sobota, 30 kwietnia 2016

37

 


Nie przychodzi mi na myśl żaden związek frazeologiczny lub porównanie, które w pełni oddałoby zamieszanie, jakie wywołał list od Persefony. Gdy ja siedziałam w swoim pokoju, namiętnie skupiając się na ćwiczeniach i od czasu do czasu przerywając sobie, by powspominać te dwa pocałunki, wszyscy wychodzili ze skóry, by ochronić się przed rzekomym koniem trojańskim. Nie mieli czasu na jedzenie, za to mi go nie brakowało i czułam, że to wszytko zasługa Leona. Co trzy godziny przychodziła do mnie Juliet z tacą przekąsek i garścią informacji. Raz przyszedł nawet Will, zapewne namówiony przez Valdeza, pod pretekstem zbadania moich oczu, choć wiedziałam, że to tylko przykrywka.
Gdy obudziłam się następnego dnia, pierwszą moją reakcją była panika. Koszmary znów mi się śniły i nadal nie odważyłam się wypić wody z rzeki Lete. Ile to już dni spędziłam w Obozie? Po kilkusekundowej kalkulacji naliczyłam ich siedem. Cały tydzień.
Odgarnęłam koc, którym byłam przykryta i ruszyłam do łazienki. Doprowadziłam się do względnego porządku, uwzględniając podkład na twarzy, który miał maskować zmęczenie i wielkie sińce pod oczami. Wyglądałam, jakby ktoś mnie pobił, Wróciłam do pokoju, ubrałam ciemne spodnie i bluzkę, a na to zbroję, Leo nalegał, bym to zrobiła. Nie chciał powtórki dnia, w którym zginęła Troian.
Odetchnęłam spazmatycznie, gdy obraz dziewczynki zalał mój umysł. Zablokuj, zablokuj, zablokuj!
Nienawidzę zbroi. Poprawiłam rzemyki dla pewności, że się nie zsunie i przypięłam sobie Katropis do pasa. Pierścionek wciąż był wsunięty na mój palec i nie zamierzałam ujawniać go aż do ostatecznej rozgrywki. Drugi, ten zaręczynowy, również nosiłam. Widziałam, jak to rani Leona, ale nie potrafiłam go zdjąć i wyrzucić. Przypominał mi o ofiarach, które zginęły w całym tygodniu.
Zbiegłam na dół po schodach i zastałam Jasona siedzącego na kanapie i gładzącego głowę Piper, spoczywającą na jego kolanach. To okropnie mnie rozczuliło, więc wycofałam się do kuchni, by zrobić sobie kawę i zjeść co nieco. Leo widzi wszystko.
Wróciłam akurat, by zdążyć na kłótnie pomiędzy Annabeth i Valdezem. Piper zdawała się jeszcze niezbyt rozbudzona, bo mrugała oczkami jak sówka, a słowa do niej nie docierały.
Annabeth poczerwieniała na twarzy i jestem pewna, że właśnie odkryła nowy odcień tego koloru
— Wielkie dzięki, Leo. Co ja teraz założę?
— Weź się folia bezbelkową owiń. Będziesz oryginalna.
Blondynka uderzyła go w ramię, a on się skrzywił z bólu. Wyszarpnął napierśnik z rąk Annabeth, stanął przy stole od bilardu, wyciągnął coś z pasa i w mgnieniu oka oddał własność.
— Przepraszam. Naprawiłem, okej?
A potem wybuchło zamieszanie, gdy ktoś uderzył w gong. Jason wstał gwałtownie, próbując ocucić Piper, która już zasypiała. Chase pośpiesznie założyła zbroję  Leo skupił się na mnie, co przyprawiło mnie o mdłości.
— Zostajesz, Mackenzie. Nie puszczę cię.
Pokręciłam głową i założyłam ręce na piersi. Byłam pewna, że ten temat przerabialiśmy już tysiąc razy i tysiąc razy kończyło si tak samo: i tak robiłam to, co zamierzałam.
— Nie mamy na to czasu, Leo! — warknął Jason, wychodząc za Annabeth na świeże powietrze. Valdez westchnął.
— Trzymaj się blisko mnie, mała.
Widzicie? Mojej charyzmie i urokowi nie sposób się oprzeć. Z poważną miną ruszyłam za chłopakiem, mrużąc oczy w porannym słońcu. Stanęliśmy na czele armii, złożonej z greckich i rzymskich herosów i czekaliśmy. Zaczynałam już ziewać, kiedy w końcu coś się zaczęło dziać.
Po zboczu Wzgórza Herosów schodziła dziewczyna.
Chyba na jej widok wszyscy byli zmieszani. Ja z miną wyrażająca najczystsze zdumienie, Annabeth pogardę a Leo był na skraju paniki połączonej ze zemdleniem z emocji.
— Co ona, na litość Olimpu, tu robi? — syknęła córka Ateny, zgrzytając zębami.
Gdy podeszła bliżej, mogłam jej się dokładnie przyjrzeć. Dziewczyna miała piękne, lekko pofalowane, karmelowe włosy sięgające prawie pasa. Jej skóra była mlecznobiała, co ładnie współgrało z jej migdałowymi, dużymi oczami. Mały nosek, ładne, kształtne usta i idealne brwi. Nawet pieprzyk nad jej lewym okiem wydawał się niesamowicie perfekcyjny. Ubrana jasne spodnie z wysokim stanem i biały crop top wyglądała, jakby miała zamiar iść w pokazie mody. Gdy podeszła jeszcze bliżej, poczułam zapach cynamonu. Niesamowicie naturalna, urocza i piękna.
Znienawidziłam jej od pierwszego spojrzenia.
Leo wyglądał, jakby zobaczył ducha. Dziewczyna uśmiechnęła się i zwróciła do niego.
— Urosłeś od naszego ostatniego spotkania. Już nie jesteś takim karzełkiem.
Zsolidaryzowałam się z Chase, która miała na twarzy wypisaną żądzę mordu na rzekomej dziewczynie. Kącik ust Leona powędrował nieznacznie w górę. Prawie niezauważalnie, a jednak. To mojej listy "OSOBY DO SKRZYWDZENIA" zapisała się kolejna osoba.
— Chce porozmawiać — zaczęła cicho, ale pewnie. — O tym wszystkim.
Chłopak toczył w sobie zażartą bitwę. Tak czy nie? Ja i Annabeth od razu wybrałyśmy tą drugą opcję. Ale faceci zawsze wszystko muszą spieprzyć.
— Zgoda.
Zalotny uśmiech. Przysięgam. I z jednej i z drugiej strony. Do jasnej cholery, Valez, ogarnij się! Pocałowałeś mnie! Dwa razy! To niesie ze sobą jakieś konsekwencję!
Dziewczyna zauważyła moją kamienną minę, uśmiechnęła się z satysfakcją, co przez wszystkich mogło być odebrane jako przyjazny gest.
— Zapoznasz mnie?
Mackenzie Atkinson, Która Pomorze Połknąć Ci Wszystkie Zęby, Jeśli Nie Przestaniesz Podrywać Mojego Faceta, Który Z Resztą Nie Zupełnie Jest Moim Facetem I Za Niedługo Będzie Martwy. Miło poznać, a ty?
— Mackenzie, to Kalipso. Kalipso, to Mackenzie.
Uśmiechnęła się w moją stronę, a ja tylko zgrzytnęłam boleśnie zębami i z wielkim wysiłkiem kiwnęłam w jej stronę.
— Okej, to może porozmawiamy w bardziej przyjaznym miejscu. Macie tutaj ogród?
Leo kiwnął głową i podał jej ramię, które ona ujęła. Usłyszałam jak Annabeth rozkazała zostać na pozycjach, a Jason przejął dowodzenie. Blondynka rozkazała jedynemu oddziałowi podążyć za nią i ramię w ramię ruszyliśmy za szczęśliwą dwójką, która zaczęła już ze sobą żartować. Spojrzałyśmy na siebie z Annabeth i nawiązałyśmy milczące porozumienie: bić, żeby zabić, nie zranić.
Valdez i Chase usiedli w altanie naprzeciw Kalipso. Ja nawet nie wchodziłam i stanęłam przy krzaku róży.  Położyłam rękę na kwiatostanie i poczułam energię, przepływając przez moje ciało.
— Czego chcesz, Kalipso? — spytała bez wstępów Annabeth, składając palce w piramidę.
— Porozmawiać. Spróbować rozwiązać to bez dalszego rozlewu krwi.
Blondynka prychnęła. Nimfa zwróciła się do Valdeza, ignorując wszystkich.
— Leo, to bez sensu, dobrze to wiesz. Po co to ciągnąć? Po co kolejne ofiary? Nie jesteś tym wszystkim zmęczony? Możesz to zakończyć, a ja zadbam o to, by nikomu z twoich przyjaciół nie stała się krzywda.
Jestem niemową. Od początku życia uczyłam się czytać z ludzkiego głosu, mimiki, postawy. Inni mogliby to odebrać jako propozycje nie do odrzucenia. Milą, bezinteresowną... Ale ja wyczułam coś innego. Podstęp. To był koń trojański, przed którym ostrzegła mnie Persefona.
Jak mam to przekazać komukolwiek, nie zwracając na siebie uwagi?
— Mam się poddać? —  spytał Leo z nutką buntu w głosie. Kalipso zamrugał zdziwiona.
— Nic takiego nie powiedziałam. Poza tym czasami warto się poddać, aby wygrać. Kto jak kto, ale ty powinieneś o tym wiedzieć najlepiej.
Leo milczał, ja za to na gwałt próbowałam znaleźć sposób, przez który mogłabym przekazać informacje.
— Zginąłeś, aby pokonać Gaję. Każdy uznał, że to porażka, a ty tym czasem zwyciężyłeś. Znalazłeś mnie i uwolniłeś.
Zaraz, co? Stanęłam jak wryta, gapiąc się z lekko odchylonymi ustami na Leona, który po chwili napotkał mój wzrok. I ta chwila trwała za długo, bo Kalipso odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła się sztucznie, dając zaskoczenie.
— Ona nic nie wie? Nic jej nie powiedziałeś?
Leo znów się nie odezwał i odwrócił wzrok ode mnie. A dziewczyna kontynuowała.
— Myślałam, że ci na niej zależy. Mi powiedziałeś wszystko. O twojej mamie, o dzieciństwie i rodzinach adopcyjnych, o tym, jak dowidziałeś się, że jesteś herosem. O Gai, misjach, dosłownie o wszystkim.
Dolna warga niebezpiecznie mi zadrżała. Słyszałam plotki, ale nigdy się nimi nie przejmowałam. Nigdy nie pytałam, nie byłam dociekliwa. On wręcz przeciwnie. Nawet gdy widział, że temat sprawia mi ból. Nigdy nie naciskałam, nigdy. Jeśli by chciał, sam by powiedział. Nie zrobił tego.
Wiesz, że bardzo mi na tobie zależy, prawda? Myślałam, że ci na niej zależy. Ja też tak myślałam. Cofnęłam się krok, spuszczając wzrok. Leo wstał i spojrzał twardo na Kalipso, która nadal wyglądała na zdezorientowaną. Kolejny krok do tyłu.
— Wynoś się — warknął, a dziewczyna podskoczyła.
— Co ja takiego zrobiłam?
Odwróciłam się i z kamiennym wyrazem twarzy skierowałam się ku Wielkiemu Domowi. Słyszałam, jak Kalipso próbuje się wykłócać, ktoś wysunął miecz z pochwy i krzyki ustały. Otworzyłam drzwi na werandzie, która znajdowała się również z tyłu domu i zamknęłam je cicho. I równie bezszelestnie przemknęłam do swojego pokoju.
Dopiero tam, po ściągnięciu zbroi i położeniu się na łóżku, rozpłakałam się, łkając nad moim serem, rozbitym po raz kolejny.


— Mogę wejść?
Siedziałam zwinięta w kłębek na parapecie, patrząc się przez okno i skupiając uwagę na kwiatach. Uspakajało mnie to na tyle, że przestałam płakać i czułam się tylko beznadziejnie. I gdy Leo wszedł do mojego pokoju, nawet się nie przejęłam, że nie mam na sobie podkładu, który spłynął wraz ze łzami.  Dalej uporczywie gapiłam się na róże.
Chłopak schował dłonie w kieszenie spodni.
— Nawet nie wiem jak mam zacząć... —  wydukał, Ja mam pewną wskazówkę: wyjdź. Nie zareagowałam jednak. — Zawaliłem.
O tak, to szczera prawda. Jedyną, którą od niego — jak widać — usłyszałam.
— Przepraszam, Mackenzie. Nie chciałem, żebyś wiedziała. Nie chciałem litości z twojej strony, a zawsze ją dostaje w nadmiarze, kiedy o ty opowiadam. Opowiadałem. Od dawna milczę i próbuje zapomnieć. I to Kalipso otworzyła mi oczy. Wyjawiłem jej wszystko, a ona po trzech miesiącach stwierdziła, że odchodzi, by pozwiedzać świat. Sama. I może wróci. — Zaśmiał się gorzko. —  I wiesz co? Na początku na nią czekałem. Później pojąłem, jaki jestem głupi i że nigdy nie popełnię takiego błędu. A potem, po pół roku, pojawiłaś się ty. I gdy obrzuciłem cię jajecznicą na śniadanie i ty uciekłaś bez słowa, to patrząc na twoje plecy przyrzekłem sobie, że tej znajomości nie spieprzę.
Usiadł ma moim łóżku i zaczął opowiadać. O swoim dzieciństwie, o dziwnej niani. Gdy doszedł do momentu o swojej mamie, głos mu się załamał. Wtedy zeszłam z parapetu i objęłam go, nie zważając na własną dumę. Wziął parę spazmatycznych oddechów i kontynuował, nie wypuszczając mnie z objęć. Mówił o adopcjach, własnej rodzinie, która go odrzuciła, szkole dziczy, gdzie poznał Piper i Jasona, jak dostał się do Obozu Herosów, pierwszej misji... Nie pomijał nawet imion dziewczyn czy boginek, w których się zakochiwał.
Usnęłam, słuchając jego opowieści.


Następnego dnia bawiłam się kostką Rubika, próbując dopasować elementy kolorami. W salonie toczyła się wielka bitwa o taktykę. Percy wrócił do walki, komentując zagranie o Kalipso : "Takiego chamstwa jeszcze nie widziałem". Założył więc zbroje i o godzinie dziesiątej rozpoczęły się debaty.
Siedziałam na fotelu i bawiłam się, gdy oni pracowali. Nie dopuszczali nie do głosu. Pomyłka. To Leo nie dopuszczał mnie do głosu.
Ułożyłam połowę koloru niebieskiego, próbując równocześnie poukładać sprawy  mojej głowie.
Czy Demeter była tak bardzo zdeterminowana czy zdesperowana, że posłała Kalipso w środek armii wroga? Wiedziała, że nie skrzywdzą jej, bo zarówno jak i Leo tak i Percy obdarzali ją jakimś uczuciem. Kiedyś. To było jasne, że Valdez się nie podda. Więc pozostała jedyna opcja: koń trojański był zastawiony na mnie. Idąc tym tokiem rozumowania, myślała, że gdy zrani mnie do żywego, to ucieknę do Demoforta, mając Leona za kłamce.
Musiałam rozwalić niebieski rządek, by móc ułożyć zielony i żółty.
Wojna toczyła się również przy makiecie, gdy tym razem skończył omawiać swoją taktykę Jason.
— Tleniony blondyn ma racę — oznajmił Leo poważnie, przesuwając linę obrony do podnóży Wzgórza Herosów.
— To naturalny blond! — krzyknął sfrustrowany Jason.
— Jasne — wtrącił się Percy, przeciągając sylaby. — A Piper nie reguluje brwi.
— Hej! — oburzyła się szatynka.
— Daj spokój Królowo Piękności, nie każdy jest idealny. Oczywiście poza wyjątkami — powiedział Leo, szczerząc zęby.
— I ty masz na myśli siebie?
Annabeth wysłuchiwała dalszych kłótni, załamując ręce i masując sobie skronie. Wyglądała tak, jakby już wątpiła w wynik nadchodzącej bitwy. Ja natomiast wróciłam do rozmyślań, przekręcając góry rząd w lewo.
Gdyby mój plan się powiódł, co zrobiłabym dalej? Jeśli jedna osoba zareagowałaby inaczej niż w scenariuszu w mojej głowie, jestem na straconej pozycji. Wszyscy będą. Ale jeśli się nie ruszę, to armia Demoforta, której przybywa z dnia na dzień, rozgromi Obóz Herosów.
Przesunęłam część, by ułożyć środkowy rząd złożony z koloru czerwonego.
Ćwiczenia szły mi nieźle. Nawet bardzo dobrze. Nie spodziewałam się tak dobrych efektów, a jednak. Teraz potrzeba mi wiarygodnych słów, by przekonać do siebie każdą osobę.
Teraz pomarańczowy.
To szalone Nigdy się nie uda. Potrzeba na to cudu, by coś takiego stało się realne. Wszystko w tym planie było złe.
Muszę się zastanowić. Zaczęłam wątpić w samą siebie.
Odstawiłam ułożoną kostkę Rubika na stoliku do kawy.






Jestem zaskoczona, że nikt nie wpadł na to, że to Kalipso będzie koniem trojańskim. PRZECIEŻ MÓWIŁAM ŻE TA S... PANI SIĘ POJAWI.
A tak na poważnie: Percy koniem trojańskim? Ten chłopak potrafi zgubić się w supermarkecie. Nie wymajajmy od niego tak mrocznych czynów.
I cieszę się jak głupia, bo Natalka mnie nie przejrzała. Po raz pierwszy punkt dla mnie!
Zapisałam się na 6 maja na egzamin praktyczny na 9. Wicie co t oznacz? Oczywiście. Zdam. Za pierwszym razem.
Za równe 4 tygodnie będzie już po wszystkim. Dodam epilog do Alfabetu i nasza historia się zakończy.
I tak, będzie druga część. Jeśli się na mnie nie obrazicie i poskładacie psychicznie.
Miłej majówki i w ogóle dużo pozytywnych wibracji etc etc

sobota, 23 kwietnia 2016

36

 

Kiedy się obudziłam, Leo wciąż spał. Jego równomierny oddech łaskotał mnie po nagiej szyi, ręka swobodnie i naturalnie była położona na mojej tali. Przez chwilę leżałam w bezruchu i napawałam się tą chwilą, zanim się okręciłam i spojrzałam na jego spokojną twarz. Zniknęło z niej napięcie, usta były lekko rozchylone a włosy uroczo opadały na czoło.
Wyglądał tak spokojnie kiedy spał. I był mój. Cały mój.
Ta myśl pojawiła się w mojej głowie znikąd. Było to po części tak naturalne, że się nad tym nie zastanawiam. Nikt się nie zastanawiał. Od początku naszej znajomości było pomiędzy nami to coś. Może nie fascynacja i zauroczenie. Może to była zwykła uprzejmość? Romantyczni poeci wierzyli w istnienie idealnej połówki. Drugiej części duszy. Tak, to było prawidłowe określenie.
Jak bardzo bolało mnie, że ja nie mogę być cała jego? Jestem zaręczona z kimś innym. Nigdy nie byłam prawdziwym herosem, bo matka mnie ochraniała. Miałam wyrzuty sumienia, moje serce płakało. On dla mnie zabijał. Nie ważne w jakiej intencji to robił, pozbawiał życia niewinne osoby.
Też byłam mordercą.
Wsunęłam dłoń pod jego ciepłą rękę. Pasowała idealnie. Kolejne ukucie bólu i smutny uśmiech, posłany w jego stronę.
Drugą rękę wyciągnęłam do jego włosów i złapałam jeden kosmyk opadający na czoło. Pociągnęłam za niego, a gdy się wyprostował, puściłam. Znów był lokiem. Potem skierowałam wzrok na jego twarz. Ostatnio widziałam go w grudniu i przez tak krótki okres czasu zmienił się, a wolałam już nie myśleć jaka była różnica pomiędzy tym uśmiechniętym piętnastoletnim dzieciakiem, którego widywałam na zdjęciach. Jego rysy nabrały męskiego charakteru, choć wciąż miał łobuzerski uśmiech, godny dziesięciolatka. I urósł. Teraz przewyższał mnie o pół, a może cały centymetr.
Śmiało mógłby zagrać Parysa zamiast Orlando Blooma.
Leo poruszył się. Teraz tylko spał. Woda z rzeki Lete musiała przestać działać, ale umysł wciąż się nie obudził. W moim przypadku było na odwrót. Nie mogłam się poruszyć, mając wrażenie, jakbym dostała paraliżu sennego. A Leo był tak wykończony, że spał dalej. Nigdy nie dowie się, że to moja sprawa.
Usłyszałam krzyki i werble. Nie poruszyłam się jednak i wbiłam obojętny wzrok w ścianę.
Mój plan miał tyle luk. Tyle rzeczy mogło się nie udać. Mogłam zawinić ja. Mógł zawinić Leo. Demofort. Demeter. Wszyscy, tyle że nie byli by tego świadomi. Mogłam zrezygnować. Patrzeć i czekać na rozwój wypadków z boku. Tak jak wszyscy tego oczekiwali.
Krzyk bojowy.
Nie mogłam. Nie mogłam patrzeć, jak ludzie mordują się wzajemnie.
Ktoś wrzasnął przeraźliwie.
Nie mogłam patrzeć na krew na własnych rękach.
Zbiorowy jęk.
Tyle spojrzeń skierowanych w moją stronę, winiących mnie o całą wojnę.
Okrzyk zachwytu, połączony z żałosnym zawodzeniem.
Przewróciłam się na drugi i zamknęłam oczy, próbując zmusić mój umysł, by przestał pracować.
Cisza. Błogosławiona cisza.
Leo mruknął i drgnął. Nie otwierałam oczu i wyrównałam oddech. Czułam, jak chłopak się podnosi, a potem usłyszałam ciche przekleństwa po angielsku, hiszpańsku i starogrecku. Usłyszałam brzdęk spiżowej zbroi, gdy ją na siebie wkładał. A później pochylił się nade mną i pocałował w policzek. Nie poruszyłam się, dopóki nie wyszedł z pokoju.
Policzyłam do dziesięciu.
Powoli, bardzo powoli, podniosłam się z posłania. Zostać tutaj czy ruszyć za nim?
Włożyłam na nogi trampki i otworzyłam drzwi, nasłuchując uważnie. Po chwili rozpoznałam szlochanie, a później ostry głos Leona.
— Co się dzieje? Czemu nikt mnie nie obudził?
Zamknęłam najciszej jak potrafiłam drzwi i zaczęłam się skradać, jakbym była złodziejem. Dziewczyna, którego głosu nie rozpoznałam, pisnęła przerażona.
— Leo! Ale jak ty to?
Usiadłam na pierwszym stopniu i wychyliłam się nieco. Teraz widziałam plecy chłopka i twarz osoby, do której mówił. Ciemnowłosa blondynka z zielonoszarymi oczami zakrywała sobie dłonią usta.
— O czym ty do cholery mówisz, Sky?
Kojarzyłam to imię. Wiedziałam, że je znam. Mimochodem ścisnęłam pierścionek i zmrużyłam oczy. Dziewczyna pobladła, zaczęła machać w kierunku drzwi i ocierać z policzków łzy. A na końcu wydukała:
— Skoro ty jesteś tutaj, to kto był tam?
Leo niecierpliwie przewrócił oczami i wypadł z Wielkiego Domu, zostawiając blondynkę zdezorientowaną i rozdartą. Nie widziałam większego sensu ukrywania się i zbiegłam po schodach, dopadając najbliższe okno i próbując cokolwiek zobaczyć. Dwie armie stały naprzeciwko siebie, Leo biegł w ich stronę, jednak nie zanosiło się na kolejną bitwę. Dziewczyna stanęła obok mnie i położyła mi rękę na ramieniu, boleśnie zaciskając. Była bardziej zdezorientowana niż ja. Aż do chwili, gdy jęknęła i po raz kolejny zaszlochała.
— To Clarisse.


Wszyscy siedzieli dookoła stołu bilardowego i próbowali ukryć emocje, które nimi targały. Strach. Gniew. Bezczynność. Percy siedział najspokojniej, wpatrując się pustym wzrokiem w swoje niebieskie ciasteczka. Nikt nic nie mówił. Nikt nie miał tyle siły.
Claisse nie żyła.
Ten błysk w oku, który u niej spostrzegłam poprzedniego wieczora. To było porozumienie. Ja tego nie zauważyłam, ona tak. Obmyśliła cały plan na podstawie chwili. Czy widziała wodę z rzeki Lete? Musiała być pewna, że wcisnę ją Leonowi, a on nie obudzi się do późnego ranka. Wzięła jego zbroje i stanęła do pojedynku jako Valdez.
Przegrała.
Również siedziałam przy stole, nieco z boku i wpatrywałam się pustym wzrokiem w paznokcie. Mój żołądek trawił sam siebie, a ja nie zamierzałam zmieniać tego stanu rzeczy. Nie miałam ochoty na jedzenie, nie miałam ochoty na nic innego prócz oddychania.
— Ktoś powinien powiedzieć Chrisowi — zaczęła Annabeth cicho, choć pewnie. — Ma prawo wiedzieć.
— Ja pójdę — odrzekła powoli Piper. — Spróbuje mu to przekazać łagodnie.
Wstała, poprawiła pasek, na którym trzymała powieszony miecz i wyszła z Wielkiego Domu. Chase wstała i podeszła do makiety, sporządzonej przez dzieciaki od Hefajstosa. Była to idealna rekonstrukcja Obozu Herosów, z pozycjami i sztandarami domku, w zależności kto czego bronił. Stanęła z założonymi rękoma i przyjrzała się wszystkiemu uważnie.
— Potrzebny nam nowy plan. Frank, jakieś propozycje?
Syn Marsa wstał i stanął obok blondynki, z którą zaczął dyskutować o taktyce. Inne osoby również zaczęły brać czynny udział w zebraniu, odrywając się od ponurych myśli. Tylko trójka osób się nie ruszyła: ja, Leo i Percy.
— Zginęła córka Aresa. Myślicie, że może się za to zemścić? — zaczęła Hazel, bawiąc się nerwowo szlachetnym kamieniem, który nie wiadomo skąd wytrzasnęła. Jej pytanie zaowocowało nową dyskusją, pełną teorii i pomysłów.
— Może złóżmy ofiarę? — zaproponowała Sky, opierając się o ścianę.
— Taką krwawą? Z człowieka?
Przewróciła oczami i wzruszyła ramionami.
— Skąd ja mam to wiedzieć? To tylko pomysł.
— W sumie tak jest w przepowiedni —  zauważyła Annabeth. —  Przysięga, że jeden z nich trupem na polu polegnie i krwią strasznego boga wojny nasyci.
Zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem zegara.
— Czyli ktoś będzie musiał zginąć, by Ares przestał się gniewać? — spytał cienkim głosem jakiś chłopczyk, którego nie kojarzyłam. Od poprzednich wakacji wiele osób zostało uznanych jako dzieci pomniejszych bóstw. Zdarzało się więc, że było tylko dwie lub trzy osoby w domku, a czasami tylko jedna. Tak jak Sky.
Sky była córką bogini zdrady.
Olśniło mnie w tej samej chwili, kiedy zaburczało mi w brzuchu. Było jednak zbyt głośno, by ktoś to zauważył.
— Nikt nie będzie się poświęcał, by zadowolić Aresa. Czy to jasne? — spytała ostro Annabeth, kończąc dyskusję. W tym momencie Percy bez słowa gwałtownie wstał i ruszył w stronę drzwi. Blondynka, choć zaskoczona, próbowała go zatrzymać, łapiąc za rękę. Ten jednak się wyrwał.
— Nie mogę — wydusił z zaciśniętym gardłem i spojrzał na Leona. — Wybacz stary, ale nie mogę. To mnie przerasta.
Leo kiwnął tylko głową i wtedy Jackson wyszedł. Hazel westchnęła cicho i wypowiedziała na głos to, co do nikogo nie chciało dotrzeć.
— On się nie wycofał z walki, prawda? Powiedzcie, że się nie wycofał.
Frank przytulił ją, a Annabeth nadal stała z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Percy się wycofał. Wszystko zaczęło do siebie pasować, a ja i Chase zapewne łączyłyśmy jako jedyne wszystko w całość. Pojedynek Clarssie i Demoforta był pojedynkiem Patroklosa i Hektora. Percy wycofał się z walki tak samo jak Achilles. Z mniej egoistycznych pobudek, ale jednak odszedł.
Przygnębienie trwało przez cały dzień. Wieczorem, gdy słońce zaszło i zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy, cała dolina zapłonęła światłem. Stałam w oknie swojego pokoju i czując, jak sama umieram od środka, patrzyłam na tysiące stosów pogrzebowych moich przyjaciół. Gdy nastał nowy poranek, nikt nie liczył na poprawę humoru, nikt nie starał się zmienić stanu rzeczy. Widok stosu pogrzebowego Clarisse wypełnił moich druhów bezradnością i poczuciem, że teraz wszystko jest stracone.
Znów plany, które miały nas jakoby ochronić. Jason, Annabeth i Frank żywo na ten temat rozprawiali, gdy pozostali, którzy nie mieli warty, siedzieli z nieobecnym wzrokiem albo po prostu spali. Do mało wesołej gromadki dołączyła jeszcze jedna osoba, której wszyscy najmniej się spodziewali. Nico di Angelo, w pełnej zbroi, wszedł wyprostowany i przywitał się skinieniem głowy. Na jego widok Will, który siedział przygaszony w rogu, rzucił się na niego.
— Nico! Nigdy więcej czegoś takiego nie rób! Nie znikaj tak bez słowa!
— Miażdżysz mi żebra, Solace —  wychrypiał brunet, próbując się uwolnić.
— Jeśli się nie zamkniesz, zmiażdżę ci coś jeszcze.
Nico uśmiechnął się blado i odsunął delikatnie Will'a, któremu świeciły się oczy.
— Musiałem coś załatwić w Podziemiu. I robię za Hermesa nowego pokolenia — mruknął, wyciągając z kieszeni bordową kopertę. Podszedł do mnie zdecydowanym krokiem, wyciągając w moją stronę rękę z listem. Kątem oka uchwyciłam, jak Leo wstaje, więc szybko porwałam kopertę i wyjęłam papier pachnący granatem. Zaczęłam szybko czytać treść listu.
Kochana siostrzyczko,
obiecałam, że postaram ci pomóc, jeśli będę potrafiła. Tym bardziej, że zrobiłaś matce na złość, a ja nigdy na takie coś bym nie wpadła. Wręczam ci ten list przez mojego pasierba, bo muszę mieć pewność, że nikt inny prócz ciebie go nie przeczyta. I tak wiem, że wszystkim rozgadasz. W każdym razie: Demeter coś kombinuje. Zdołałam się dowiedzieć, że na kolejny dzień zaplanowała użycie swojego konia trojańskiego. Nie wiem, co to jest. Spal ten list zaraz po przeczytaniu.
Persefona
Przeczytałam list parę razy, zanim podałam go Annabeth. Blondynka pobladła na twarzy, podała list do kolejnych osób.
— To może być podstęp — oznajmił Frank z kamienną miną. — To może być koniem trojańskim.
— Zawiązałaś z Persefoną układy? — spytała Hanzel. Wzruszyłam ramionami. Obiecała mi pomóc, ale myślałam, że mnie spławia. A potem przypomniałam sobie wyraz jej oczu i słowa: "Ciesz się wolnością póki możesz. Matka będzie chciała to jak najszybciej zakończyć. Proponuje ci zapomnieć o twoim dawnym życiu, które ci nagle odebrano. Wtedy nie będzie cię to aż tak boleć".
Nie chciała, bym cierpiała i została na zawsze przykuta nieśmiertelnością. Nie chciała, by Demeter mnie kontrolowała. To o tym mówiła zeszłej zimy.
Nikt nie zauważył jak wymknęłam się i poszłam do swojego pokoju. Był ciepły dzień i nic nie wskazywało na to, że gdzieś tam ludzie zaczynają głodować przez moją matkę. Nic nie wskazywało na to, że dzieje się coś okropnego.
Byłam w żenującej sytuacji. Dwójka facetów biła się o mnie jak o jakąś zabawkę. A ja nie mogłam wrzasnąć na nich, by przestali zachowywać się jak szczeniaki, bo byłam niemową. I kobietą. Mężczyźni nie słuchają kobiet od tak sobie.
Drzwi się otworzyły i do pokoju wślizgnął się Leo. Za tym niewinnym uśmiechem czaiło się coś, czego nie mogłam rozszyfrować.
— Mała, musimy porozmawiać.
No to super. Kiwnęłam powoli głową. Leo westchnął i wypalił:
— Muszę cię prosić, abyś zdjęła bluzkę.
Moja szczęka powędrowała na dół. Chwila. Co? Nie powiedział tego. Błagam, powiedzcie, że on tego nie powiedział na głos. Uniosłam wysoko brwi, a on tylko zrezygnowanie westchnął.
— Ściągał ją mała albo sam to zrobię. Wiesz dobrze, że tak będzie.
Tak, powiedział to. Ale świnia. A tata powtarzał: nie ufaj facetom. W tym właśnie momencie straciłam do niego resztkę szacunku, którą go darzyłam. Założyłam ręce na piersi i pokręciłam głową.
— Mackenzie, zrób to. Przecież nie będę cię molestował, do jasnej cholery. Chyba nie masz mnie za kogoś takiego.
A to nie podchodzi molestowanie? Patrząc na niego wzrokiem seryjnego mordercy, chwyciłam brzeg koszulki i podciągnęłam ją do góry. Zanim jednak odsłoniłam stanik, Leo zaczerpnął gwałtownie powietrza. Spojrzałam w dół, na mój brzuch.
Mogłam policzyć każde żebro, które wystawało. Brzuch był zapadnięty, nie tak uroczo jak u modelek Victoria's Secret. Sama byłam zdziwiona tym co zobaczyłam, już nie mówiąc o Valdezie. Podszedł do mnie powoli i złapał za nadgarstki. Puściłam bluzkę, a materiał opadł i zakrył mój brzuch.
— Mackenzie, czy ty się głodzisz? — spytał, niezwykle delikatnym tonem. Spuściłam wzrok na nasze złączone ręce. Nie głodziłam się, po prostu nie miałam chęci na jedzenie. Apetyt całkowicie mnie opuścił.
— Przecież nie jestem ślepy. Jak długo to trwa, odpowiedź.
Przełknęłam ślinę i powoli wystawiłam trzy palce. Tyle tygodni to trwało. Odkąd odwiedził mnie Nico.
— Spójrz na mnie Mackeznie. Proszę.
Miałam ochotę rozpłakać się z bezczynności. Zamiast tego powoli podniosłam wzrok, spotykając się z jego tęczówkami, przepełnionymi troską o moją osobę. Poczułam wstyd i wyrzuty sumienia tak ogromne, że miałam ochotę zwrócić sucharki, które zjadłam poprzedniego wieczoru.
— Dlaczego to robisz? Tak wiele osób ginie za to, byś była wolna, a ty krzywdzisz sama siebie.
Nie zareagowałam.
— Czujesz się winna? Nie powinnaś mała. Nie masz czuć się winna. To i tak trwa. Głodząc się, nie przywrócisz życia Clarisse, Troian i wielu innym, którzy polegli. Oni by tego nie chcieli. Obiecaj mi, że postarasz się zacząć jeść, okej?
Kiwnęłam niezauważalnie głową. Oczy Leona zwęziły się i dokładnie wbiły się w moje źrenice. Poczułam się zażenowana.
— Zawsze miałaś takie złote plamki w oczach?
Gwałtownie się od niego odsunęłam i podeszłam do lustra, które wisiało niedaleko drzwi. Sama zaczęłam przyglądać się swoim źrenicom. Tak, złote plamki nadal tam były. Zauważyłam to w dniu, kiedy zostałam porwana z dworu Demoforta. Nie urodziłam się z nimi.
Widzicie, nie powiedziałam, że zauważyłam to w dniu, kiedy Leo mnie pocałował. Jestem silną, niezależną kobietą.
Odwróciłam się i chwyciłam notatnik wraz z długopisem i zajęłam się przelewaniem na papier mojej hipotezy. Przez cały czas Leo mnie obserwował. Robiłam błędy jeden za drugim, nie mogąc się skoncentrować.
Myślę, że to od ambrozji i nektaru. Na dworze jadłam go całkiem sporo, bez względu na to, czy byłam ranna czy nie. Ale ambrozja miała jakiś inny smak. Oczy Demoforta też najpierw były niebieskie, a teraz są zupełnie złote.
Leo czytał to długą chwilę. Dopadły mnie wyrzuty sumienia, że napisałam o Demofordzie. Czy powinnam sobie to darować? Oh na Boga, przecież nie był aż takim dzieckiem. Przynajmniej miałam taką nadzieje. Po chwili odrzucił notatnik w bok i uśmiechnął się nieco psychopatyczne.
— Widzisz, zawsze narzekałaś na swoje zwykłe, brązowe oczy. Teraz masz urozmaicenie — powiedział z nutką rozbawienia w głosie. — Ładnie ci.
Przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Mogłam słyszeć bicie jego serca, czuć, jak jego klatka piersiowa opada za każdym razem, gdy robi oddech. Objął mnie w pasie i oparł głowę o moją. Zamknęłam oczy.
— Nawet nie mam co przytulać —  mruknął. Zapewne chciał być zabawny, ale tylko mnie zawstydził. — Ale muszę powiedzieć, że to ma też i swoje plusy. Pamiętasz, jak wyniosłem cię z lasu gdy chimera cię zaatakowała? Zanim dotarłem na miejsce, miałem wrażenie, że wypluje płuca. A wczoraj podniosłem cię bez problemu. Ale w sumie, wmawiajmy sobie to, że przypakowałem.
Uśmiechnęłam się. Przez chwilę widziałam go takiego, jakiego go poznałam. Wyluzowanego, pewnego siebie, z wielkim ego i sypiącego beznadziejnymi żartami. Czy on także tęsknił za starą Mackenzie, która nie przejmowała się niczym, prócz wyhodowania małej roślinki? Czy tęsknił za popołudniami spędzonymi na pleceniu wianków ze stokrotek lub budowania bezużytecznych maszyn w bunkrze?
— Muszę już iść Mackenzie —  powiedział cicho, a ja przyłapałam się na tym, że mam oczy wilgotne, co spowodowały wspomnienia zalewające moją głowę. Chłopak odsunął się delikatnie i założył pasmo moich ciemnych włosów za ucho. I nie zabrał dłoni. Jego kciuk zaczął pieścić mój policzek. Przymknęłam oczy.
— Będę cię chronić, mała. Nie ważne jak długo i za jaką cenę.
Uniosłam powieki. Wpatrywał się we mnie z tym błyskiem w oczach, który widziałam tylko jeden, jedyny raz.
Tym razem oboje byliśmy przygotowani.
Nie był to wybuch ognia, tak jak poprzednim i jedynym razem. Złapał mnie w tali i delikatnie pociągnął w swoją stronę. Jego usta odnalazły moje, najpierw delikatnie je muskając. I przez ułamek sekundy nie poruszył się, więc to ja tym razem zrobiłam pierwszy krok.
Gdy mnie całował, a ja jego, świat gdzieś uleciał. Byliśmy tylko we dwoje. Czułam, jak każdy nerw w moim ciele domaga się jego uwagi i pieszczoty. Czułam jak cały ten niebezpieczny świat rozpada się w małe kawałeczki, jak całe zło gdzieś znika. Zostały tylko jego usta i jestem pewna, że uniosłam się kilka centymetrów nad ziemią.
Złapałam go za kark i pociągnęłam bliżej, a jego ramiona zamknęły mnie w uścisku, w którym nie mogłam wątpić, że coś nam się stanie. Byliśmy przez tą chwilę dwójką normalnych nastolatków, cieszących się sobą i mającą siebie na własność.
Ja byłam jego. On był mój.
Czy ja go kochałam? Na Boga, mam dopiero 18 lat. Nie wiem nic o miłości. Gdy byłam mała, mój ojciec nie miał przy sobie kobiety, na którą mógłby patrzeć całe życie. Byłam tylko ja i to na mnie skupiał swoją całą uwagę. Podczas, gdy moje przyjaciółki miały już drugiego czy trzeciego chłopaka, ja stałam z boku i uśmiechałam się, by wyglądało, że cieszę się ich szczęściem. Nie śpieszyło mi się do romansów wyjętych prosto z kart fantastycznych powieści. A teraz sama byłam częścią jednej.
Podczas tego jednego, krótkiego pocałunku, czy mogłam poczuć, czym jest miłość? Czy to było to uczucie, czy też przelotne zauroczenie, kaprys nas obojga, domagających się uwagi i trochę ciepła? Żadne z nas nie było idealne.
To Leo przerwał pocałunek i uśmiechnął się do mnie smutno. Musnął jeszcze wargami mój nos, wyszeptał coś tak cicho, że tego nie usłyszałam i wyszedł. Poczułam, jak żar, który we mnie rozpalił, pragnie więcej. Nie pobiegłam za nim, tylko osunęłam się na podłogę i usiadłam po turecku, zatapiając się w myślach.
Czytałam pewną książkę jakieś pół roku temu, gdy przeżywałam rozgoryczenie tym, że jestem niemową, gdy byłam zła na cały świat, czułam się opuszczona przez przyjaciół i pracującego ojca. Siedziałam wtedy dwie godziny w bibliotece, zanim przekonałam się do wypożyczenia książki o psychologi. Był tam bardzo mądry cytat, który usiłowałam sobie przypomnieć i gdy w końcu to się stało, miałam ochotę skakać z radości.
"Nie ma trudności, których miłość nie mogłaby pokonać. Nie ma choroby, której miłość nie mogłaby uleczyć. Nie ma drzwi, których miłość by nie otwarła. Nie ma zatoki, nad którą miłość nie wybudowałaby mostu. Nie ma muru, którego miłość nie mogłaby zburzyć. nie ma grzechu, którego miłość nie mogłaby odkupić. To bez znaczenia, jak głęboko zakorzenione są kłopoty, jak beznadziejnie wygląda sytuacja, jak bardzo sprawa jest zawikłana, jak wielki jest błąd. Miłość zaradzi temu wszystkiemu. I jeżeli będziesz mógł kochać wystarczająco silnie, będziesz najszczęśliwszą i najpotężniejszą osobą na świecie." * 
Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam robić swoje, bez względu na to, jakie poniosę konsekwencję.


* "Poznaj moc, która jest w Tobie" Autor: Louise L. Hay. Świetna książka, polecam. Pomogła mi uświadomić sobie wiele rzeczy i naprawdę zmieniła życie.
To chyba mój fav rozdział z całych dwóch części Alfabetu. Tutaj dopiero widać, jak piękna jest relacja Leo i Mackenzie, jak starają się siebie na własny sposób ochronić, jak się o siebie troszczą... Szczególnie uwielbiam ten moment, gdy Leo mówi Kenzie o głodzeniu się. Jestem z niego dumna.
Ktoś spodziewał się, że Clarisse zginie? Nie? To dobrze. Zawiadamiam Was, że to dopiero wierzchołek góry lodowej w której ma uderzyć Titanic aka Wasze uczucia.
CZEKAM NA POMYSŁY, CO MOŻE BYĆ KONIEM TROJAŃSKIM.
I CO MYŚLICIE O ZACHOWANIU PERCY'EGO.
TAŃCZYMY TANIEC SZCZĘŚCIA Z POWODU DRUGIEGO POCAŁUNKU! ROBIĄ POSTĘPY, RIGHT?
Idk co mam napisać... Po prostu Was kocham, dziękuje za wsparcie, za to, że czytacie i jesteście z Lenzie.  Niebieskie ciasteczka dla wszystkich!

sobota, 16 kwietnia 2016

35


Siedziałam spokojnie, nie ruszając się, jakby od tego zależało moje życie. Powód był prosty: Troian uczyła się robić warkocze na moich włosach. Najpierw sama zaplotłam jej ciemne, gęste włosy, a teraz mała sama próbowała swoich sił. Na parapecie stał wazon z kwiatami, które uzbierała dzisiejszego ranka i mi przyniosła. W ciągu tych kilku dni stała się dla mnie bliższa niż własna matka w ciągu całego roku. Potrafiła mnie rozśmieszyć i odciągnąć moje myśli od wojny. Najbardziej pokochałam ją za zdanie, które wypowiedziała, gdy Juliet wytłumaczyła jej, że jestem niemową.
— Ojej, ale pech. No to trudno, ja będę gadać, a ty będziesz słuchać.
Nie potrafiłam jej nie kochać, nawet wtedy, gdy ciągnęła moje włosy, a ja próbowałam się nie rozpłakać z bólu. Skupiłam się więc na Katoptrisie, który leżał spokojnie na stoliku nocnym. Nie potrafiłam się zdobyć na to, by pomyśleć o nim jako o mojej broni. Miałam jeden miecz i mi wystarczał. W zupełności.
— I wtedy królik uciekł a ja popędziłam za nim — powiedziała Troian. Opowiadała mi swoje przygody. Zmyślone, jak mniemam, bo tematem dzisiejszej rozmowy było spotkanie białego królika. Podejrzanie to brzmiało jak "Alicja w Krainie Czarów", ale się nie czepiałam. Dziewczynka zawiązała mój warkocz, który niespodziewanie był bardzo dobry. Pomijając to, że  połowa moich włosów leżała na łóżku. Ale był warto. Uśmiechnęłam się i uściskałam ją.
— Kiedy dorosnę, chce mieć właśnie takie włosy jak ty.
Niesamowite, że taka mała osóbka potrafi tak dużo mówić. Co jednak zauważyłam — tylko przy mnie. Gdy zjawiała się osoba trzecia, dziewczynka milkła i usuwała się w cień.
— Chcesz usłyszeć, co się stało dalej? - spytała, a ja kiwnęłam głową. Nim jednak zaczęła, usłyszałam hałas. Położyłam jej palec na ustach i nasłuchiwałam. Jako, że byłam pozbawiona możliwości mowy, miałam bardzo wyostrzony słuch. Ciężkie kroki, brzdęk broni. Drzwi otworzyły się z łoskotem i do środka wpadło dwóch mężczyzn. I nie byli to żołnierze z Obozu Herosów. Troian wrzasnęła, kiedy rzucili się na mnie. Jeden złapał mnie za rękę, boleśnie wykręcając. Skrzywiłam się z bólu, ale sprytnie się okręciłam i uderzyłam go z całej siły łokciem w twarz, łapiąc nos. Krew polała się strumieniem, a mężczyzna zaklną i puścił mnie. Jego przyjaciel kopnął mnie w brzuch, a ja zgięłam się, pozbawiona tchu. Chwycił mnie za rękę, na której miałam pierścień, więc nie mogłam odblokować miecza. Pisnęłam zrezygnowana, ale wtedy usłyszałam Troian wymawiającą moje imię. To dodało mi siły. Wymierzyłam cios lewą ręką, ale mężczyzna je zablokował, więc go kopnęłam. Oswobodziłam jedną rękę i przewróciłam stolik nocny. Nie miało to dla nich żadnego znaczenia, bo odepchnęli mebel. Nie zraziłam się tym i chwyciłam Katoptris, który wypadł z pochwy. Zamachnęłam się nim, raniąc żołnierza w dłoń. Puścił mnie z krzykiem. Podniosłam się szybko z ziemi i gestem pokazałam Troian, by uciekała. Pokręciła głową, a ja tupnęłam nogą. Wtedy posłuchała, wrzeszcząc i wzywając pomocy. Chwila nieuwagi kosztowała mnie dużo. Mężczyzna z rozbitym nosem chwycił mnie od tyłu, blokując swobodę rąk. Musiałam być silna i ochronić Troian. Przyrzekłam się nią opiekować. Tyle musiałam z siebie wykrzesać. Nadepnęłam mu na stopę, a on na sekundę poluzował chwyt. Za długo dla niego. Okręciłam się w jego ramionach i wbiłam mu sztylet w podbrzusze, tam, gdzie nie osłaniała go zbroja. Zawył, zraniony boleśnie, lecz ja nie przestałam. Z nienawiścią wepchnęłam ostrze aż po rękojeść i pociągnęłam do góry, czując ciepłą posokę na rękach. Dopiero wtedy wyciągnęłam Katoptris, gdy ostrze zatrzymało się na zbroi. Dysząc ciężko, obróciłam się szybko i dostałam w prawy policzek od jego kolegi. Poczułam smak krwi w ustach, a mężczyzna wytrącił mi sztylet z ręki. Zatoczyłam się do tyłu i napotkałam opór ściany. Żołnierz rzucił się na mnie i w chwili, gdy jego ciało opadło na moje, odblokowałam miecz, który wbił się w jego pierś i przebił go jak szaszłyk. Krew buchnęła na moją bluzkę, a człowiek wziął dwa urywane oddechy i wyzioną ducha. Wyszarpnęłam miecz z ciała i podniosłam Katoptris, nie zważając na jęki i szloch drugiego, jeszcze żywego żołnierza.
Musiałam znaleźć Troian. Teraz.
Wybiegłam z pokoju, po schodach i rzuciłam się ku wyjściu. Uświadomiłam sobie, że nie miałam na sobie żadnej zbroi. Byłam w zakrwawionej bluzce, krótkich szortach i trampkach. Ale usłyszałam wrzask Troian i to wystarczyło mi, by pchnąć te cholerne drzwi i ruszyć do boju.
Przeraziłam się tego, jak blisko wojska Demofonta podeszły pod Wielki Dom. W dole trwała zażarta bitwa, a ja zaczęłam szukać wzrokiem bezbronnej pięciolatki. W końcu ją zobaczyłam. Zakrywała rączkami oczy, a jeden z synów Apollina ją osłaniał. Musiałam się do niej dostać.
Było to nierozważne. Nie  potrafiłam walczyć. Nogi mi się plątały, miałam słaby refleks, a mięśnie mnie nie słuchały. To wszystko przez Mgłę, teraz to wiedziałam. Ale raz udało mi się ją pokonać. Ruszyłam niepewnym krokiem ku wojskom. Ktoś mnie zauważył i wrzasnął, bym wracała. Nie posłuchałam, skupiając się na postaci mojej siostry.
I nagle, bez ostrzeżenia, strzała wbiła się w pierś Troian.
Poczułam wściekłość. Zimną, czystą wściekłość. Instynkty wzięły górę. Teraz już biegłam. Musiałam się do niej dostać, pomóc, raniąc jak najwięcej osób odpowiedzialnych za postrzelenie jej. Ugodziłam pierwszego żołnierza, przecinając mu gardło. Błyskawicznie się odwróciłam i zablokowałam cios kolejnego. Kopnęłam go, wytrąciłam miecz z ręki i rozprułam brzuch. Nie kontrolowałam ruchu. Czystość umysłu, płynność ruchu przejęły wszystko. Kierowało mną tylko jedno pragnienie: znaleźć się przy Troian. Wykonując półobrót zraniłam dwóch za jednym razem. Kolejny krok do przodu. Krew zachlapała mi twarz. Otarłam ją bez zmrożenia oka i kontynuowałam atak. Powaliłam trzech następnych. Słyszałam krzyk Annabeth, ale nie obchodziło mnie to. Liczyła się teraz tylko Troian. Ktoś uderzył mnie w głowę, co zamroczyło mnie na sekundę. Ukucnęłam i przejechałam Katoptrisem po nieosłoniętych nogach żołnierza, tak głęboko, że ujrzałam biel kości. Zwaliłam go z nóg i dobiłam. I kolejny. I kolejni. Ktoś zadrasną mi mieczem policzek, co mnie tylko rozwścieczyło.
Percy znalazł się przy moim boku, ochraniając, choć to nie było konieczne. Wrzeszczał na mnie, bym wracała. Ale ja dotarłam do celu. Miecz i sztylet wypadły mi z rąk, kiedy brałam Troian w ramiona. Załkałam.
Dziewczynka patrzyła się szklistym wzrokiem w niebo, którego już nie mogła będzie nigdy zobaczyć.
Potem wszystko stało się tak szybko. Ktoś odciągnął mnie od jej ciała, a ja kopałam i próbowałam się tam dostać z powrotem. Łzy lały się strumieniami, zmywając krew z mojej twarzy. Wcisnęli mi broń, gdyby była zagrożona. Płakałam. Nic się już nie liczyło. Moja mała, słodka Troian. Opadłam z sił i wtedy zanieśli mnie do Wielkiego Domu.
Nie pamiętam, co się działo dalej.
Siedziałam w salonie, obejmowana przez Piper, która szeptała, że wszystko będzie dobrze. Byłam dziwnie spokojna. Czy to przez jej czaromowę? Wśród mnie toczyła się dyskusja, ale mnie to nie obchodziło. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, prócz Leona, który patrzył na mnie z troską, ale nie ośmielał się podejść.
— Wysunęli propozycję — stwierdziła Annabeth. — Dlaczego?
— Demeter — mruknął Jason, jakby to wszystko było jasne. — Dostała szału, gdy się dowiedziała...
Nie musiał kończyć zdania. Demeter sprowokowała tę wojnę, ale mimo tego, kochała swoje dzieci prawie najmocniej ze wszystkich Olimpijczyków. Odwiedzała je, pomagała...
— Co robimy? — zwróciła się Hazel do Annabeth, która zaczęła się zastanawiać. Ja wyślizgnęłam się z ramion Piper i podeszłam do stolika, by nalać sobie wody. Ręce mi się trzęsły, a dodatkowo wszyscy mnie obserwowali.
Gdy szklanka była już pełna, nie wypiłam jej. Rzuciłam nią o ścianę.
Coś we mnie pękło. Wzięłam dzbanek wody i go również rozbiłam. Szkło wbiło mi się w nagie stopy. O tak, upragniony ból. Wzięłam lampę i nią również rzuciłam. Żarówka wybuchła. Potem papiery. Figurka. Wino, które nie mam zielonego pojęcia, skąd się tu wzięło. Jedno drewniane krzesło, którym rzucałam o ścianę. Ogarnęła mnie furia. Chciałam niszczyć. Chciałam ranić swoje stopy, które chodziły po szkle. Ból sprawiał, że czułam, że wciąż tu jestem i żyje. W przeciwieństwie do...
Po moich policzkach potoczyły się łzy.
Ktoś objął mnie i przytulił mocno do piersi. Wyczułam zapach smaru, dymu i świerku. Rozpłakałam się i szlochając, zaczęłam go tłuc na oślep. Nie przejmował się tym, tylko przytulił mnie mocniej i mocniej.
Przecież dopiero co splatała mi włosy. Ciągnęła je niemiłosiernie i bez wprawy kończyła swój debiutancki warkocz.
Troian nigdy nie opowie mi dalej swojej przygody, którą zaczęła. Nigdy nie przeżyje swojego pierwszego treningu z mieczem. Nigdy nie wybije sobie zęba. Nigdy nie będzie miała na sobie pierwszego makijażu, nie przefarbuje włosów, nie zrobi tatuażu. Nigdy się nie zakocha, nie pocałuje chłopaka, a później pójdzie z nim na studniówkę, nie wyjdzie za mąż, nie będzie uprawiała seksu, nie będzie matką własnej rozkosznej dziewczynki. Nigdy nie będzie dorosła. Już zawsze będzie mieć pięć lat. 
To wszystko nie tak miało być. Byłam za nią odpowiedzialna. Jeśli już ktoś miał zginąć, to nie te rozkoszne maleństwo, które nie było niczemu winne.
W końcu nie miałam siły stać. Osunęłam się na podłogę, a Leo razem ze mną. W pokoju panowała cisza, przerywana moim szlochem. Gdy uspokoiłam się na tyle, Leo zaczął głaskać mnie po plecach, pocieszając bez słów. W końcu, unosząc głowę, powiedział.
— Zrobię to. Przyjmuję wyzwanie.
Rozległ się zbiorowy jęk.
— On cie zabije! — krzyknęła Clarisse.
— Być może — odparł na to spokojnie Leo. — Ale nie mogę żądać, byście dłużej walczyli i ginęli. Jeśli trzeba, zrobię to sam. Nie oddam Mackenzie, póki żyje i mogę dla niej walczyć.
Nikt się odezwał.
Opatrzono mnie, przyniesiono kolację i kazano się położyć w innej sypialni. Zakradłam się jednak do poprzedniej po bukiet kwiatów i butelkę z wodą z rzeki Lete. Mogłabym wypić całą i zapomnieć. O wszystkim. Ale nie zrobiłam tego. Leżałam w łóżku, bezmyślnie wpatrując się w sufit.
Zamordowałam ludzi.
Szłam ciemnym korytarzem, błądząc dłonią po zimnych murach, w stronę światła. Suknia szeleściła, a ja byłam na nią wściekła. Usłyszy mnie. Na pewno mnie usłyszy. Do moich uszu dobiegły słowa, a ja się zatrzymałam.
— ... susza, Panie — powiedział nieznany mi głos. — Ludzie umierają, bo zesłała suszę i nie cofnie jej, póki nie oddasz jej córki.
— To są na to skazaniu. Umrą. Nie oddam Persefony. Ile razy mam to powtarzać?
Weszłam w krąg światła i mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Hadesa.
Otworzyłam oczy. Kolejna scena z życia mojej siostry. Przetarłam twarz, czując, jak wyrwa w moim sercu pulsuje. Słyszałam krzyki. Odgarnęłam koc, którym byłam przykryta i na palcach wyszłam z pokoju, kierując się cicho ku salonowi. Wodziłam palcami po ścianach.
— Leo, ona głodzi ludzi — usłyszałam głos Franka. — Zniszczyła wszystkie plony. Śmiertelnicy mówią, że to susza stulecia. To prowokacja, by nas zmusić, byśmy skapitulowali.
— Nie możemy narażać śmiertelników — odparła Clarisse przez zaciśnięte zęby. — Zginął, jeśli tego nie powstrzymamy.
Leo westchnął.
— To są na to skazaniu. Umrą. Nie oddam Mackenzie. Ile razy mam to powtarzać?
Wtedy weszłam w krąg światła. Wszyscy ucichli. Leo poniósł wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Jego rysy stały się delikatniejsze, jakby opuściło go całe napięcie.
— Wracaj do łóżka, mała. Musisz się wyspać.
Pokręciłam głową, obejmując się ramionami. Leo westchnął cicho i poszedł do mnie bardzo blisko. Poczułam jego oddech na mojej skórze.
— Wróć na górę, proszę.
Twarde sprzeciw. Valdez rzucił przez ramię, że zaraz wróci, złapał mnie w ramiona i ruszył na górę. Uchwyciłam wzrok Clarisse i jej błysk w oku. Leo wyniósł mnie na górę i postawił na zimnej posadzce, w pokoju, w którym teraz spałam. Pocałował mnie w czoło.
— Dobranoc, moja mała.
Już miał odejść, gdy chwyciłam go za rękę, powstrzymując. Spojrzał na mnie zdziwiony. Znalazłam kartkę i ołówek, po czym napisałam na niej zdanie.
Możesz ze mną zostać, zanim nie zasnę?
Czytał to z otwartymi ustami.
— Coś się dzieje?
Mam koszmary senne. Proszę. Tylko dopóki nie zasnę.
Chwilę się wahał, zanim się zgodził. Ściągnął miecz i zbroję, a ja za ten czas przyniosłam mu i sobie szklankę wody. Uśmiechnęłam się słabo, gdy stuknęliśmy się krawędziami i wypiliśmy do dna. Potem ja wgramoliłam się pod koc, a on obok mnie, obejmując mnie w pasie. Od początku wakacji nie byłam tak blisko obok niego, nie czułam tak długo jego oddechu na własnej skórze i nie słyszałam jego bicia serca.
— Wiesz, że bardzo mi na tobie zależy, prawda? — szepnął sennie, a ja wtedy delikatnie pocałowałam go w usta. Tylko przelotnie. Uśmiechnął się i zasnął. Nakryłam go kocem i patrzyłam, jak śpi.
Woda z rzeki Lete działa. Leo nie obudzi się, nie będzie musiał walczyć, a ja go nie stracę.
Zaczęło świtać, gdy ja również zasnęłam, przytulając się do niego. Podjęłam decyzję. Miałam plan i wdrożę go w życie, bez względu na to, jak był absurdalny i niedorzeczny. Mógł się nie powieść.
Ale Leo będzie bezpieczny.


Hello guys.
Jestem taka dumna z tego rozdziału! Myślę, że udało mi się oddać przynajmniej cześć emocji i wy również je poczuliście. Teraz nie będzie rozdziału, żeby się coś nie działo. Akcja będzie toczyła si bardzo wartko i szybko.
Pozdrawiam Natalię, o której wiele razy już pisałam. Była ujęta w poprzednim rozdziale jako córka Hypnosa, która pomogła Mackenzie. Natalia za każdym razem musi mnie przejrzeć! Odgadła, że to, co Leo dolał do wina ma coś wspólnego z Hypnosem. To, że jedną z postaci, które zginął, będzie Troian ( wahała się jeszcze pomiędzy Katie. Spojlerek: Katie przeżyje.).
Smutno mi trochę, bo wyświetlenia i komentarze spadły. Mam nadzieje, że po tym rozdziale się nieco ożywiccie: czekam na teorie spiskowe :)
Przepraszam, że nie odpowiadam na komentarze, ale mam tyle zajęć. Praktycznie zostało mi 2 tygodnie nauki, bo potem praktyki, i do końca kwietnia mam mieć wystawione oceny.
ZAPRASZAM NA SNAPA: CINNAMONLLY. Od czasu do czasu dodaje tam spojlere i tym samym znęcam się nad wami. Instagram taki sam: cinnamonlly. One shoty są w przygotowaniu, tak samo jak druga część Alfabetu Morse'a. Tak jak napisałam: nie mam czasu na pisanie (powtórzenie, nie ładnie), dlatego to tak długo trwa. One shoty pewnie będą publikowane w czerwcu, bo to jest taki cholerny spojler do zakończenia AM, że jednak ich nie opublikuję. Nie wszystko, co prawda, ale większość.

PAMIĘTAJCIE O KOMENTARZU
Kocham Was, do napisania.

Ps. Jutro jadę do babci i na snapie pewnie będą ujęcia, jak staram się nas nie zabić na drodze, bo tata obiecał, że będę mogła kawałek poprowadzić. Karolina będzie nagrywać, ok. 

sobota, 9 kwietnia 2016

34



Kawa jest najlepszym napojem, jaki kiedykolwiek ktoś stworzył. To, jak poprawia nastrój i daje siłę na kolejny dzień, jest niesamowite! I jestem pewna, że ją nieco przedawkowałam. Zazwyczaj bez trudu panowałam nad ADHD, co było niejako zasługą mojej matki, która tłumiła moje zdolności. Poza tym, kofeina pomagała mi nie zasnąć. Wolałam nie spać całą noc, niż śnić o własnych przyjaciołach, mordowanych za pomocą mojego miecza. Bo ostatnio to mój mózg włączył do repertuaru. Nie było przyjemne widzieć, jak morduję Percy'ego, Annabeth, Clarisse, Leona...
Siedziałam i czytałam Iliadę, próbując rozpaczliwie znaleźć rozwiązanie pomiędzy wierszami. Ale nie było tutaj żadnej ukrytej wskazówki. Trojańczycy przegrali i zostali wyrżnięci w pień. Koniec. Kropka. Tylko Helena przeżyła i wróciła do Agamemnona.
Zatrzasnęłam tom. Czy po tym wszystkim, potrafiłabym żyć wiecznie z myślą, że przyjaciele oddali za mnie życie? Nie. Ale byłabym do tego zmuszona przez matkę, która bała się o swój własny tyłek.
Usnęłam na chwilę, by osunąć się w odmęt koszmarów. Po dwóch godzinach przebudziłam się i otarłam pot z czoła. Wariowałam. Nie mogłam dłużej nie spać.
Musiałam udać się do specjalisty od snów.
Wyplątałam się spod koca, którym byłam przykryta, pomimo upału na dworze. Ubrałam się i zeszłam na dół. Ostrożnie podeszłam do wejścia do salonu i wychyliłam głowę tak, by widzieć jak najwięcej i aby inni mnie nie spostrzegli. Przy stolikach siedziało parę osób, których nie kojarzyłam. Piper rozdawała ciepłe napoje i w powietrzu unosił się szmer tłumionych głosów.
Córka Afrodyty podniosła wzrok i napotkała moje spojrzenie. Cholera. Spóźniony refleks. Powinnam od razu się wycofać, a ja gapiłam się na nią o sekundę za długo. Brunetka uśmiechnęła się promiennie.
— Już nie śpisz? Nie ma nawet szóstej.
Wszyscy umilkli i kilkadziesiąt par oczu zwróciło się na mnie. Weszłam nieśmiało do pomieszczenia. Piper wyciągnęła w moją stronę rękę z gorącym napojem. Chwyciłam go i poczułam mrowienie w palcach. Kawa.
— Usiądź z Hazel i Frankiem. Zaopiekują się tobą. Chcesz śniadanie?
Pokręciłam głową. Wczoraj zjadłam tost, tylko dlatego, że Leo podejrzliwie na mnie patrzył. Wystarczy mi takich wrażeń. Ze spuszczoną główką potruchtałam szybko do stolika i usiadłam naprzeciw dwóch osób.
Z prawej siedziała dziewczyna. Miała piękne, cynamonowe włosy, które kręciły jej się w urocze sprężynki. Żałowałam, że ma je tylko do ramion. Wyglądałaby przepięknie, gdyby były dłuższe. Zresztą i tak była prześliczna. Mały nosek, ciemna cera o pięknym odcieniu oraz inteligentne, złote oczy, które teraz przypatrywały mi się z uwagą. Wyglądała na szesnaście lub siedemnaście lat. Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, a ja odwzajemniłam gest.
U jej boku siedział chłopak o imponującej budowie ciała. Również uważnie mi się przyglądał, co było nieco krępujące. Miał brązowe oczy i krótko ścięte włosy. Delikatne rysy  niezbyt pasowały do jego budowy ciała. I to on jako pierwszy się odezwał.
— Więc to by jesteś Hele... — Nie dokończył zdania, bo dziewczyna szturchnęła go w bok. — Mackenzie. Miałem na myśli Mackenzie.
Dziewczyna o cynamonowych włosach westchnęła, zapewne porażona siłą zapoznawania się z nowymi ludźmi swojego przyjaciela. Po chwili się opanowała i przedstawiła.
— Hazel Levesque, miło mi. A to Frank Zhang. Jesteśmy z Obozu Jupiter.
Brawo, odezwała się w mojej głowie Spostrzegawcza Mackenzie. Przecież mieli fioletowe koszulki, które dopiero teraz zauważyłam. I kojarzyłam ich. To oni rozmawiali z Leonem w Święto Niepodległości jakiś rok temu, gdy ja zajadałam się batonikiem i siedziałam opuszczona przez cały świat. Zresztą, nadal się tak niekiedy czułam. Kiwnęłam głową, uśmiechając się nieśmiało.
— Leo prosił o posiłki. Przybyliśmy jakąś godzinę temu. Reszta jest na zewnątrz — wyjaśniła Hazel. Miała przyjemny i ciepły głos. — To imponujące, że Domek Hefajstosa tak rozbudował sieć podziemnych tuneli.
— Raczej przerażające — poprawił ją chłopak. Gdy napotkał spojrzenie dziewczyny, uśmiechnął się, aż pomiędzy nimi zaiskrzyło. Świetnie. Kolejna para super uzdolnionych herosów.
— Powiedź mi, dlaczego Leo? — spytał bezpośrednio. Hazel znów dźgnęła go w bok. — No co? Nie mów, że też nie jesteś ciekawa.

Spytajcie go raczej, dlaczego ja.

— Leo jest porywczy i nie potrafi bez podniecenia otworzyć pudełka śrubek. Powinniśmy przewidzieć, że wywoła wojnę. — Frank wzruszył ramionami.
— Ma dobre serce. Chciał dobrze — broniła go Hazel, wypijając łyk kawy.
— Wiem. Ale to takie dziwne, że Leo jest Parysem. A Mackenzie Heleną. Zawsze sobie wyobrażałem Helkę jako silną i seksowną kobietę.
Tym razem dostał po głowie od Hazel. Uśmiechnęłam się promiennie. Tak, myśl, że Leo był mitycznym Parysem, była co najmniej dziwna. Ale wszystko jest możliwe. Wystarczy pomyśleć, że Leonardo di Caprio nie dostał Oskara pięć razy z rzędu.
Hazel skupiła wzrok na mojej dłoni.
— Mogę zobaczyć ten pierścionek z diamentem? — spytała z błyskiem w oku. Niezbyt ufnie podałam jej moją jedyną broń. Dziewczyna obejrzała błyskotkę uważnie, mrucząc pod nosem "interesujące". Przycisnęła kamień a ja zacisnęłam mocno dłonie na kubku, pewna, że ostrze wystrzeli w twarz jej chłopaka. Nic się jednak nie wydarzyło. Dziwne.
— Znalazłaś ten kamień od tak po prostu czy ktoś ci dał ten pierścionek?
Wyciągnęłam rękę, żądając, by mi go oddała. Zrobiła to nieco niechętnie. Przycisnęłam diament i tym razem ostrze wyskoczyła. Miałam ochotę skakać z ulgi.
— Reaguje tylko na twój dotyk? — spytał Frank, po czym otworzył ze zdziwienia usta. A potem po chwili namysłu dodał. — Wynalazek Leona, jak mniemam.
Kiwnęłam głową. Hazel, nadal wpatrzona w kamień, zaczęła:
— Widzisz ten diament w rękojeści twojego miecza? — Spojrzałam na niego. Blady diament mruknął do mnie, odbijając światło z wielkiego żyrandola. Kiwnęłam głową. — Kiedy Hades poczęstował Persefonę granatem, nie mogła już nie należeć do Podziemia. Zjadła prawie cały owoc, zanim się spostrzegła, że nie powinna tego robić. Wypluła to, co miała w ustach. A pestki zamieniły się w diamenty.
W moim mieczu był kamienień zrodzony z wymiotów Persefony. Jeszcze jakieś niespodzianki?
Miecz znów skurczył się w pierścionek, który wsunęłam na palec. Bacznie obserwowana przez dwójkę herosów, którzy pogrążyli się w rozmowie, niby od niechcenia, czułam się osaczona. Zaczęłam już kombinować, jakby się wymknąć po cichu, nie zwracając niczyjej uwagi, gdy Piper przywołała mnie gestem dłoni.
Boże, daj więcej takich ludzi, którzy mają wyczucie czasu!
Starając się nie podskakiwać, ruszyłam za dziewczyną do kuchni. Dopiero gdy stanęłam blisko jej, doznałam szoku. Piper nigdy niezbyt dbała o wygląd i słyszałam od Juliet, że kiedy matka ją uznała, prawie się załamała. Jednak dzisiaj wyglądała tak, jakby spędziła w Podziemiu długi okres czasu. Włosy straciły miękkość i blask, oczy były podkrążone, a usta rozciągnięte w zmęczonym uśmiechu. Nadal była piękna, to prawda. Ale brak snu i wycieczenie dały o sobie znać.
To z twojej winy, zauważyła Spostrzegawcza Mackenzie.
— Chce ci coś dać — zaczęła brunetka. — Mi już nie jest potrzebny, a zważywszy na okoliczności, uważam, że powinien należeć do ciebie.
Piper wyciągnęła pochwę z błyszczącej, czarnej skóry z okuciami z brązu. Gdy wysunęła sztylet, wyłoniło się spiżowe ostrze, w którym odbijała się moja twarz. Prawie tak, jakbym patrzyła w lustro. Rączka była gładka, a ostrze wyglądało na nowe i niezwykle ostre.
— Należał do Heleny Trojańskiej. Nazwała go Katoptris — wyjaśniła dziewczyna, gdy ja oglądałam broń. — Dostała go w prezencie od Menelaosa. Leo go nieco odrestaurował. Teraz jest twój.

Nie mogę go przyjąć. To twoja broń.

— Już nie. Posłuchaj, ja naprawdę za nim nie przepadam. Kiedyś pokazywał przyszłość, ale powiem ogólnie, zepsuł się. Leżał na dnie skrzyni aż do wczoraj, kiedy uznałam, że powinien być twój. To ty jesteś Heleną w nowym pokoleniu. I nie kłóć się ze mną.
Może to za sprawą czaromowy, może dlatego, że miałam ważną rzecz do zrobienia, zgodziłam się. Piper odetchnęła z ulgą.
— Świetnie. Ja idę się zdrzemnąć. Jestem na nogach prawie osiemnaście godzin. Gdyby ktoś mnie szukał, jestem na górze, pierwszy pokój na prawo.
Kiwnęłam głową. Dziewczyna odeszła, a ja odczekałam chwilę i zakradłam się do wyjścia. Gdy tylko otworzyłam drzwi, poczułam napływ energii, której tak zachłannie potrzebowałam. Miałam ochotę ściągnąć obuwie i pobiegać boso po trawie w blasku słońca. Powstrzymałam tą chęć i zaczęłam schodzić zboczem ku domkom obozowiczów. Zwróciłam uwagę na to, że było za cicho. Nigdzie nie było też widać straży, choć powinno się od niej roić.
— Kto idzie?
Brawo, pogratulować wspaniałego wyczucia czasu. Przecież to był tylko taki żart! Ugryzłam się w język i odwróciłam do pytającego. Dzieciak na oko miał trzynaście lat, ubrany w zbroję i trzymający miecz. Celował nim we mnie, choć jego chwyt był niezbyt pewny. Wyciągnęłam notatnik i nabazgrałam na nim parę słów.

Muszę kogoś odwiedzić. Sprawa życia i śmierci.

— No okej — powiedział chłopak, przeciągając samogłoski. — Ale Leo powiedział, że nie mamy cię wypuszczać z Wielkiego Domu. I że nikt nie ma wychodzić nieuzbrojony.

Mam broń. Po prostu muszę z kimś pogadać, dobra? Nie planuje teraz uciec, przysięgam na Styks.

Przysięga najwyraźniej go uspokoiła.
— Dobra, odprowadzę cię, a później idziemy prosto do Wielkiego Domu.
Mądry chłopak. Ruszyłam więc swoją drogą, a on dreptał za mną. Wyminęłam domki wielkiej dwunastki i szłam dalej, w stronę nieukończonych budynków pomniejszych bóstw. Jednak przed wejściem w strefę, gdzie był zakaz ruchu, skręciłam w lewo i dotarłam przed domek Hypnosa. Zapukałam, ale nikt nie odpowiedział. Więc bardzo elegancko wpakowałam się do środka bez zaproszenia.
Słyszałam, że gdy tu się wchodzi, zaczyna spowijać cię zmęczenie i powieki automatycznie opadają. Ze mną było inaczej, trzeźwo rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Choć było już po wchodzie słońca, tutaj panował półmrok i przyjemny chłód. Mój nos łaskotał zapach mleka i ciasteczek. Pod kocami kuliły się cztery osoby — trójka chłopców i dziewczyna. Ze względu na kobiecą solidarność, potrząsnęłam blondynką, która otworzyła nadzwyczaj piękne, błękitne oczy.
— Co się stało? — spytała zaspanym głosem. — Czy ktoś umiera?
Pokręciłam przecząco głową. Nie, jeszcze nikt. Dziewczyna przewróciła się na drugi bok. No nie! Napisałam prośbę na kartce, szturchnęłam ją jeszcze raz i podałam jej. Minęła chwila, zanim rozszyfrowała zdanie.
— Coś na sen? Masz problemy?
Kiwnęłam głową.
— Koszmary?
I znów potwierdziłam.
— Zdarza się — mruknęła i zachrapała. Westchnęłam ciężko, by się uspokoić. To była moja jedyna deska ratunku. Zdarłam z niej bestialsko kocyk, a ta obudziła się i łypnęła na mnie wściekle.
— Nigdy więcej tego nie rób! Widzisz tą gałązkę z której kapie biały płyn? Weź go trochę. Jedna kropla wystarczy na dwa litry. I nie przesadź, bo możesz stracić pamięć albo się nigdy nie obudzić. Skutkiem ubocznym jest uzależnienie. Coś w tym guście jak z morfiną — wyjaśniła mi bardzo szybko i wyrwała mi kocyk z ręki, przykrywając się nim. — Najpierw on, teraz ona. Ludzie, dajcie się mi wyspać!
On? Stałam dobrą chwilę, zanim mnie olśniło. Więc to Leo podał mi dwa dni wcześniej. To wyjaśniało, dlaczego nic mi się nie śniło. Poszperałam w domku i znalazłam pustą butelkę po wodzie. Zgarnęłam parę kropel, nadal nie czując żadnych senności. A potem opuściłam domek, nie zważając na zdziwiony wzrok chłopaka i pognałam do Wielkiego Domu, zanim dostałabym klapsa od Leona, że wymknęłam się ze swojej klatki.

sobota, 2 kwietnia 2016

33


Trwałam pomiędzy stanem utraty świadomości i zatopieniem się w świat koszmarów nocnych a gorączką.
Łąka była cała pokryta kwiatami, jednak najbardziej z tej całej gromady dało się zauważyć piękny, wysoki i czerwono-krwisty mak. Wyróżniał się, przykuwając wzrok i nie pozwalając go odwrócić. I nagle jedna stokrotka zaczęła płonąc. A za nią kolejne. Płomienie przysłoniły czysty błękit, żar wzbił się w powietrze. Czarny dym gryzł w oczy, jednak oparłam się pokusie, by je zamknąć. I tylko czerwony mak kołysał się, jakby nie czuł, że wszystko ginie i spala się. Poruszał się jakby poruszany lekkim wiatrem. Nagle wszystko ustało. Ziemia był spękana, goła. Nic nie zostało. Nic. Prócz czerwonego maku.
Przebudziłam się, oddychając nierówno i chrapliwie. Słyszałam krzyki. I dźwięk rogu. Nie mogłam jednak ruszyć żadną częścią ciała, więc patrzyłam się w sufit pełna goryczy.
Będę tą, która doprowadzi do zagłady obozu. Córka maku. Wszystko przeze mnie spłonie, nie zostanie nic. Czyż nie stało się już tak przed wiekami? Całe miasto zostało zniszczone, tylko Helenę łaskawie nie zamordowano, w przeciwieństwie do wszystkich Trojańczyków.
Mrożący krew w żyłach krzyk rozległ się za oknem. Czując ból wszystkich moich kończyn, zwlekłam się z łóżka i podeszłam do okna. Spojrzałam ze strachem na pędzące na siebie armię. Jak dwie pierwsze linie ścierają się ze sobą. Jak postać, spod której zbroi wystawał kawałek pomarańczowej koszulki, słania się i upada na kolana, plując krwią i konając. Jak Percy, który był w pierwszej linii, morduje przeciwników, a miecz, którym się posługiwał, był jedynie smugą. Jak Annabeth broni się zaciekle, a następnie wbija mężczyźnie sztylet w pierś, a ciepła posoka zalewa jej rękę. Jak Katie przywołuje roślinę, która oplata nogi żołnierza, łamie mu je, a potem dusi. Ze łzami w oczach szukałam wzrokiem Leona, ale nie mogłam go dostrzec.
Chwyciłam za pierścień, który zamienił się w złoty miecz. Nie obchodziło mnie to, że byłam w samej koszuli nocnej, przebudzona z koszmaru, bosa i słaba. Nie mogłam tu stać i patrzeć. Podbiegłam do drzwi i szarpnęłam za klamkę.
Ani drgnęła.
Spojrzałam na nią zaskoczona. Zamknęli mnie? Szarpnęłam jeszcze raz, bardziej gwałtownie. Tak, zamknęli mnie. Uderzyłam pięścią w drzwi, potem jeszcze raz. Widząc, że to na nic się nie zda, zaatakowałam mieczem.
— Co się dzieje? — spytał zaspany głosik. Obudziłam Troian, która pozostała pod moją opieką. — Mackenzie, co ty robisz?
Nie zważałam na jej słowa. Bez opamiętania waliłam swoją bronią w drzwi. Nawet nie pozostała na nich rysa. Założę się, że to robota Valdeza. Cholerny Leo, który może być już martwy. Miecz wypadł mi z ręki, a ja osunęłam się na kolana, wybuchając płaczem. Troian zwlekła się z łóżka i otoczyła mnie swoimi chudymi rączkami, a ja łkałam w ramiona pięcioletniej dziewczynki, która obejmowała mnie, bo nie mogła nic innego zrobić. Nikt nie mógł.



Nie zasnęłam ponownie. Czułam, jak powieki mi opadają, ale gdy je zamykałam, widziałam, jak ciała moich przyjaciół osuwają się bez życia na ziemię, a krew wsiąka w ziemię. Troian leżała zwinięta w kłębek na łóżku, a ja zajmowałam miejsce w fotelu przed oknem, w które patrzyć się nie miałam siły. Bitwa skończyła się dopiero godzinę temu, więc bałam się, co mogę tam zobaczyć.
Jakaś dziesięcioletnia dziewczynka przyniosła mi pięć minut temu śniadanie. Spojrzała na mnie ze strachem, po czym wycofała się szybko z pokoju. Może brała udział w bitwie, a uciekała przed bezbronną osiemnastolatką w piżamie.
Wypiłam tylko kawę, mając nadzieje, że doda mi na tyle energii, by oszukać wszystkich, że spałam. Miałam zbyt dużo myśli, by mieć czas na sen. I to było lepsze — przynajmniej nie śniłam o całkowitej apokalipsie wszystkiego, co było mi drogie. Jak to przerwać? Mgliste zarysy planu majaczyły się w mojej podświadomości, ale był tak szalony, że mógł być jedynie deską ratunkową. I musiałabym to robić bez Troian.
Drzwi otworzyły się, a ja poczułam, jak emocje rozsadzają mnie od środka.
Leo patrzył na mnie z miną zbitego szczeniaczka, który nie rozumie, dlaczego dostał lanie, skoro zbił tylko drogi wazon. Miał na sobie świeże ubranie, bez jakiegokolwiek elementu zbroi, prócz miecza i swojego nieodłącznego pasu na narzędzia. Na policzku widniało jeszcze niezagojone rozcięcie, zadane przy pomocy sztyletu.
— Hej — zaczął niepewnie. Zupełnie jak nie Leo. — Zapewne nie chcesz mnie teraz widzieć...
Miał rację. Nie chciałam. Ale wyżycie się na Leonie było dużo bardziej atrakcyjniejsze niż walenie w poduszkę. Podeszłam więc do niego i zaczęłam go okładać pięściami, zadając ciosy tam, gdzie bolało najbardziej. Tak, jak uczył mnie Percy. Czasami się bronił. Czasami nie. To dobrze. Przynajmniej miał świadomość, że zawinił. Jeden cios za porwanie mnie. Drugi, wyjątkowo mocny, za pocałowanie. Trzeci za upojenie mnie nie-narkotykami. Czwarty za zamkniecie w pokoju z super niezniszczalnymi drzwiami. I jeszcze piąty, tak dla zasady. Czasami miał minę, gdy go okładałam, jakby miał się zaraz roześmiać. A na końcu go objęłam.
Drgnął, zaskoczony. Wtuliłam twarz w jego pierś i odetchnęłam spazmatycznie. Otulił mnie ramionami i chwilę trzymał bez słowa. Ale musiał się odezwać.
— Skontaktowałem się z twoim tatą. Wie, że nic ci nie jest. Kiedy to wszystko się skończy, chce się z tobą zobaczyć.
Poczułam w oczach łzy wdzięczności. Pomyślał, by napisać do taty czy cokolwiek. Przytuliłam go jeszcze mocniej, pewna, że łamię mu żebra. Dopiero teraz, bez obecności nikogo, zdałam sobie sprawę, jak mocno pękło mi serce tego dnia, gdy go opuściłam. Odsunęłam się niepewnie od niego, patrząc nieśmiało w oczy. Moja dłoń automatycznie powędrowała do rozcięcia na jego policzku. Złapał za dłoń i uśmiechnął się jak mój dawny Leo.
— Hej, nic mi nie jest mała.
Nie byłam tego zbytnio pewna. Zastygliśmy w tej pozie i znienawidziłam siebie za to, że przelotnie spojrzałam na jego usta. No hej, nie jesteście tutaj sami! Jak ja kocham tą Trzeźwą Mackenzie. Odwróciłam wzrok, skupiając się na śpiącej dziewczynce. Leo też tam spojrzał i jestem pewna, że przez jego twarz przebiegł zawód. Odpowiedział, zniżając głos.
— Na dole jest narada. Pomyślałem, że chciałabyś na niej być. W końcu też jesteś tego częścią.
Hmm... Czy mam iść posłuchać jak wiele ludzi zginęło z mojego powodu i jak moi przyjaciele planują mord kolejnych? Brzmi różowo. O wiele bardziej optymistycznie niż siedzenie tu i planowanie kiedy umrę.
— Zjadłaś śniadanie? — spytał mnie, a ja kiwnęłam szybko głową, ciągnąc go za sobą, by nie zauważył nietkniętych kanapek. Troian zje je, jak się obudzi i nikt nic nie będzie podejrzewać. Mają więcej problemów na głowie, niż martwienie się moim brakiem apetytu.
Wszyscy ucichli, kiedy weszłam do pokoju i zajęłam miejsce wskazane przez naburmuszoną Annabeth. Widocznie nie była szczęśliwa, że tutaj jestem. A Leo specjalnie pobiegł po mnie w podskokach, tylko po to, by ją zdenerwować. Dupek. A ja myślałam, że przejmuje się moimi uczuciami.
Chłopak dostał kawałek ambrozji i rana na jego policzku zaczęła się zasklepiać.
— A więc... — zaczęła Clarisse. — Skoro pan idealny raczył się pojawić...
— Podoba mi się ten przymiotnik — wtrącił Leo.
— ... możemy zacząć uzgadniać dzisiejsze dyżury, zaraz po tym, jak pochowamy pozostałych.
Jedni kiwnęli smętnie głowami, drudzy zaczęli się niespokojnie kręcić. Dziewczyna to zauważyła.
— Co jest? — spytała ostro, rozglądając się po pozostałych. W końcu ruda, piegowata i bardzo piękna dziewczyna wystąpiła z szeregu.
— Chodzi o to, że niektórzy nie mają zamiaru walczyć — odparła śmiało, rzucając szybkie spojrzenie w moją stronę. Poczułam, jak Leo stojący przy moim boku, spina się. — Niektórzy uważają, że ta wojna jest bez sensu.
— Czyli po tych wszystkich latach, nawet po wojnie z Gają, mamy dalej dawać się manipulować? — spytał spokojnie Valdez. Wojnie... z kim? On mówi o Matce Ziemi, czy tylko mi się wydawało?
— Mamy więc się dać zamordować, bo znalazłeś sobie w końcu nową dziewczynę?
W końcu? Dziewczynę? Jezu, jestem pewna że zrobiłam się czerwona jak wschodzące słońce na pełnym morzu. Opanuj się, szepnęła Trzeźwa Mackenzie.
Romantyczna Mackenzie chciała zachichotać. Co jest z nią nie tak?
— Nas też nie powinno tu być. Znaczy się mojego domku — odparła głośno Katie. Moja Katie. — Matka odwiedziła mnie dwie godziny przed bitwą. Błagała, bym zabrała jej dzieci i uciekła. Po jej stronie nie stanie nam się krzywda. Odpowiedziałam jej tak, że powinnam przez dwie godziny szorować zęby. To, że nasza matka była obojętna co do wojny trojańskiej wieki temu, nie znaczy, że teraz też ma tak być. Że mamy się wycofać.
— Też bym wycofał swój domek, ale go nie mam — odparł wesoło Percy. — Więc, a co mi tam.
Połowa się roześmiała. Ta druga była zupełnie poważna. Na przykład Annabeth, która rzuciła mu wściekłe "Zamknij się". Zdecydowanie coś pomiędzy nimi było nie tak. Muszę się kogoś spytać, co się działo, jak mnie nie było. A, zresztą. Mam lepsze problemy niż wtrącanie się w czyiś związek.
— Hera też by się wycofała, stając po stronie wrogów, ale nie ma dzieci — rzuciła sarkastycznie Clarisse, po czym walnęła pięścią w stół. — Ktoś jeszcze tchórzy, czy przemawiasz tylko z poparciem swojej jednostki, Nicole?
Kilka osób poruszyło się niespokojnie. Córka Aresa zacisnęła zęby.
— Więc zejdźcie mi z oczu, żałosne... — warknęła, po czym wzięła głęboki wdech i zamknęła oczy. — Po prostu wyjdźcie.
Wyszła jedna trzecia grupowych. Po czym dołączyła do nich piątka, po chwili wahania.
— Nie możemy ich winić — powiedziała ostrożnie Piper, ujmując za rękę Jasona, który jak dotąd się nie odezwał ani słowem. Aż do teraz.
— Annabeth? — Jego głos rozniósł się po cichym pokoju, a wszystkie oczy zwróciły się na blondynkę, która zagryzała wargę. Wiadomo było, że myślała o tym samym. Jej matka była jedną z najbardziej zagorzałych przeciwników Trojan. I nadal nią byłą, sądząc po zachowaniu Chase. Po chwili podniosła wzrok i spojrzała w jasne oczy Jasona.
— Obóz był moim domem od ponad dziesięciu lat. W zasadzie to jedyny dom, jaki znam. Nie potrafię go opuścić. Ani mój domek. Zostaję.
Tylko dlatego, że kocha te miejsce. Nie dlatego, że uważa tą wojnę za słuszną, pomyślałam z goryczą.



Wasze pozytywne wibracje nie pomagają. Prawie się w tym aucie popłakałam, o czym nie zapomniała wspomnieć instruktorowi dwa razy. Naprawdę, to było straszne. Na obronę mam to, że zbliżał mi się okres.
Jeśli liczycie na całowanko Lenzie w każdym rozdziale, to się trochę rozczarujecie. Nie pisałam tego, by totalnie przerysować postacie i zrobić z Alfabetu słabe romansidło. Ale tak, całowanko jeszcze będzie.
O czym to ja tu...
W zasadzie to tyle... Chyba. Jakby co, pisać w komentarzach x


Koooocham so much, Justysia.











.
.
.
.
.
.
template by oreuis