydarzyło.

sobota, 14 maja 2016

39


Przez całe dziesięć dni byłam spychana w cień. Moja rola ograniczała się do siedzenia z założonymi rękami i obserwowania, jak moi przyjaciele giną. Nie godziłam się na to. Ale co miałam robić? Nie potrafiłam dobrze walczyć. Nie mogłabym krzyknąć, by przywołać kogoś na ratunek. Ale dzisiaj była moja bitwa. Gdyby nie błogosławieństwa, którymi zostałam obdarowana, nie odważyłabym się.
Upewniłam się tylko, że mam przy sobie notatnik i piszący długopis. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam do boju.
Słońce rozkosznie grzało mnie w twarz, a letni wiatr bawił się moimi włosami. Szłam pewnie, nie oglądając się za siebie. Skupiłam się na moim celu i do niego brnęłam. Dotarłam na skraj armii Obozu Herosów. Nikt mnie nie zauważył. Byli zbyt przerażeni, by czuć cokolwiek innego. Nie byłam inna. Ale wszystko doskonale maskowałam, skupieniem i pewnością siebie. Szłam obrzeżem armii i nikt nie zwracał na mnie uwagi, nawet gdy stanęłam na jej przodzie.
Nie zatrzymałam się.
Ruszyłam dalej, stawiając lekkie kroki, jakbym unosiła się nad ziemią. Nie oglądnęłam się za siebie, gdy Katie wykrzyczała moje imię. Gdy podniósł się szmer głosów. Przyśpieszyłam, wdrapując się na Wzgórze Herosów.
Moje serce robiło się w drobny mak, gdy usłyszałam, jak Leo mnie nawołuje. Byłam jedna zbyt daleko, by mnie powstrzymać. Kątem oka uchwyciłam jak zaczyna biec, ale Jason przytrzymał go w pasie i próbował uspokoić. Jak Annabeth starała się przemówić mu do rozsądku, jednocześnie posyłając mi spojrzenie, mówiące samo za siebie. Czułam na sobie tysiące oczu mających ten sam wyraz i usta, które posyłały w moją stronę jedno słowo.
Zdrajczyni.
Zablokuj uczucia. Zablokuj. Robiłaś to przez tyle czasu, więc to dla ciebie nie jest problem.
Tak jak powiedziała Przepowiednia, tak się stało. Zdrada.
Pierwsza zauważyła mnie matka. Nigdy nie widziałam jej w takiej postaci: w greckiej, złotej sukni i zbroi. Nie miała jednak żadnej broni, co było dziwne, jak na kogoś, kto postanowił walczyć. Jej włosy były spięte w wysoki kok, choć kilka pasem wymknęło się i zaczęło kręcić na karku i czole. Zmarszczka pomiędzy oczami wygładziła się, a na usta wpłyną pełen wdzięczności uśmiech. Odprężyła się i pobiegła w moją stronę. Uśmiechnęłam się słabo, a ona porwała mnie w ramiona, szlochając w moje włosy i powtarzając moje imię jak zaklęcie, które mogłoby odczarować wszystko, co poszło nie tak.
Położyła ręce na moich ramionach i dokładnie mi się przyjrzała, a na jej twarzy malowała się duma.
— Wiedziałam, że podejmiesz właściwą decyzję.
Uśmiechnęłam się, niezbyt entuzjastycznie i melancholijnie, co wszyscy odczytali jako wzruszenie tym, że znów znalazłam się pod opieką matki. A znad jej ramienia dostrzegłam Demoforta, który stał i przyglądał się mi spod przymrużonych powiek. Odsunęłam na bok matkę i ruszyłam w jego stronę, starając się wyglądać jak najbardziej pewnie siebie. Gdy znalazłam się wystarczająco blisko, ukłoniłam się z gracą, jak mnie uczyły Chrysotemis i Despojnia. I nie wyprostowałam się dopóki nie podszedł do mnie i delikatnie nie ujął mojej brody, unosząc ją do góry. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja wyprostowałam się. Badał wzrokiem moją twarz, każdy jej detal. Mogłabym przypuszczać, że liczy moje piegi, jakby upewniał się, czy to na pewno jestem ja. A ja nie spuściłam głowy.
— Mógłbym cię kazać zabić — zaczął cicho, a ja nawet nie mrugnęłam i nie zerwałam kontaktu wzrokowego. — Mógłbym to zrobić na oczach wszystkich i nikt nie będzie miał o to pretensji.
Wypowiadał te słowa tak delikatnie jakby śpiewał kołysankę. Poczułam dreszcze na całym ciele i to nie spowodowane groźbami skierowanymi do mojej osoby. Powinnam poczuć przerażenie, a mimo tego moje ciało wypełniał przerażający spokój.
Nie wyciągnął miecza i nie wbił go w moją pierś. Zamiast tego przybliżył się do mnie i mocno przytulił. Czułam jak jego ramiona odcinają mnie od doczesnego świata. Odetchnęłam spazmatycznie jak po wielu godzinach ciągłego płaczu. Pachniał migdałami i świeżo ściętym drewnem. To w ogóle do niego nie pasowało.
— Wracajmy do domu — wyszeptał mi w ucho. Kiwnęłam nieznacznie głową, tłumiąc emocję, które rozrywały moje serce, tyle razy przeze mnie pozszywane.
Wypuścił mnie z ramion i już chciał odejść, ale powstrzymałam go, łapiąc za dłoń. Spojrzał na mnie zdziwiony, a ja wyciągałam notatnik i pewnym ruchem napisałam zdanie.
Chciałabym, żebyś obiecał, że nikomu z Obozu Herosów nie stanie się krzywda po moim odejściu. Nawet Leonowi.
— Jak śmiesz — warknęła moja matka, ale Demofort uniósł dłoń, a ona skutecznie zamilkła. To był tak niesamowity widok, że nie miałam pojęcia, czy się śmiać czy być przerażoną.
— To on jest odpowiedzialny za śmierć kilkuset osób. Czemu nie ma ponieść kary? Czemu cały Obóz nie ma zapłacić za tą zniewagę? — spytał spokojnym tonem, wbijając we mnie złote tęczówki. 
Był moim najlepszym przyjacielem. Chciał mnie chronić, tak jak robił to, gdy po raz pierwszy się tutaj znalazłam. A wszyscy półbogowie trzymają się razem. Nie możemy pozwolić sobie na rozłamy.
Zbliżył się do mnie bardzo blisko, ze czułam jego ciepły oddech na ustach.
— Kochasz go, Mackenzie?
Spojrzałam mu głęboko w te niezwykłe oczy, które tak mnie intrygowały. I pokręciłam głową.
Nie.
Patrzyliśmy na siebie przez długą chwilę, zdaję się, trwająca kilka minut.
— Obiecuje — odpowiedział cicho, choć pewnie.
Przyrzeknij na Styks.
— Demofordzie, ty chyba nie na poważnie... — zaczęła moja matka, posyłając w moją stronę mordercze spojrzenie.
— Czy masz pojęcie o co prosisz, Mackenzie? Nie ufasz mi na tyle, by wiedzieć, że dotrzymam obietnicy bez przymusu?
Zdenerwowałam go. Wiedziałam, że posunęłam się nieco za daleko ale i tak musiałam dopilnować tego, by mój dom, który mnie chronił przez ta długi okres czasu był bezpieczny. By osoby, na których mi zależało, miały zapewnioną nietykalność.  Jeśli miałoby to kosztować wysoką cenę.
— Wracamy do domu — twardo zaczęła Demeter i już miała mnie złapać niezbyt delikatnie za ramie. Ale ja byłam szybsza. Jednym ruchem wyciągnęłam Katoptris z pochwy i przyłożyłam go sobie do gardła. Wszyscy, bez wyjątku, wstrzymali oddech. Postawiłam przed sobą cel — wszyscy muszą być bezpieczni. Choćby za cenę mojego życia.
Demeter wyglądała, jakbym kopnęła ją w brzuch. Zasłoniła usta dłonią i pobladła.
— Nie zrobisz tego...
— Zrobi — mruknął cicho Demofort, zaplatając ramiona na piersi — Zdesperowany człowiek jest gotów zrobić więcej niż myślisz...
Zdesperowana? Bardziej pasowałoby tutaj określenie szalona, ale w sytuacji, gdy przykładałam sobie nóż do gardła, nie będę się kłóciła. Demofort westchnął, złapał się za nasadę nosa i zastanowił chwilę. Po czym przemówił:
— Jeśli oddasz sztylet, który trzymasz przy gardle, zrobię to. I nie będziesz próbowała zrobić sobie krzywdy.
Spojrzałam na niego zdeterminowana i czujna. Czy w jego oczach odbijało się zaniepokojenie czy to tylko moje urojenie? I kto tu jest zdesperowany?
Powoli, bardzo powoli, odsunęłam ostrze od mojej szyi. Chłopak wyciągnął dłoń w moją stronę i wyjął narzędzie z mojej ręki. Zadrżałam, gdy jego ciepła i drżąca dłoń musnęła moją skórę.
— Przyrzekam na Styks.


Podróż do mojego nowego "domu" była bardziej niekomfortowa, niż stanie w zatłoczonym autobusie z myślą, że wszyscy jesteśmy sardynkami w wielkiej, metalowej puszce.
Siedziałam ze wzrokiem wbitym w krajobraz, który przesuwał się za przyciemnionymi oknami nowoczesnego samochodu. Demeter siedziała obok mnie, próbując wedrzeć się w moje myśli. Nie dopuszczałam jej nawet do muru, który wokół siebie zbudowałam. Jedynie nieustający szum silnika zakłócał ciszę, która zapadła pomiędzy nami.
Wszystko poszło idealnie. Lepiej nie mogłam sobie tego wymarzyć. Moi przyjaciele byli bezpieczni, Obóz ocalony a ja wciąż żyłam, mimo wystawienia na wielką próbę cierpliwości mojego przyszłego małżonka.
Mógłbym cię kazać zabić. Mógłbym to zrobić na oczach wszystkich i nikt nie będzie miał o to pretensji.
Demeter nie poniesie kary za złamanie przysięgi na Styks, Percy nie będzie musiał zginąć jak mityczny Achilles, a Leo...
Musiałam wysilić wszystkie swoje zmysły, by nie zaszlochać. Musiałam skupić się całą silną wolą, by zagłuszyć jego rozpaczliwy krzyk, gdy wołał moje imię, błagał, żebym wracała. Boże, jak to okropnie bolało. Czułam, jakby ten głos był Katoptrisem, który jednak przebił się przez moją skórę i teraz umierałam w męczarniach, próbując złapać oddech.
Szalona, zdeterminowana, zdesperowana czy po prostu głupia? Albo po prostu zakochana. Chyba to, że nie dostałam jakiego ataku, zawdzięczam tylko i wyłącznie błogosławieństwom.
Gdyby jednak się coś nie udało? Nie teraz, ale później. Za godzinę. Za dwie. Za dzień. Za miesiąc. Byłam odpowiedzialna za śmierć tysiąca osób. Jak długo chcą podtrzymywać moje śmiertelne życie, zanim krew zamieni się w palący ichor? Czy to będzie bolało? Czy to przeżyje?
Bo jeśli coś pójdzie nie tak...
Samochód zatrzymał się. Otworzono drzwi i ręka w białej rękawice pomogła mi wysiąść. Obdarzyłam smutnym uśmiechem jej właściciela, ale ani jeden mięsień nie drgnął na jego twarzy. Demeter stanęła tuż obok mnie i chwyciła mnie za ramię, prowadząc ku wejściu wielkiego domu. Nie był to ów dwór, w którym spędziłam poprzedni miesiąc, choć wcale nie mniej okazały. Gdybym była dzieckiem Ateny, zapewne potrafiłabym nazwać styl budynku oraz jego zdobienia. Ale że byłam córką Pani Od Kwiatów, miałam tylko jeden epitet: był ładny. W drzwiach stały dwie postacie, niecierpliwie nas oczekując. Chrysotemis zawijała sobie złote pasmo swoich włosów na palec i złapała się za serce, gdy mnie zobaczyła. Despojnia natomiast wypatrywała kogoś za naszymi plecami, ale byłyśmy same. Iskierki w jej oczach przygasły, gdy sobie to uświadomiła. A ja ze smutkiem zauważyłam, że nie była pełna gracji i elegancka, jak zwykle. Jej włosy oklapły, miała ciemne worki pod oczami a na ustach gorzki uśmiech, gdy witała się z moją matką. Naszą matką.
— Dzięki bogom! — westchnęła Chrysotemis. — Czy wszystko w...
— Nic nigdy — przerwała jej przyjaciółka, łamiącym się głosem — nie było w porządku.

sobota, 7 maja 2016

38


Kiedy miałam 15 lat dostałam kręćka na temat odchudzania. Zmotywowałam się i przestałam kupować słodycze, które były moimi przyjaciółkami w samotne wieczory i zastąpiłam je warzywami. Wychodziłam częściej na spacery z Audrey, zaczęłam biegać, uprawiać jogę... Pierwszy miesiąc był idealny. W drugim coś się popsuło i coraz częściej wolałam oglądać filmy niż wyjść na świeże powietrze. W trzecim ćwiczyłam spontanicznie. A w czwartym moja wiara w samą siebie się załamała i stwierdziłam, że nie warto tego dłużej ciągnąć.
Tym razem nie mogłam się poddać. Każdą wolną chwilę spędzałam na ćwiczeniach, niejednokrotnie bijąc w poduszkę ze frustracji i gniewu na samą siebie. I znów zaczynałam. Choć sama nie byłam pewna, czy cokolwiek wyjdzie z mojego Wielkiego Planu A, nie poddawałam się. Może dlatego, że nie miałam opcji B. Wolałam nie myśleć, co będzie jeśli... Takie gdybanie nie prowadziło do niczego dobrego, a wręcz przeciwnie: pogrążyłabym się w melancholii i otchłani smutku. Ile razy obwiniałam się o to, że nie mówię? Ile razy czułam, że mogłabym zacząć, gdybym bardzo się postarała? Nigdy nikomu nie mówiłam o moich podejrzeniach. Nawet gdy znalazłam się w Obozie. Może, gdybym się przełamała i komuś to zasugerowała, udałoby się? Może ta wojna nigdy by się nie rozpoczęła? Nie zginęłoby tyle niewinnych ludzi?
Widzicie? Gdybanie do niczego nie prowadzi. Tylko tracimy czas.
Usiadłam przed lustrem i dokładnie się sobie przyjrzałam. Złote plamki w oczach nie znikły, nawet nie zmalały. Obawiam się, że zostaną tam na wieki wieków, co będzie mi tylko przypominało o tym, że moje śmiertelne ciało zaczęło zamieniać się w boskie. I sama nie wiem, co czuję na myśl o tym. Piegi wydają się bardziej widoczne niż zazwyczaj, włosy zniszczone a cienie pod oczami tak sine, że wyglądam, jakby mnie ktoś pobił. Przez koszmary. Choć miałam zapas wody Lete, nie odważyłam się jej wypić. Choć kusiło mnie nie raz i nie dwa, gdy przebudzałam się wyrwana ze snu i zalana potem. Więc ósmego dnia piłam tyle kawy, ile zdołałam a kofeina skutecznie mnie rozbudzała. Z połączeniem z ADHD, niezbyt gwałtownym i leczonym, odkąd u mnie to wykryto, ale jednak, dawało  mi to mieszankę energii i lekkie napady tiku w prawym kąciku oka. Mogłam więc dalej ćwiczyć. Położyłam się wtedy krótko po północy a wstałam o szóstej, po niebyt miłym śnie. O maku, oczywiście.
Na początek chwilę poćwiczyłam i poszłam się napić kawy. W salonie siedziała Hazel z dwójką dzieciaków, która prawie zasnęła. Jeden z nich się ślinił. Hazel nie poruszyła się nawet na mój widok, zbyt bardzo zatopiona w myślach. Nie narzekam, bo chwila samotności bardzo mi odpowiadała. I nie, nie jestem aspołeczna.
Po trzeciej filiżance gęstego napoju poczułam, jak moja krew zamienia się w kofeinę. To dobrze. Dużo energii, choć mało snu.
Więc ćwiczyłam. I znowu i znowu. Po południu zaczęło mi wychodzić, a ja znów odzyskałam wiarę we własne siły. Zrobiłam sobie zasłużoną przerwę i usiadłam na łóżku, z notatnikiem w dłoni. Zamierzałam wszystko rozpisać.
Pierwszy punkt był dla mnie prosty i niezbyt wymagający.
1. Nieświadomie córka maku zbiegnie — Leo uprowadził mnie odurzając wodą z rzeki Lete wbrew mojej woli.
Zaczęłam gryźć skuwkę od długopisu, bo teraz nie było z górki. Wręcz przeciwnie — czekała mnie wspinaczka na Mont Everest bez zabezpieczeń.
2. Przysięga, że jeden z nich trupem na polu polegnie — Clarisse (?) zginęła, choć nie ona jedyna. To może być odniesienie do każdego.
Pogratulowałam sobie niezwykłej zdolności dedukcji i zapisałam trzeci punkt.
3. I krwią strasznego boga wojny nasyci — Ares zemści się za śmierć jego ukochanej córki. Jak na razie cisza przed burzą.
To prawda. Choć od śmierci Clarisse minęły cztery dni, nic nie wskazywało na to, że Ares zamierza zesłać na nas klęskę. Ale ma przecież dużo czasu. Całą wieczność.
4. Na ten cel zostali herosi powici — każdym życiem herosa dysponuje los ( Wyrocznia, Przepowiednia, cokolwiek) i bogowie. W dużym skrócie:  Świat nigdy nie znalazł dobrej definicji dla słowa wolność.* Przynajmniej nie dla herosów.
Odetchnęłam ciężko. Annabeth pewnie wszystko rozpracowała, ale nie spytałam się jej o rozwiązanie. To chyba był lęk przed poznaniem zakończenia. To tak jak czytanie książki — nie ma zabawy, jeśli zerkniesz na ostatnią stronę opowieści.
5. Strach ją otoczy, wybór w kark dyszy — to chyba o mnie i o moim stanie psychicznym oraz fizycznym.  
Wypiłam łyk letniej już kawy i dokładnie przyglądnęłam się zdaniu. To dobrze czy źle, że targają mną wątpliwości?
6. Zdradę, Mądrość i Miłość ma za towarzyszy — chodzi o Sky, Annabeth i Piper. Mam się do nich zwrócić o pomoc w podjęciu decyzji.
Przeczytałam dwa razy zdanie i naniosłam poprawki.
6. Zdradę, Mądrość i Miłość ma za towarzyszy — chodzi o Sky, Annabeth i Piper. Mam się do nich zwrócić o pomoc w podjęciu decyzji. Nie.
Tak o wiele lepiej. Położyłam się na łóżku, obracając w palcach długopis. Mimo gorąca tego lata, moje palce nadal były zimne i zaczęły drętwieć, a paznokcie siwieć. Nie lubiłam tego uczucia. Szczególnie w zimie, gdy pisałam na laptopie a palce zamieniały się w kawałki drewna mimo ciepła panującego w moim domu.
7. Ta, co obietnice mu szczere składała — pewnie chodzi o obietnice złożoną w Bunkrze 9. Że nigdy go nie zostawię.
To zdanie bolało tak mocno, że nie mogłam się dłużej nad nim zastanawiać. Złamałam mu serce. Wyglądało tak, jakbym wcale nie chciała do niego wracać a później uciekła do lepszego życia. Wygodniejsze i dużo przyjemniejsze, niż niebezpieczne życie herosa, pełne potworów i niebezpieczeństw.
8. Najboleśniejszy cios w jego serce zadała — złamałam mu serce tym, że uciekłam, choć obiecałam zostać. 
Czułam, że to nie jest całe rozwiązanie. Że to tylko część prawdy, którą zawarł Apollo w tej Przepowiedni. Może to wszystko jest jednym, wielkim oszustwem? Może to jest koń trojański w tej wojnie?
Nakreśliłam tabelkę. Po lewej stronie zapisałam imiona mitycznych bohaterów Iliady, a po prawej próbowałam przyporządkować je odnosząc się do tej wojny. Tak Leo stał się Parysem, ja Heleną, Percy był Achillesem, Clarisse Paroklosem, Demeter Agamemnonem, Demofort pełnił funkcję dwóch bohaterów: Hektora i Menelaosa. 
Od myślenia rozbolała mnie głowa. Rzuciłam notatnikiem i znów powróciłam do ćwiczeń, w czasie których, choć próbowałam zaprzestać myślenia, wciąż uciekałam myślami do Przepowiedni.
Przez cały dzień nie widziałam Leona. Czułam się, jakby mnie unikał. Egoistyczne i to bardzo. I to z mojej strony.
Położyłam się po pierwszej, nie mogąc zasnąć po przedawkowaniu kawy dzisiejszego dnia. Dochodziła już druga, kiedy moje powieki skleiły się a umysł zatopił się w słodkiej mgle snów.
Znajdowałam się w wielkiej, przestronnej sali, włożonej marmurem, z greckimi kolumnami i ogniskiem. Z zachwytem przyglądałam się detalom, złotym zdobieniu i delikatności tego pomieszczenia, wcale nie tęskniąc za pałacem Hadesa w Podziemiu. Tutaj wszystko błyszczało, a w marmurowej posadzce mogłam się przeglądać. Jednak nie to robiło największe wrażenie. Robiły je ogromne trony, sztuk dwanaście, po mojej szybkiej kalkulacji. Wiedziałam, gdzie jestem. Połączyłam ze sobą wszystkie elementy i choć nigdy wcześniej tutaj nie byłam, pewność co do lokalizacji miałam całkowitą. Olimp, a dokładniej Sala Obrad.
Nie byłam sama. Naprzeciw siebie siedziały dwie boginie. Ta po mojej prawej miała długie czarne włosy, splecione w warkocz, który opadał jej na plecy. Miała na sobie biała szatę i pełną grecką zbroje. Obok niej spoczywała jej tarcza i hełm, na którym dopatrzyłam się wizerunki gryfów i sfinksów.
Bogini po mojej lewej była natomiast brunetką. Jej włosy zdawały się mieć odcień kawy z mlekiem, a ciemna karnacja zdawała się być idealną opalenizną. Również była odziana w białą szatę, lecz bez zbroi. Na jej nadgarstkach połyskiwały złote bransolety.
Przełknęłam ślinę. Miałam przed sobą Atenę i Afrodytę, a sama byłam ubrana w piżamę.
Boginie piorunowały się wzrokiem. W końcu matka Annabeth westchnęła i odezwała się. Jej głos odbił się echem po sali, choć nie mówiła głośno.
— Wreszcie jesteś. Powinnaś ograniczyć kawę, bo trudno ci zasnąć, a ja nie mam całej wieczności, żeby na ciebie czekać.
Pomyślałam, że to bzdura. Przecież miała całą wieczność, bo była nieśmiertelna. Oczy bogini skierowały się w moja stronę. Były szare, koloru chmur, z których za chwilę miał lunąć deszcz. Przeszył mnie wstyd. Atena najwyraźniej znała moje myśli. Serio? Miałam dość tego, że bogowie traktowali moją głowę jak otwartą książkę, z której w każdej chwili można coś przeczytać.
Afrodyta zmarszczyła nos, co było niezwykle uroczym gestem.
— Jak zwykle potrafisz tylko narzekać. Mogłabyś dać dziewczynie spokój.
Poczułam ulgę, gdy szare oczy przestały świdrować mnie na wylot, a zwróciły się w stronę Afrodyty. Bogini zacisnęła pięści, po czym wzięła głęboki oddech, by się uspokoić. Ta druga nie była wcale spięta i tylko bawiła się swoimi bransoletami. Gdy Atena doprowadziła się do porządku, zwróciła się chłonnym tonem do rywalki.
— Nie jesteśmy tutaj po to, żeby się nawzajem obrażać. Nadal uważam, że ta wojna sprowokowana przez Demeter i tego chłoptasia, jest bezsensu. Tylko marnujemy czas. Powinna się podporządkować woli matki, a potem...
— Chyba śnisz — warknęła Afrodyta. — Ona nie ma prawa zmuszać do tego jakiejkolwiek osoby, a tym bardziej, gdy jej córka oddała serce innemu.
Poczułam, jak płoną mi policzki. Spuściłam wzrok na swoje nagie stopy. Jeśli miałam tutaj stać i być światkiem kłótni byłam gotowa wypić cztery litry mocnej kawy i nie zasnąć do końca życia. Szczególnie, że głównym tematem byłam ja i moje uczucia.
Atena zacisnęła wargi.
— Jednakże... — kontynuowała, nie reagując na zaczepkę i zwracając się do mnie — ...jestem pod wrażeniem, Mackenzie Atkinson. To, czego się podjęłaś i zaplanowałaś... Cała strategia, ćwiczenia, ten hart ducha i upór. To godne samej córki Ateny.
— Też mi komplement — prychnęła bogini miłości. Nieśmiało podniosłam wzrok, zaskoczona pochwałami. Bogini mądrości splotła ręce i przyglądała mi się z dumą. No tak, była również odpowiedzialna za strategię. Ja jednak czułam się tak, jakby natchnęła mnie bogini szaleństwa a nie mądrości.
— Dlatego, choć walczę po przeciwnej stronie, sądzę, że ta walka powinna się już zakończyć. Od ciebie będzie zależeć decydujący ruch. Udzielam ci mojego błogosławieństwa.
Szczęka mi opadła w geście niemego zdumienia. Jeszcze nigdy nie byłam przez nikogo pobłogosławiona.
— I ja również — odparła Afrodyta, po raz pierwszy na mnie patrząc. Jej oczy były koloru świeżo zaparzonej, ciemnej kawy. — To, przez co przeszłaś. To, jak złamałaś wszelkie bariery w imię czegoś, co jest tak kruche, że może runąć w każdej chwili. Te próby rozpaczliwego uratowania ukochanego, byle niestała mu się krzywda. Wolałabyś cierpieć, niżby on miał umrzeć. Od początku was wspieram. I również udzielam ci mojego błogosławieństwa.
Atena prychnęła. Najwyraźniej, przemowa rywalki nie zrobiła na niej wielkiego wrażenia. Bogini miłości machnęła ręką, a ja poczułam zapach róż.
Zatrzepotałam powiekami. Słońce stało już wysoko na niebie. A ja poczułam się wypoczęta i pełna życia jak nigdy wcześniej. Szybko wygrzebałam się z koca i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze.
Moja skóra promieniowała wigorem, zniknęły przebarwienia i niezdrowy odcień. Piegi, choć były, nie rzucały się tak w oczy. Przeciwnie, dodały mi delikatności i zarazem charakteru. Pod oczami nie znalazłam żadnego śladu po tygodniach niezdrowego snu. Żadnych sińców, żadnych worków. W oczach nadal były złote plamki, ale sam ich wyraz się zmienił. Błyszczały i biła z nich pewność siebie. A włosy, które zawsze były splątane po nocy, były gładkie, zdrowe i układały się w urocze fale.
No tak, błogosławieństwo Afrodyty.
Pobiegłam do łazienki i wzięłam ciepły prysznic. Umyłam włosy, choć nie wydawało się to potrzebne. Wysuszyłam je, a one same się ułożyły. Moje ręce wykonały perfekcyjny, idealny makijaż, choć byłam pewna, że to nie moja zasługa.
Gdy wróciłam do pokoju, na łóżku leżała nowa zbroja i grecka suknia. Obok nich spoczywał Katoptris. Podeszłam ostrożnie i pogładziłam idealnie wykonany napierśnik.
Dar od Ateny. A suknia pewnie wybrana przez Afrodytę.
Ubrałam się. Materiał idealnie opływał moje ciało, podkreślał atuty i maskował niedoskonałości. Zawiązałam sandałki i wyprostowałam się. Mogłam iść tak jak stałam, ale nie wydawało mi się to właściwe. Mimo bijącej ode mnie pewności siebie, sprawiałam wrażenie kruchej. Założyłam wiec napierśnik, idealnie pasujący do mojej sylwetki i przypięłam Katoptris do pasa. Dopiero wtedy poczułam się jak Helena Trojańska. Założyłam jeszcze złote bransolety i pociągnęłam usta szminką. Byłam gotowa.
Nikogo nie zastałam w salonie. To dobrze. Wyjrzałam na dwór. W blasku słońca dwie armie przygotowywały się do walki.
Pora stoczyć największą bitwę tej wojny.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis