sobota, 9 kwietnia 2016

34



Kawa jest najlepszym napojem, jaki kiedykolwiek ktoś stworzył. To, jak poprawia nastrój i daje siłę na kolejny dzień, jest niesamowite! I jestem pewna, że ją nieco przedawkowałam. Zazwyczaj bez trudu panowałam nad ADHD, co było niejako zasługą mojej matki, która tłumiła moje zdolności. Poza tym, kofeina pomagała mi nie zasnąć. Wolałam nie spać całą noc, niż śnić o własnych przyjaciołach, mordowanych za pomocą mojego miecza. Bo ostatnio to mój mózg włączył do repertuaru. Nie było przyjemne widzieć, jak morduję Percy'ego, Annabeth, Clarisse, Leona...
Siedziałam i czytałam Iliadę, próbując rozpaczliwie znaleźć rozwiązanie pomiędzy wierszami. Ale nie było tutaj żadnej ukrytej wskazówki. Trojańczycy przegrali i zostali wyrżnięci w pień. Koniec. Kropka. Tylko Helena przeżyła i wróciła do Agamemnona.
Zatrzasnęłam tom. Czy po tym wszystkim, potrafiłabym żyć wiecznie z myślą, że przyjaciele oddali za mnie życie? Nie. Ale byłabym do tego zmuszona przez matkę, która bała się o swój własny tyłek.
Usnęłam na chwilę, by osunąć się w odmęt koszmarów. Po dwóch godzinach przebudziłam się i otarłam pot z czoła. Wariowałam. Nie mogłam dłużej nie spać.
Musiałam udać się do specjalisty od snów.
Wyplątałam się spod koca, którym byłam przykryta, pomimo upału na dworze. Ubrałam się i zeszłam na dół. Ostrożnie podeszłam do wejścia do salonu i wychyliłam głowę tak, by widzieć jak najwięcej i aby inni mnie nie spostrzegli. Przy stolikach siedziało parę osób, których nie kojarzyłam. Piper rozdawała ciepłe napoje i w powietrzu unosił się szmer tłumionych głosów.
Córka Afrodyty podniosła wzrok i napotkała moje spojrzenie. Cholera. Spóźniony refleks. Powinnam od razu się wycofać, a ja gapiłam się na nią o sekundę za długo. Brunetka uśmiechnęła się promiennie.
— Już nie śpisz? Nie ma nawet szóstej.
Wszyscy umilkli i kilkadziesiąt par oczu zwróciło się na mnie. Weszłam nieśmiało do pomieszczenia. Piper wyciągnęła w moją stronę rękę z gorącym napojem. Chwyciłam go i poczułam mrowienie w palcach. Kawa.
— Usiądź z Hazel i Frankiem. Zaopiekują się tobą. Chcesz śniadanie?
Pokręciłam głową. Wczoraj zjadłam tost, tylko dlatego, że Leo podejrzliwie na mnie patrzył. Wystarczy mi takich wrażeń. Ze spuszczoną główką potruchtałam szybko do stolika i usiadłam naprzeciw dwóch osób.
Z prawej siedziała dziewczyna. Miała piękne, cynamonowe włosy, które kręciły jej się w urocze sprężynki. Żałowałam, że ma je tylko do ramion. Wyglądałaby przepięknie, gdyby były dłuższe. Zresztą i tak była prześliczna. Mały nosek, ciemna cera o pięknym odcieniu oraz inteligentne, złote oczy, które teraz przypatrywały mi się z uwagą. Wyglądała na szesnaście lub siedemnaście lat. Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, a ja odwzajemniłam gest.
U jej boku siedział chłopak o imponującej budowie ciała. Również uważnie mi się przyglądał, co było nieco krępujące. Miał brązowe oczy i krótko ścięte włosy. Delikatne rysy  niezbyt pasowały do jego budowy ciała. I to on jako pierwszy się odezwał.
— Więc to by jesteś Hele... — Nie dokończył zdania, bo dziewczyna szturchnęła go w bok. — Mackenzie. Miałem na myśli Mackenzie.
Dziewczyna o cynamonowych włosach westchnęła, zapewne porażona siłą zapoznawania się z nowymi ludźmi swojego przyjaciela. Po chwili się opanowała i przedstawiła.
— Hazel Levesque, miło mi. A to Frank Zhang. Jesteśmy z Obozu Jupiter.
Brawo, odezwała się w mojej głowie Spostrzegawcza Mackenzie. Przecież mieli fioletowe koszulki, które dopiero teraz zauważyłam. I kojarzyłam ich. To oni rozmawiali z Leonem w Święto Niepodległości jakiś rok temu, gdy ja zajadałam się batonikiem i siedziałam opuszczona przez cały świat. Zresztą, nadal się tak niekiedy czułam. Kiwnęłam głową, uśmiechając się nieśmiało.
— Leo prosił o posiłki. Przybyliśmy jakąś godzinę temu. Reszta jest na zewnątrz — wyjaśniła Hazel. Miała przyjemny i ciepły głos. — To imponujące, że Domek Hefajstosa tak rozbudował sieć podziemnych tuneli.
— Raczej przerażające — poprawił ją chłopak. Gdy napotkał spojrzenie dziewczyny, uśmiechnął się, aż pomiędzy nimi zaiskrzyło. Świetnie. Kolejna para super uzdolnionych herosów.
— Powiedź mi, dlaczego Leo? — spytał bezpośrednio. Hazel znów dźgnęła go w bok. — No co? Nie mów, że też nie jesteś ciekawa.

Spytajcie go raczej, dlaczego ja.

— Leo jest porywczy i nie potrafi bez podniecenia otworzyć pudełka śrubek. Powinniśmy przewidzieć, że wywoła wojnę. — Frank wzruszył ramionami.
— Ma dobre serce. Chciał dobrze — broniła go Hazel, wypijając łyk kawy.
— Wiem. Ale to takie dziwne, że Leo jest Parysem. A Mackenzie Heleną. Zawsze sobie wyobrażałem Helkę jako silną i seksowną kobietę.
Tym razem dostał po głowie od Hazel. Uśmiechnęłam się promiennie. Tak, myśl, że Leo był mitycznym Parysem, była co najmniej dziwna. Ale wszystko jest możliwe. Wystarczy pomyśleć, że Leonardo di Caprio nie dostał Oskara pięć razy z rzędu.
Hazel skupiła wzrok na mojej dłoni.
— Mogę zobaczyć ten pierścionek z diamentem? — spytała z błyskiem w oku. Niezbyt ufnie podałam jej moją jedyną broń. Dziewczyna obejrzała błyskotkę uważnie, mrucząc pod nosem "interesujące". Przycisnęła kamień a ja zacisnęłam mocno dłonie na kubku, pewna, że ostrze wystrzeli w twarz jej chłopaka. Nic się jednak nie wydarzyło. Dziwne.
— Znalazłaś ten kamień od tak po prostu czy ktoś ci dał ten pierścionek?
Wyciągnęłam rękę, żądając, by mi go oddała. Zrobiła to nieco niechętnie. Przycisnęłam diament i tym razem ostrze wyskoczyła. Miałam ochotę skakać z ulgi.
— Reaguje tylko na twój dotyk? — spytał Frank, po czym otworzył ze zdziwienia usta. A potem po chwili namysłu dodał. — Wynalazek Leona, jak mniemam.
Kiwnęłam głową. Hazel, nadal wpatrzona w kamień, zaczęła:
— Widzisz ten diament w rękojeści twojego miecza? — Spojrzałam na niego. Blady diament mruknął do mnie, odbijając światło z wielkiego żyrandola. Kiwnęłam głową. — Kiedy Hades poczęstował Persefonę granatem, nie mogła już nie należeć do Podziemia. Zjadła prawie cały owoc, zanim się spostrzegła, że nie powinna tego robić. Wypluła to, co miała w ustach. A pestki zamieniły się w diamenty.
W moim mieczu był kamienień zrodzony z wymiotów Persefony. Jeszcze jakieś niespodzianki?
Miecz znów skurczył się w pierścionek, który wsunęłam na palec. Bacznie obserwowana przez dwójkę herosów, którzy pogrążyli się w rozmowie, niby od niechcenia, czułam się osaczona. Zaczęłam już kombinować, jakby się wymknąć po cichu, nie zwracając niczyjej uwagi, gdy Piper przywołała mnie gestem dłoni.
Boże, daj więcej takich ludzi, którzy mają wyczucie czasu!
Starając się nie podskakiwać, ruszyłam za dziewczyną do kuchni. Dopiero gdy stanęłam blisko jej, doznałam szoku. Piper nigdy niezbyt dbała o wygląd i słyszałam od Juliet, że kiedy matka ją uznała, prawie się załamała. Jednak dzisiaj wyglądała tak, jakby spędziła w Podziemiu długi okres czasu. Włosy straciły miękkość i blask, oczy były podkrążone, a usta rozciągnięte w zmęczonym uśmiechu. Nadal była piękna, to prawda. Ale brak snu i wycieczenie dały o sobie znać.
To z twojej winy, zauważyła Spostrzegawcza Mackenzie.
— Chce ci coś dać — zaczęła brunetka. — Mi już nie jest potrzebny, a zważywszy na okoliczności, uważam, że powinien należeć do ciebie.
Piper wyciągnęła pochwę z błyszczącej, czarnej skóry z okuciami z brązu. Gdy wysunęła sztylet, wyłoniło się spiżowe ostrze, w którym odbijała się moja twarz. Prawie tak, jakbym patrzyła w lustro. Rączka była gładka, a ostrze wyglądało na nowe i niezwykle ostre.
— Należał do Heleny Trojańskiej. Nazwała go Katoptris — wyjaśniła dziewczyna, gdy ja oglądałam broń. — Dostała go w prezencie od Menelaosa. Leo go nieco odrestaurował. Teraz jest twój.

Nie mogę go przyjąć. To twoja broń.

— Już nie. Posłuchaj, ja naprawdę za nim nie przepadam. Kiedyś pokazywał przyszłość, ale powiem ogólnie, zepsuł się. Leżał na dnie skrzyni aż do wczoraj, kiedy uznałam, że powinien być twój. To ty jesteś Heleną w nowym pokoleniu. I nie kłóć się ze mną.
Może to za sprawą czaromowy, może dlatego, że miałam ważną rzecz do zrobienia, zgodziłam się. Piper odetchnęła z ulgą.
— Świetnie. Ja idę się zdrzemnąć. Jestem na nogach prawie osiemnaście godzin. Gdyby ktoś mnie szukał, jestem na górze, pierwszy pokój na prawo.
Kiwnęłam głową. Dziewczyna odeszła, a ja odczekałam chwilę i zakradłam się do wyjścia. Gdy tylko otworzyłam drzwi, poczułam napływ energii, której tak zachłannie potrzebowałam. Miałam ochotę ściągnąć obuwie i pobiegać boso po trawie w blasku słońca. Powstrzymałam tą chęć i zaczęłam schodzić zboczem ku domkom obozowiczów. Zwróciłam uwagę na to, że było za cicho. Nigdzie nie było też widać straży, choć powinno się od niej roić.
— Kto idzie?
Brawo, pogratulować wspaniałego wyczucia czasu. Przecież to był tylko taki żart! Ugryzłam się w język i odwróciłam do pytającego. Dzieciak na oko miał trzynaście lat, ubrany w zbroję i trzymający miecz. Celował nim we mnie, choć jego chwyt był niezbyt pewny. Wyciągnęłam notatnik i nabazgrałam na nim parę słów.

Muszę kogoś odwiedzić. Sprawa życia i śmierci.

— No okej — powiedział chłopak, przeciągając samogłoski. — Ale Leo powiedział, że nie mamy cię wypuszczać z Wielkiego Domu. I że nikt nie ma wychodzić nieuzbrojony.

Mam broń. Po prostu muszę z kimś pogadać, dobra? Nie planuje teraz uciec, przysięgam na Styks.

Przysięga najwyraźniej go uspokoiła.
— Dobra, odprowadzę cię, a później idziemy prosto do Wielkiego Domu.
Mądry chłopak. Ruszyłam więc swoją drogą, a on dreptał za mną. Wyminęłam domki wielkiej dwunastki i szłam dalej, w stronę nieukończonych budynków pomniejszych bóstw. Jednak przed wejściem w strefę, gdzie był zakaz ruchu, skręciłam w lewo i dotarłam przed domek Hypnosa. Zapukałam, ale nikt nie odpowiedział. Więc bardzo elegancko wpakowałam się do środka bez zaproszenia.
Słyszałam, że gdy tu się wchodzi, zaczyna spowijać cię zmęczenie i powieki automatycznie opadają. Ze mną było inaczej, trzeźwo rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Choć było już po wchodzie słońca, tutaj panował półmrok i przyjemny chłód. Mój nos łaskotał zapach mleka i ciasteczek. Pod kocami kuliły się cztery osoby — trójka chłopców i dziewczyna. Ze względu na kobiecą solidarność, potrząsnęłam blondynką, która otworzyła nadzwyczaj piękne, błękitne oczy.
— Co się stało? — spytała zaspanym głosem. — Czy ktoś umiera?
Pokręciłam przecząco głową. Nie, jeszcze nikt. Dziewczyna przewróciła się na drugi bok. No nie! Napisałam prośbę na kartce, szturchnęłam ją jeszcze raz i podałam jej. Minęła chwila, zanim rozszyfrowała zdanie.
— Coś na sen? Masz problemy?
Kiwnęłam głową.
— Koszmary?
I znów potwierdziłam.
— Zdarza się — mruknęła i zachrapała. Westchnęłam ciężko, by się uspokoić. To była moja jedyna deska ratunku. Zdarłam z niej bestialsko kocyk, a ta obudziła się i łypnęła na mnie wściekle.
— Nigdy więcej tego nie rób! Widzisz tą gałązkę z której kapie biały płyn? Weź go trochę. Jedna kropla wystarczy na dwa litry. I nie przesadź, bo możesz stracić pamięć albo się nigdy nie obudzić. Skutkiem ubocznym jest uzależnienie. Coś w tym guście jak z morfiną — wyjaśniła mi bardzo szybko i wyrwała mi kocyk z ręki, przykrywając się nim. — Najpierw on, teraz ona. Ludzie, dajcie się mi wyspać!
On? Stałam dobrą chwilę, zanim mnie olśniło. Więc to Leo podał mi dwa dni wcześniej. To wyjaśniało, dlaczego nic mi się nie śniło. Poszperałam w domku i znalazłam pustą butelkę po wodzie. Zgarnęłam parę kropel, nadal nie czując żadnych senności. A potem opuściłam domek, nie zważając na zdziwiony wzrok chłopaka i pognałam do Wielkiego Domu, zanim dostałabym klapsa od Leona, że wymknęłam się ze swojej klatki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis