sobota, 16 kwietnia 2016

35


Siedziałam spokojnie, nie ruszając się, jakby od tego zależało moje życie. Powód był prosty: Troian uczyła się robić warkocze na moich włosach. Najpierw sama zaplotłam jej ciemne, gęste włosy, a teraz mała sama próbowała swoich sił. Na parapecie stał wazon z kwiatami, które uzbierała dzisiejszego ranka i mi przyniosła. W ciągu tych kilku dni stała się dla mnie bliższa niż własna matka w ciągu całego roku. Potrafiła mnie rozśmieszyć i odciągnąć moje myśli od wojny. Najbardziej pokochałam ją za zdanie, które wypowiedziała, gdy Juliet wytłumaczyła jej, że jestem niemową.
— Ojej, ale pech. No to trudno, ja będę gadać, a ty będziesz słuchać.
Nie potrafiłam jej nie kochać, nawet wtedy, gdy ciągnęła moje włosy, a ja próbowałam się nie rozpłakać z bólu. Skupiłam się więc na Katoptrisie, który leżał spokojnie na stoliku nocnym. Nie potrafiłam się zdobyć na to, by pomyśleć o nim jako o mojej broni. Miałam jeden miecz i mi wystarczał. W zupełności.
— I wtedy królik uciekł a ja popędziłam za nim — powiedziała Troian. Opowiadała mi swoje przygody. Zmyślone, jak mniemam, bo tematem dzisiejszej rozmowy było spotkanie białego królika. Podejrzanie to brzmiało jak "Alicja w Krainie Czarów", ale się nie czepiałam. Dziewczynka zawiązała mój warkocz, który niespodziewanie był bardzo dobry. Pomijając to, że  połowa moich włosów leżała na łóżku. Ale był warto. Uśmiechnęłam się i uściskałam ją.
— Kiedy dorosnę, chce mieć właśnie takie włosy jak ty.
Niesamowite, że taka mała osóbka potrafi tak dużo mówić. Co jednak zauważyłam — tylko przy mnie. Gdy zjawiała się osoba trzecia, dziewczynka milkła i usuwała się w cień.
— Chcesz usłyszeć, co się stało dalej? - spytała, a ja kiwnęłam głową. Nim jednak zaczęła, usłyszałam hałas. Położyłam jej palec na ustach i nasłuchiwałam. Jako, że byłam pozbawiona możliwości mowy, miałam bardzo wyostrzony słuch. Ciężkie kroki, brzdęk broni. Drzwi otworzyły się z łoskotem i do środka wpadło dwóch mężczyzn. I nie byli to żołnierze z Obozu Herosów. Troian wrzasnęła, kiedy rzucili się na mnie. Jeden złapał mnie za rękę, boleśnie wykręcając. Skrzywiłam się z bólu, ale sprytnie się okręciłam i uderzyłam go z całej siły łokciem w twarz, łapiąc nos. Krew polała się strumieniem, a mężczyzna zaklną i puścił mnie. Jego przyjaciel kopnął mnie w brzuch, a ja zgięłam się, pozbawiona tchu. Chwycił mnie za rękę, na której miałam pierścień, więc nie mogłam odblokować miecza. Pisnęłam zrezygnowana, ale wtedy usłyszałam Troian wymawiającą moje imię. To dodało mi siły. Wymierzyłam cios lewą ręką, ale mężczyzna je zablokował, więc go kopnęłam. Oswobodziłam jedną rękę i przewróciłam stolik nocny. Nie miało to dla nich żadnego znaczenia, bo odepchnęli mebel. Nie zraziłam się tym i chwyciłam Katoptris, który wypadł z pochwy. Zamachnęłam się nim, raniąc żołnierza w dłoń. Puścił mnie z krzykiem. Podniosłam się szybko z ziemi i gestem pokazałam Troian, by uciekała. Pokręciła głową, a ja tupnęłam nogą. Wtedy posłuchała, wrzeszcząc i wzywając pomocy. Chwila nieuwagi kosztowała mnie dużo. Mężczyzna z rozbitym nosem chwycił mnie od tyłu, blokując swobodę rąk. Musiałam być silna i ochronić Troian. Przyrzekłam się nią opiekować. Tyle musiałam z siebie wykrzesać. Nadepnęłam mu na stopę, a on na sekundę poluzował chwyt. Za długo dla niego. Okręciłam się w jego ramionach i wbiłam mu sztylet w podbrzusze, tam, gdzie nie osłaniała go zbroja. Zawył, zraniony boleśnie, lecz ja nie przestałam. Z nienawiścią wepchnęłam ostrze aż po rękojeść i pociągnęłam do góry, czując ciepłą posokę na rękach. Dopiero wtedy wyciągnęłam Katoptris, gdy ostrze zatrzymało się na zbroi. Dysząc ciężko, obróciłam się szybko i dostałam w prawy policzek od jego kolegi. Poczułam smak krwi w ustach, a mężczyzna wytrącił mi sztylet z ręki. Zatoczyłam się do tyłu i napotkałam opór ściany. Żołnierz rzucił się na mnie i w chwili, gdy jego ciało opadło na moje, odblokowałam miecz, który wbił się w jego pierś i przebił go jak szaszłyk. Krew buchnęła na moją bluzkę, a człowiek wziął dwa urywane oddechy i wyzioną ducha. Wyszarpnęłam miecz z ciała i podniosłam Katoptris, nie zważając na jęki i szloch drugiego, jeszcze żywego żołnierza.
Musiałam znaleźć Troian. Teraz.
Wybiegłam z pokoju, po schodach i rzuciłam się ku wyjściu. Uświadomiłam sobie, że nie miałam na sobie żadnej zbroi. Byłam w zakrwawionej bluzce, krótkich szortach i trampkach. Ale usłyszałam wrzask Troian i to wystarczyło mi, by pchnąć te cholerne drzwi i ruszyć do boju.
Przeraziłam się tego, jak blisko wojska Demofonta podeszły pod Wielki Dom. W dole trwała zażarta bitwa, a ja zaczęłam szukać wzrokiem bezbronnej pięciolatki. W końcu ją zobaczyłam. Zakrywała rączkami oczy, a jeden z synów Apollina ją osłaniał. Musiałam się do niej dostać.
Było to nierozważne. Nie  potrafiłam walczyć. Nogi mi się plątały, miałam słaby refleks, a mięśnie mnie nie słuchały. To wszystko przez Mgłę, teraz to wiedziałam. Ale raz udało mi się ją pokonać. Ruszyłam niepewnym krokiem ku wojskom. Ktoś mnie zauważył i wrzasnął, bym wracała. Nie posłuchałam, skupiając się na postaci mojej siostry.
I nagle, bez ostrzeżenia, strzała wbiła się w pierś Troian.
Poczułam wściekłość. Zimną, czystą wściekłość. Instynkty wzięły górę. Teraz już biegłam. Musiałam się do niej dostać, pomóc, raniąc jak najwięcej osób odpowiedzialnych za postrzelenie jej. Ugodziłam pierwszego żołnierza, przecinając mu gardło. Błyskawicznie się odwróciłam i zablokowałam cios kolejnego. Kopnęłam go, wytrąciłam miecz z ręki i rozprułam brzuch. Nie kontrolowałam ruchu. Czystość umysłu, płynność ruchu przejęły wszystko. Kierowało mną tylko jedno pragnienie: znaleźć się przy Troian. Wykonując półobrót zraniłam dwóch za jednym razem. Kolejny krok do przodu. Krew zachlapała mi twarz. Otarłam ją bez zmrożenia oka i kontynuowałam atak. Powaliłam trzech następnych. Słyszałam krzyk Annabeth, ale nie obchodziło mnie to. Liczyła się teraz tylko Troian. Ktoś uderzył mnie w głowę, co zamroczyło mnie na sekundę. Ukucnęłam i przejechałam Katoptrisem po nieosłoniętych nogach żołnierza, tak głęboko, że ujrzałam biel kości. Zwaliłam go z nóg i dobiłam. I kolejny. I kolejni. Ktoś zadrasną mi mieczem policzek, co mnie tylko rozwścieczyło.
Percy znalazł się przy moim boku, ochraniając, choć to nie było konieczne. Wrzeszczał na mnie, bym wracała. Ale ja dotarłam do celu. Miecz i sztylet wypadły mi z rąk, kiedy brałam Troian w ramiona. Załkałam.
Dziewczynka patrzyła się szklistym wzrokiem w niebo, którego już nie mogła będzie nigdy zobaczyć.
Potem wszystko stało się tak szybko. Ktoś odciągnął mnie od jej ciała, a ja kopałam i próbowałam się tam dostać z powrotem. Łzy lały się strumieniami, zmywając krew z mojej twarzy. Wcisnęli mi broń, gdyby była zagrożona. Płakałam. Nic się już nie liczyło. Moja mała, słodka Troian. Opadłam z sił i wtedy zanieśli mnie do Wielkiego Domu.
Nie pamiętam, co się działo dalej.
Siedziałam w salonie, obejmowana przez Piper, która szeptała, że wszystko będzie dobrze. Byłam dziwnie spokojna. Czy to przez jej czaromowę? Wśród mnie toczyła się dyskusja, ale mnie to nie obchodziło. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, prócz Leona, który patrzył na mnie z troską, ale nie ośmielał się podejść.
— Wysunęli propozycję — stwierdziła Annabeth. — Dlaczego?
— Demeter — mruknął Jason, jakby to wszystko było jasne. — Dostała szału, gdy się dowiedziała...
Nie musiał kończyć zdania. Demeter sprowokowała tę wojnę, ale mimo tego, kochała swoje dzieci prawie najmocniej ze wszystkich Olimpijczyków. Odwiedzała je, pomagała...
— Co robimy? — zwróciła się Hazel do Annabeth, która zaczęła się zastanawiać. Ja wyślizgnęłam się z ramion Piper i podeszłam do stolika, by nalać sobie wody. Ręce mi się trzęsły, a dodatkowo wszyscy mnie obserwowali.
Gdy szklanka była już pełna, nie wypiłam jej. Rzuciłam nią o ścianę.
Coś we mnie pękło. Wzięłam dzbanek wody i go również rozbiłam. Szkło wbiło mi się w nagie stopy. O tak, upragniony ból. Wzięłam lampę i nią również rzuciłam. Żarówka wybuchła. Potem papiery. Figurka. Wino, które nie mam zielonego pojęcia, skąd się tu wzięło. Jedno drewniane krzesło, którym rzucałam o ścianę. Ogarnęła mnie furia. Chciałam niszczyć. Chciałam ranić swoje stopy, które chodziły po szkle. Ból sprawiał, że czułam, że wciąż tu jestem i żyje. W przeciwieństwie do...
Po moich policzkach potoczyły się łzy.
Ktoś objął mnie i przytulił mocno do piersi. Wyczułam zapach smaru, dymu i świerku. Rozpłakałam się i szlochając, zaczęłam go tłuc na oślep. Nie przejmował się tym, tylko przytulił mnie mocniej i mocniej.
Przecież dopiero co splatała mi włosy. Ciągnęła je niemiłosiernie i bez wprawy kończyła swój debiutancki warkocz.
Troian nigdy nie opowie mi dalej swojej przygody, którą zaczęła. Nigdy nie przeżyje swojego pierwszego treningu z mieczem. Nigdy nie wybije sobie zęba. Nigdy nie będzie miała na sobie pierwszego makijażu, nie przefarbuje włosów, nie zrobi tatuażu. Nigdy się nie zakocha, nie pocałuje chłopaka, a później pójdzie z nim na studniówkę, nie wyjdzie za mąż, nie będzie uprawiała seksu, nie będzie matką własnej rozkosznej dziewczynki. Nigdy nie będzie dorosła. Już zawsze będzie mieć pięć lat. 
To wszystko nie tak miało być. Byłam za nią odpowiedzialna. Jeśli już ktoś miał zginąć, to nie te rozkoszne maleństwo, które nie było niczemu winne.
W końcu nie miałam siły stać. Osunęłam się na podłogę, a Leo razem ze mną. W pokoju panowała cisza, przerywana moim szlochem. Gdy uspokoiłam się na tyle, Leo zaczął głaskać mnie po plecach, pocieszając bez słów. W końcu, unosząc głowę, powiedział.
— Zrobię to. Przyjmuję wyzwanie.
Rozległ się zbiorowy jęk.
— On cie zabije! — krzyknęła Clarisse.
— Być może — odparł na to spokojnie Leo. — Ale nie mogę żądać, byście dłużej walczyli i ginęli. Jeśli trzeba, zrobię to sam. Nie oddam Mackenzie, póki żyje i mogę dla niej walczyć.
Nikt się odezwał.
Opatrzono mnie, przyniesiono kolację i kazano się położyć w innej sypialni. Zakradłam się jednak do poprzedniej po bukiet kwiatów i butelkę z wodą z rzeki Lete. Mogłabym wypić całą i zapomnieć. O wszystkim. Ale nie zrobiłam tego. Leżałam w łóżku, bezmyślnie wpatrując się w sufit.
Zamordowałam ludzi.
Szłam ciemnym korytarzem, błądząc dłonią po zimnych murach, w stronę światła. Suknia szeleściła, a ja byłam na nią wściekła. Usłyszy mnie. Na pewno mnie usłyszy. Do moich uszu dobiegły słowa, a ja się zatrzymałam.
— ... susza, Panie — powiedział nieznany mi głos. — Ludzie umierają, bo zesłała suszę i nie cofnie jej, póki nie oddasz jej córki.
— To są na to skazaniu. Umrą. Nie oddam Persefony. Ile razy mam to powtarzać?
Weszłam w krąg światła i mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Hadesa.
Otworzyłam oczy. Kolejna scena z życia mojej siostry. Przetarłam twarz, czując, jak wyrwa w moim sercu pulsuje. Słyszałam krzyki. Odgarnęłam koc, którym byłam przykryta i na palcach wyszłam z pokoju, kierując się cicho ku salonowi. Wodziłam palcami po ścianach.
— Leo, ona głodzi ludzi — usłyszałam głos Franka. — Zniszczyła wszystkie plony. Śmiertelnicy mówią, że to susza stulecia. To prowokacja, by nas zmusić, byśmy skapitulowali.
— Nie możemy narażać śmiertelników — odparła Clarisse przez zaciśnięte zęby. — Zginął, jeśli tego nie powstrzymamy.
Leo westchnął.
— To są na to skazaniu. Umrą. Nie oddam Mackenzie. Ile razy mam to powtarzać?
Wtedy weszłam w krąg światła. Wszyscy ucichli. Leo poniósł wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Jego rysy stały się delikatniejsze, jakby opuściło go całe napięcie.
— Wracaj do łóżka, mała. Musisz się wyspać.
Pokręciłam głową, obejmując się ramionami. Leo westchnął cicho i poszedł do mnie bardzo blisko. Poczułam jego oddech na mojej skórze.
— Wróć na górę, proszę.
Twarde sprzeciw. Valdez rzucił przez ramię, że zaraz wróci, złapał mnie w ramiona i ruszył na górę. Uchwyciłam wzrok Clarisse i jej błysk w oku. Leo wyniósł mnie na górę i postawił na zimnej posadzce, w pokoju, w którym teraz spałam. Pocałował mnie w czoło.
— Dobranoc, moja mała.
Już miał odejść, gdy chwyciłam go za rękę, powstrzymując. Spojrzał na mnie zdziwiony. Znalazłam kartkę i ołówek, po czym napisałam na niej zdanie.
Możesz ze mną zostać, zanim nie zasnę?
Czytał to z otwartymi ustami.
— Coś się dzieje?
Mam koszmary senne. Proszę. Tylko dopóki nie zasnę.
Chwilę się wahał, zanim się zgodził. Ściągnął miecz i zbroję, a ja za ten czas przyniosłam mu i sobie szklankę wody. Uśmiechnęłam się słabo, gdy stuknęliśmy się krawędziami i wypiliśmy do dna. Potem ja wgramoliłam się pod koc, a on obok mnie, obejmując mnie w pasie. Od początku wakacji nie byłam tak blisko obok niego, nie czułam tak długo jego oddechu na własnej skórze i nie słyszałam jego bicia serca.
— Wiesz, że bardzo mi na tobie zależy, prawda? — szepnął sennie, a ja wtedy delikatnie pocałowałam go w usta. Tylko przelotnie. Uśmiechnął się i zasnął. Nakryłam go kocem i patrzyłam, jak śpi.
Woda z rzeki Lete działa. Leo nie obudzi się, nie będzie musiał walczyć, a ja go nie stracę.
Zaczęło świtać, gdy ja również zasnęłam, przytulając się do niego. Podjęłam decyzję. Miałam plan i wdrożę go w życie, bez względu na to, jak był absurdalny i niedorzeczny. Mógł się nie powieść.
Ale Leo będzie bezpieczny.


Hello guys.
Jestem taka dumna z tego rozdziału! Myślę, że udało mi się oddać przynajmniej cześć emocji i wy również je poczuliście. Teraz nie będzie rozdziału, żeby się coś nie działo. Akcja będzie toczyła si bardzo wartko i szybko.
Pozdrawiam Natalię, o której wiele razy już pisałam. Była ujęta w poprzednim rozdziale jako córka Hypnosa, która pomogła Mackenzie. Natalia za każdym razem musi mnie przejrzeć! Odgadła, że to, co Leo dolał do wina ma coś wspólnego z Hypnosem. To, że jedną z postaci, które zginął, będzie Troian ( wahała się jeszcze pomiędzy Katie. Spojlerek: Katie przeżyje.).
Smutno mi trochę, bo wyświetlenia i komentarze spadły. Mam nadzieje, że po tym rozdziale się nieco ożywiccie: czekam na teorie spiskowe :)
Przepraszam, że nie odpowiadam na komentarze, ale mam tyle zajęć. Praktycznie zostało mi 2 tygodnie nauki, bo potem praktyki, i do końca kwietnia mam mieć wystawione oceny.
ZAPRASZAM NA SNAPA: CINNAMONLLY. Od czasu do czasu dodaje tam spojlere i tym samym znęcam się nad wami. Instagram taki sam: cinnamonlly. One shoty są w przygotowaniu, tak samo jak druga część Alfabetu Morse'a. Tak jak napisałam: nie mam czasu na pisanie (powtórzenie, nie ładnie), dlatego to tak długo trwa. One shoty pewnie będą publikowane w czerwcu, bo to jest taki cholerny spojler do zakończenia AM, że jednak ich nie opublikuję. Nie wszystko, co prawda, ale większość.

PAMIĘTAJCIE O KOMENTARZU
Kocham Was, do napisania.

Ps. Jutro jadę do babci i na snapie pewnie będą ujęcia, jak staram się nas nie zabić na drodze, bo tata obiecał, że będę mogła kawałek poprowadzić. Karolina będzie nagrywać, ok. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis