sobota, 2 kwietnia 2016

33


Trwałam pomiędzy stanem utraty świadomości i zatopieniem się w świat koszmarów nocnych a gorączką.
Łąka była cała pokryta kwiatami, jednak najbardziej z tej całej gromady dało się zauważyć piękny, wysoki i czerwono-krwisty mak. Wyróżniał się, przykuwając wzrok i nie pozwalając go odwrócić. I nagle jedna stokrotka zaczęła płonąc. A za nią kolejne. Płomienie przysłoniły czysty błękit, żar wzbił się w powietrze. Czarny dym gryzł w oczy, jednak oparłam się pokusie, by je zamknąć. I tylko czerwony mak kołysał się, jakby nie czuł, że wszystko ginie i spala się. Poruszał się jakby poruszany lekkim wiatrem. Nagle wszystko ustało. Ziemia był spękana, goła. Nic nie zostało. Nic. Prócz czerwonego maku.
Przebudziłam się, oddychając nierówno i chrapliwie. Słyszałam krzyki. I dźwięk rogu. Nie mogłam jednak ruszyć żadną częścią ciała, więc patrzyłam się w sufit pełna goryczy.
Będę tą, która doprowadzi do zagłady obozu. Córka maku. Wszystko przeze mnie spłonie, nie zostanie nic. Czyż nie stało się już tak przed wiekami? Całe miasto zostało zniszczone, tylko Helenę łaskawie nie zamordowano, w przeciwieństwie do wszystkich Trojańczyków.
Mrożący krew w żyłach krzyk rozległ się za oknem. Czując ból wszystkich moich kończyn, zwlekłam się z łóżka i podeszłam do okna. Spojrzałam ze strachem na pędzące na siebie armię. Jak dwie pierwsze linie ścierają się ze sobą. Jak postać, spod której zbroi wystawał kawałek pomarańczowej koszulki, słania się i upada na kolana, plując krwią i konając. Jak Percy, który był w pierwszej linii, morduje przeciwników, a miecz, którym się posługiwał, był jedynie smugą. Jak Annabeth broni się zaciekle, a następnie wbija mężczyźnie sztylet w pierś, a ciepła posoka zalewa jej rękę. Jak Katie przywołuje roślinę, która oplata nogi żołnierza, łamie mu je, a potem dusi. Ze łzami w oczach szukałam wzrokiem Leona, ale nie mogłam go dostrzec.
Chwyciłam za pierścień, który zamienił się w złoty miecz. Nie obchodziło mnie to, że byłam w samej koszuli nocnej, przebudzona z koszmaru, bosa i słaba. Nie mogłam tu stać i patrzeć. Podbiegłam do drzwi i szarpnęłam za klamkę.
Ani drgnęła.
Spojrzałam na nią zaskoczona. Zamknęli mnie? Szarpnęłam jeszcze raz, bardziej gwałtownie. Tak, zamknęli mnie. Uderzyłam pięścią w drzwi, potem jeszcze raz. Widząc, że to na nic się nie zda, zaatakowałam mieczem.
— Co się dzieje? — spytał zaspany głosik. Obudziłam Troian, która pozostała pod moją opieką. — Mackenzie, co ty robisz?
Nie zważałam na jej słowa. Bez opamiętania waliłam swoją bronią w drzwi. Nawet nie pozostała na nich rysa. Założę się, że to robota Valdeza. Cholerny Leo, który może być już martwy. Miecz wypadł mi z ręki, a ja osunęłam się na kolana, wybuchając płaczem. Troian zwlekła się z łóżka i otoczyła mnie swoimi chudymi rączkami, a ja łkałam w ramiona pięcioletniej dziewczynki, która obejmowała mnie, bo nie mogła nic innego zrobić. Nikt nie mógł.



Nie zasnęłam ponownie. Czułam, jak powieki mi opadają, ale gdy je zamykałam, widziałam, jak ciała moich przyjaciół osuwają się bez życia na ziemię, a krew wsiąka w ziemię. Troian leżała zwinięta w kłębek na łóżku, a ja zajmowałam miejsce w fotelu przed oknem, w które patrzyć się nie miałam siły. Bitwa skończyła się dopiero godzinę temu, więc bałam się, co mogę tam zobaczyć.
Jakaś dziesięcioletnia dziewczynka przyniosła mi pięć minut temu śniadanie. Spojrzała na mnie ze strachem, po czym wycofała się szybko z pokoju. Może brała udział w bitwie, a uciekała przed bezbronną osiemnastolatką w piżamie.
Wypiłam tylko kawę, mając nadzieje, że doda mi na tyle energii, by oszukać wszystkich, że spałam. Miałam zbyt dużo myśli, by mieć czas na sen. I to było lepsze — przynajmniej nie śniłam o całkowitej apokalipsie wszystkiego, co było mi drogie. Jak to przerwać? Mgliste zarysy planu majaczyły się w mojej podświadomości, ale był tak szalony, że mógł być jedynie deską ratunkową. I musiałabym to robić bez Troian.
Drzwi otworzyły się, a ja poczułam, jak emocje rozsadzają mnie od środka.
Leo patrzył na mnie z miną zbitego szczeniaczka, który nie rozumie, dlaczego dostał lanie, skoro zbił tylko drogi wazon. Miał na sobie świeże ubranie, bez jakiegokolwiek elementu zbroi, prócz miecza i swojego nieodłącznego pasu na narzędzia. Na policzku widniało jeszcze niezagojone rozcięcie, zadane przy pomocy sztyletu.
— Hej — zaczął niepewnie. Zupełnie jak nie Leo. — Zapewne nie chcesz mnie teraz widzieć...
Miał rację. Nie chciałam. Ale wyżycie się na Leonie było dużo bardziej atrakcyjniejsze niż walenie w poduszkę. Podeszłam więc do niego i zaczęłam go okładać pięściami, zadając ciosy tam, gdzie bolało najbardziej. Tak, jak uczył mnie Percy. Czasami się bronił. Czasami nie. To dobrze. Przynajmniej miał świadomość, że zawinił. Jeden cios za porwanie mnie. Drugi, wyjątkowo mocny, za pocałowanie. Trzeci za upojenie mnie nie-narkotykami. Czwarty za zamkniecie w pokoju z super niezniszczalnymi drzwiami. I jeszcze piąty, tak dla zasady. Czasami miał minę, gdy go okładałam, jakby miał się zaraz roześmiać. A na końcu go objęłam.
Drgnął, zaskoczony. Wtuliłam twarz w jego pierś i odetchnęłam spazmatycznie. Otulił mnie ramionami i chwilę trzymał bez słowa. Ale musiał się odezwać.
— Skontaktowałem się z twoim tatą. Wie, że nic ci nie jest. Kiedy to wszystko się skończy, chce się z tobą zobaczyć.
Poczułam w oczach łzy wdzięczności. Pomyślał, by napisać do taty czy cokolwiek. Przytuliłam go jeszcze mocniej, pewna, że łamię mu żebra. Dopiero teraz, bez obecności nikogo, zdałam sobie sprawę, jak mocno pękło mi serce tego dnia, gdy go opuściłam. Odsunęłam się niepewnie od niego, patrząc nieśmiało w oczy. Moja dłoń automatycznie powędrowała do rozcięcia na jego policzku. Złapał za dłoń i uśmiechnął się jak mój dawny Leo.
— Hej, nic mi nie jest mała.
Nie byłam tego zbytnio pewna. Zastygliśmy w tej pozie i znienawidziłam siebie za to, że przelotnie spojrzałam na jego usta. No hej, nie jesteście tutaj sami! Jak ja kocham tą Trzeźwą Mackenzie. Odwróciłam wzrok, skupiając się na śpiącej dziewczynce. Leo też tam spojrzał i jestem pewna, że przez jego twarz przebiegł zawód. Odpowiedział, zniżając głos.
— Na dole jest narada. Pomyślałem, że chciałabyś na niej być. W końcu też jesteś tego częścią.
Hmm... Czy mam iść posłuchać jak wiele ludzi zginęło z mojego powodu i jak moi przyjaciele planują mord kolejnych? Brzmi różowo. O wiele bardziej optymistycznie niż siedzenie tu i planowanie kiedy umrę.
— Zjadłaś śniadanie? — spytał mnie, a ja kiwnęłam szybko głową, ciągnąc go za sobą, by nie zauważył nietkniętych kanapek. Troian zje je, jak się obudzi i nikt nic nie będzie podejrzewać. Mają więcej problemów na głowie, niż martwienie się moim brakiem apetytu.
Wszyscy ucichli, kiedy weszłam do pokoju i zajęłam miejsce wskazane przez naburmuszoną Annabeth. Widocznie nie była szczęśliwa, że tutaj jestem. A Leo specjalnie pobiegł po mnie w podskokach, tylko po to, by ją zdenerwować. Dupek. A ja myślałam, że przejmuje się moimi uczuciami.
Chłopak dostał kawałek ambrozji i rana na jego policzku zaczęła się zasklepiać.
— A więc... — zaczęła Clarisse. — Skoro pan idealny raczył się pojawić...
— Podoba mi się ten przymiotnik — wtrącił Leo.
— ... możemy zacząć uzgadniać dzisiejsze dyżury, zaraz po tym, jak pochowamy pozostałych.
Jedni kiwnęli smętnie głowami, drudzy zaczęli się niespokojnie kręcić. Dziewczyna to zauważyła.
— Co jest? — spytała ostro, rozglądając się po pozostałych. W końcu ruda, piegowata i bardzo piękna dziewczyna wystąpiła z szeregu.
— Chodzi o to, że niektórzy nie mają zamiaru walczyć — odparła śmiało, rzucając szybkie spojrzenie w moją stronę. Poczułam, jak Leo stojący przy moim boku, spina się. — Niektórzy uważają, że ta wojna jest bez sensu.
— Czyli po tych wszystkich latach, nawet po wojnie z Gają, mamy dalej dawać się manipulować? — spytał spokojnie Valdez. Wojnie... z kim? On mówi o Matce Ziemi, czy tylko mi się wydawało?
— Mamy więc się dać zamordować, bo znalazłeś sobie w końcu nową dziewczynę?
W końcu? Dziewczynę? Jezu, jestem pewna że zrobiłam się czerwona jak wschodzące słońce na pełnym morzu. Opanuj się, szepnęła Trzeźwa Mackenzie.
Romantyczna Mackenzie chciała zachichotać. Co jest z nią nie tak?
— Nas też nie powinno tu być. Znaczy się mojego domku — odparła głośno Katie. Moja Katie. — Matka odwiedziła mnie dwie godziny przed bitwą. Błagała, bym zabrała jej dzieci i uciekła. Po jej stronie nie stanie nam się krzywda. Odpowiedziałam jej tak, że powinnam przez dwie godziny szorować zęby. To, że nasza matka była obojętna co do wojny trojańskiej wieki temu, nie znaczy, że teraz też ma tak być. Że mamy się wycofać.
— Też bym wycofał swój domek, ale go nie mam — odparł wesoło Percy. — Więc, a co mi tam.
Połowa się roześmiała. Ta druga była zupełnie poważna. Na przykład Annabeth, która rzuciła mu wściekłe "Zamknij się". Zdecydowanie coś pomiędzy nimi było nie tak. Muszę się kogoś spytać, co się działo, jak mnie nie było. A, zresztą. Mam lepsze problemy niż wtrącanie się w czyiś związek.
— Hera też by się wycofała, stając po stronie wrogów, ale nie ma dzieci — rzuciła sarkastycznie Clarisse, po czym walnęła pięścią w stół. — Ktoś jeszcze tchórzy, czy przemawiasz tylko z poparciem swojej jednostki, Nicole?
Kilka osób poruszyło się niespokojnie. Córka Aresa zacisnęła zęby.
— Więc zejdźcie mi z oczu, żałosne... — warknęła, po czym wzięła głęboki wdech i zamknęła oczy. — Po prostu wyjdźcie.
Wyszła jedna trzecia grupowych. Po czym dołączyła do nich piątka, po chwili wahania.
— Nie możemy ich winić — powiedziała ostrożnie Piper, ujmując za rękę Jasona, który jak dotąd się nie odezwał ani słowem. Aż do teraz.
— Annabeth? — Jego głos rozniósł się po cichym pokoju, a wszystkie oczy zwróciły się na blondynkę, która zagryzała wargę. Wiadomo było, że myślała o tym samym. Jej matka była jedną z najbardziej zagorzałych przeciwników Trojan. I nadal nią byłą, sądząc po zachowaniu Chase. Po chwili podniosła wzrok i spojrzała w jasne oczy Jasona.
— Obóz był moim domem od ponad dziesięciu lat. W zasadzie to jedyny dom, jaki znam. Nie potrafię go opuścić. Ani mój domek. Zostaję.
Tylko dlatego, że kocha te miejsce. Nie dlatego, że uważa tą wojnę za słuszną, pomyślałam z goryczą.



Wasze pozytywne wibracje nie pomagają. Prawie się w tym aucie popłakałam, o czym nie zapomniała wspomnieć instruktorowi dwa razy. Naprawdę, to było straszne. Na obronę mam to, że zbliżał mi się okres.
Jeśli liczycie na całowanko Lenzie w każdym rozdziale, to się trochę rozczarujecie. Nie pisałam tego, by totalnie przerysować postacie i zrobić z Alfabetu słabe romansidło. Ale tak, całowanko jeszcze będzie.
O czym to ja tu...
W zasadzie to tyle... Chyba. Jakby co, pisać w komentarzach x


Koooocham so much, Justysia.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis