sobota, 19 marca 2016

31


Grupowa naszego domku nieraz mawiała, że roślina też człowiek. Że ona też czuje. Chodziło tu głównie o szacunek do naszych małych przyjaciół, którym zawdzięczamy tlen i zachwyt światem. Bardziej zbliżoną prawdy wersją byłoby powiedzenie, że one po prostu są. Taki kwiatuszek kwitnie sobie na łące i produkuje tlen, robiąc to, co do niego należy. Po prostu jest. Ja też po prostu byłam.
Po wizycie Nico nie spałam przez dwa dni, płacząc i wmawiając sobie, że to przejdzie, przecież musi. Że postąpiłam słusznie i mogę być z tego dumna. Ale nie byłam. Słowa "Nie zasługujesz, by ktoś taki tak mocno cie kochał" tak głęboko zadały ranę w moim sercu, że jestem pewna, że nigdy się nie zabliźni.
Uśmiechałam się więc, byłam czarująca i bawiłam się, jakby to były najszczęśliwsze dni mojego życia. A w nocy byłam zbyt zmęczona by płakać, po prostu gapiłam się w okno i próbowałam pozbawić się jakichkolwiek uczuć. W końcu zasypiałam wyczerpana i spałam zaledwie trzy godziny. Byłam wrakiem i co najstraszniejsze, chciałam nim być. Chciałam cierpieć. Chciałam ukarać siebie za decyzję, którą podjęłam, bez względu na to, jak słuszna ona była.
Uczucie, że wszystko się się ułoży, zniknęło bezpowrotnie. Gdy ktoś się do mnie odzywał, nie potrafiłam powstrzymać myśli, że drwi sobie z moich piegów na nosie lub zauważył sińce pod oczami, które tak umiejętnie zakrywano. Demeter to widziała. Widziała, że coś się dzieje. Czułam, jak w najmniej spodziewanych momentach, jej umysł próbuje zwalić mur, który wokół siebie zbudowałam. Za każdym razem ją odpychałam, co ona podsumowywała zdziwionym spojrzeniem.
Siedziałam właśnie, bawiąc się jedzeniem na talerzu. Nie miałam apetytu. Wciągu ostatniego tygodnia praktycznie nie jadłam, bo nie czułam takiej potrzeby. Na szczęście nie popełniłam błędu w pierwszych tygodniach i nie obżerałam się na ucztach tak jak niektórzy. Nie było to więc aż tak widoczne.
Ciepła dłoń Demofonta spoczęła na mojej, wyrywając mnie z transu i przywołując do rzeczywistości. Czułam spojrzenie jego złotych, pięknych oczu na mojej twarzy, gdy spytał.
— Dobrze się czujesz?
Pokręciłam głową, wciąż na niego nie patrząc. Za każdym razem, gdy go widziałam, czułam takie poczucie winy, że byłam pewna, że pęknie mi serce. Jego dłoń uścisnęła moją.
— Może wyjdź się przewietrzyć? — zaproponował cicho. Dopiero teraz spojrzałam na niego, posyłając mu wdzięczny uśmiech umęczonej duszy. Kącik jego ust zadrgał. — Iść z tobą?
Zaprzeczyłam. Potrzebowałam chwili spokoju, pomijając to, że i tak czułam się samotna w tłumie ludzi. Ruszyłam powoli do wyjścia na taras, jednego z wielu w tej sali. Odsunęłam szklaną szybę, a później zasunęłam ją z powrotem.
Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz. Odetchnęłam spazmatycznie i i objęłam się ramionami. Nie potrafiłam się wpasować w to towarzystwo, choćbym bardzo chciała. Nie w suknie, biżuterię, uczty, makijaż... Tylko w tą atmosferę. Miałam ochotę usiąść i rozpłakać się jak dziecko, zatupać nóżką, że nie chce. Ale to raczej było niemożliwe. I nie miałam na to siły.
Spojrzałam na krzew kwiatów rosnący obok mnie. Dawnej rośliny napawały mnie spokojem i zachwytem. Teraz mnie przerażały. Zdawało mi się, że moja matka używa ich aby mnie szpiegować, widzieć każdy mój krok. Nie mogła ciągle mi towarzyszyć, bo wymykałam się po cichu z komnat i udawałam się do miejsca, w którym spotkałam Nico, z naiwną nadzieją, że może pojawi się znowu.
Na drugim końcu ogrodu coś się poruszyło. Zmrużyłam oczy, bo nie mogłam nic dostrzec przez tą ciemność. Moja prawa ręka natychmiast zetknęła się z pierścieniem na prawym palcu. Taki nawyk. Jednak ciepła poświata oświetlała tylko taras i nic więcej. Na balustradzie z prawej strony stały trzy kieliszki z szampanem oraz wielka, srebrna taca. Najwyraźniej ktoś tu był wcześniej i udał się na spacer. I teraz wracał.
Wkrótce w krąg światła wszedł Leo Valdez.
Pierwszym uczuciem jakiego doznałam była ulga i chęć wpadnięcia w jego ramiona. Ale zaraz rozbrzmiały w głowie słowa mojej matki. I gwarantuje ci, że to nie ty będziesz najbardziej cierpieć. Wszystko się rozpłynęło, prysło, jakby było piękną banką mydlaną. Cofnęłam się o krok, spinając i zaglądając przez ramię, czy aby nikt nie zauważył pojawienia się nowego gościa. Na szczęście w środku był ciekawsze zajęcia, niż przypatrywanie się drzwiom tarasu, które były zasłonięte zasłoną z jedwabiu.
Leo wyglądał tak bezbronnie. Światło z niewielkich świec umiejscowionych na balustradach igrało z refleksami w jego włosach, a w oczach zapaliły dziwne ogniki, których nie znałam dotychczas.
Najwyraźniej nie mógł zdobyć się na żadne słowo. Próbował zacząć dwa razy, ale w końcu tylko wyciągnął dłoń. Spojrzałam na nią, przełykając głośno ślinę i czując, jak serce niemiłosierne wali mi w piersi.
— Zabiorę cię do domu. Jeśli tego chcesz.
Kiwnęłam głową, nawet tego nie kontrolując. W moich oczach zalśniły łzy. Coś we mnie pękło.
— Więc chodź — powiedział cicho.
Pokręciłam gwałtownie głową. Zmysły znów mi wróciły, a groźba mojej matki była jeszcze żywsza niż do tej pory. Nie mogłam ryzykować. Nie mogłam ryzykować życia ani jego, ani nikogo innego z obozu. To kosztowałoby mnie zbyt wiele. Już wolałam go stracić, niż pozwolić na to, by stała mu się krzywda.
Złapałam srebrną tackę, która stała tu na balustradzie. Dzięki bogom za to, że  niektórzy byli zbyt leniwi, by posprzątać. Wystukałam swoim długim paznokciem wiadomość. Leo zbliżył się do mnie, a ja musiałam odetchnąć parę razy i skupić się na tyle, by nie pomylić się w wiadomości.


Musisz uciekać. Odejść stąd. Błagam.

Błysk w jego oczach znów się pojawił.
— Dlaczego? Co ona ci zrobiła, że tak bardzo się boisz?

Nic. Po prostu odejdź. Błagam Leo, nie chce, by stała ci się krzywda.

— Nie ruszę się stąd bez ciebie — powiedział, chwytając mnie za nadgarstek. Pokręciłam gwałtownie głową, a łzy, które zbierały się przez pewien czas, potoczyły się po moich policzkach. Przecież miałam nie płakać...
Nic nie rozumiesz.

— Rozumiem dostatecznie dużo. Ty masz pojęcie, co musiałem zrobić, by zmusić Nico do gadania?
Wyszarpnęłam rękę z jego uścisku i spojrzałam na niego zdeterminowana. Nie obchodziło mnie, czego chce. On musi się stąd wynieść, zanim ktoś go zauważy. Pokazałam palcem wskazującym kierunek, z którego nadszedł i twardo wydałam niemy nakaz. Odjedź.
— Ale...
Tupnęłam nogą, a łzy toczyły się po moich policzkach. Miałam to w nosie. Mogłam poświęcić wszystko, byleby on był bezpieczny. To takie trudne do zrozumienia? Powoli zrobił krok w tył i odwrócił się. Chciałam go zatrzymać, ale nie mogłam. Musiałam pozwolić mu odejść. Dla jego dobra. Dla dobra wszystkich, których kochałam. Gdy prawie wyszedł z kręgu światła, wystukałam cichutko na srebrnej tacy wiadomość.
Kocham Cię.

Zatrzymał się, a moje serce zabiło szybciej. Nie powinien tego usłyszeć, nie powinnam tego robić. Tyle że nie potrafiłam. Tyle razy mówiliśmy sobie nawzajem, że się kochamy, ale to był rodzaj siostrzanej miłości. Tyle że nie tym razem. Odłożyłam tackę na balustradę.
Staliśmy naprzeciw siebie, nic nie mówiąc. Ja zapłakana, on lekko zmieszany i zaskoczony. A potem zrobił coś, co zaskoczyło nas oboje.
W jednej chwili pojawił się przy mnie. Jego usta odnalazły moje, ręce powędrowały na moją talię. Lekko mnie popchnął mnie na ścianę, a ja poczułam chłód marmuru na plecach. Po moim ciele przebiegły dreszcze. Przypomniał mi się słoneczny dzień, gdy oboje siedzieliśmy po drzewem w Obozie Herosów. Ja trenowałam, a on patrzył na moje wysiłki. Wtedy omal się nie poddałam. A on położył dłoń na mojej ręce. I wtedy odezwało się to. Jakaś nieznana siła przejęła kontrolę. Ucisk w okolicy żołądka, który pękł i rozlał się po całym ciele, przynosząc dziwny spokój. To własnie czułam, znajdując się w jego ramionach. Oboje zdawaliśmy się płonąć, a ja miałam nadzieje, że ogień nie wymknie się z pod kontroli... Chociaż wolałabym spłonąć niż przerwać to, co właśnie się teraz działo. Po raz pierwszy od pół roku czułam się bezpieczna. Czułam smak jego ust, siłę ramion, miękkość kosmyków włosów pomiędzy palcami.
Magia się rozwiała. Poczułam, co muszę zrobić. Odepchnęłam go od siebie, sama nie wierząc, że z własnej woli to przerywam. Nie patrzyłam mu w oczy, bo wiedziałam, co zobaczę. Zdezorientowanie, troskę, stanowczość, upór i ten dziwny płomyk w jego tęczówkach. Odwróciłam go i pochłaniam plecy, nakazując, by się stąd wynosił. Byle szybko.
Odwrócił się a moje wysiłki spełzły na niczym.
— Nie zostawię cię, szczególnie teraz...
Pchnęłam go w ramie jeszcze raz, a potem cofnęłam się. Łzy ograniczały widoczność do zera. Jeszcze raz nakazałam mu ruchem dłoni, by odszedł. Jego ramiona zwisły, a on zrobił niepewny krok w tamtą stronę. I jeszcze jeden. Odwrócił się jeszcze raz zanim zniknął w ciemnościach.
Stałam długą chwilę zanim weszłam do ogrodu i bez udziału świadomości skierowałam się dobrze znajomą drogą do komnat, w których mieszkałam. Oddech miałam urywany, a łzy płynęły, gdy beznamiętnie otworzyłam drzwi do salonu. Jak pijana zatoczyłam się do najbliższego pomieszczenia, w którym nikt nie mógłby mnie szukać. Spojrzałam w wielkie lustro w łazience, na perfekcyjną suknie i fryzurę. Zaczerwienione oczy i rozmazany makijaż. Uderzyłam się w twarz. Nie pomogło. Oparłam się o najbliższą ścianę i zjechałam po niej. Już nie płakałam, bo to niewystarczające słowo. Wpadłam w trans, w panikę... Szlochałam, zadawał sobie ból, robiłam wszystko, byleby przestać czuć albo zagłuszyć to, co się w mnie działo.
Jeden dźwięk. I nagle wszystko ucichło. Nadal oddychałam szybko i nierównomiernie, ale...
Chwyciłam za umywalkę i z niemałym trudem się podniosłam. Spojrzałam jeszcze raz w lustro. Wyglądałam okropnie, prawie tak okropnie jak się czułam. Przyjrzałam się sobie dobrze. W moich zwykłych, brązowych tęczówkach mogłam dostrzec mikroskopijne, złote plamki. Zbliżyłam dłoń do ust, gdzie nadal czułam mrowienie i usta Leona. Nie, to niemożliwe...
Musiałam doprowadzić się do stanu używalności, zanim ktoś zauważy, że zbyt długo mnie nie ma. Nie wiedziałam, gdzie były kosmetyki. Zrobiłam więc to, co Chrysotemis . Klasnęłam dwa razy i pojawiły się nimfy, patrząc na mnie zaskoczone. Pokazałam na swoją twarz a one zrobiły to, co potrzeba.
Wróciłam przez ogród, prawie biegnąc i próbując się uśmiechnąć. Gdy stwierdziłam, że nie wyjdzie, otworzyłam drzwi tarasu. Miałam wrażenie, że nic się nie zmieniło, jakbym dopiero co stąd wyszła.
Usiadłam z powrotem przy narzeczonym, który spytał się, czy wszystko w porządku. Kiwnęłam głową, ignorując wzrok matki, która siedziała naprzeciwko. Wniesiono wino i nawet ja, która praktycznie nie pije, chyba że okazjonalnie, wzięłam kielich. Straciłam wszystko, więc co mi szkodzi.
Wypiłam łyk. I kolejny. I kolejny. Może upicie się pomoże? W sumie to już zaczęłam się robić senna, wszystko się zamazywało i powoli traciłam świadomość... Ja...
Matka zrozumiała co się dzieje i już wyciągnęła rękę w moją stronę. Ale było za późno. Zamarła w połowie ruchu, zasypiając. Widziałam, jak wiele osób słania się z nóg. Kielich wypadł mi z rąk, a czerwone wino zabrudziło biały dywan. Jak krew... Ja...




Słowa. Zlewały się w jedno, powodując ból głowy, irytując i nie dając mi spać. Byłam zbyt otępiała, by się ruszyć. Co więcej, nie mogłam tego zrobić. Nawet podnieś powiek. Moje ciało się jeszcze nie obudziło. Za to zaczynałam rozumieć słowa.
— Mogłeś ją zabić, ty idioto! — wrzasnęła Annabeth z nutą histerii w głosie.
— Ale tego nie zrobiłem. Uspokój się, przecież... — zaczął Leo, ale nie dane mu było skończyć.
— Może się nigdy nie obudzić! Masz pojęcie, jakie to niesie konsekwencje?
Zaczynałam wszystko składać w całość. Wino. Leo musiał coś dosypiać do wina i wszyscy zasnęli, łącznie z bogami. Odurzył mnie i uprowadził, a potem przeniósł do Obozu Herosów.
Musimy się zastanowić, co to znaczy, że zbiegniesz nieświadomie.
Może ktoś cię odurzy narkotykami?

Moje ciało zareagowało i natychmiast podniosłam się do pozycji siedzącej. W salonie Wielkiego Domu było mnóstwo ludzi, skupiających uwagę na kłócącą się parę. Percy siedział w nogach mojego posłania i rzucił mi uśmiech, od którego pewnie roztopiło mi się serce. Z ulgi, że to wszystko w końcu się skończyło.
Nieprawda, nadal się oszukiwałam.
— Myślę, że jednak nie uszkodził cię za bardzo, co Kenzie? Miło się spało?
Percy był tak wyluzowany, że zdawał się aż tym promieniować. Krzyki ucichły i cała uwaga skupiła się na mnie. A ja sięgnęłam po długopis i kartkę do połowy zababraną grą kółko i krzyżyk.

Muszę wrócić.

— No ale przecież... — zaczęła Annabeth, otwierając usta. Potem coś w jej spojrzeniu błysnęło i spojrzała ostro na Valdez'a. — Mówiłeś, że się zgodziła! Czy ty...
— Fakt, mogłem nie dopowiedzieć parę szczegółów — powiedział Leo, wzruszając ramionami.
— PORWAŁEŚ JĄ?
— Tak.
— Odurzyłeś narkotykiem i uprowadziłeś — stwierdziła Chase.
— To nie były narkotyki — poprawił ją chłopak.
Siedziałam, niezbyt się interesując wymianą zdań. Doszłam do jednego wniosku i nie wiedziałam, jak to przekazać wszystkim. Więc mało oryginalnie napisałam jedno słowo na kartce i podałam Percy'emu. Jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
— Ej ludzie... — zaczął, chcąc się wbić do dyskusji.
— NIE WIERZĘ ŻE TO ZROBIŁEŚ!— wrzasnęła Annabeth.
— Nie dramatyzuj — odmruknął Leo.
— Czy mogę... — Percy podniósł rękę jak na lekcji języka angielskiego.
— Przyjdą po nią! Na bogów, Leo, ty rozumiesz w co nas wpakowałeś?
— Hej, próbuje coś powiedzieć! — powiedział nieco głośniej Percy. Blondynka skarciła go wzrokiem, a ona zgrzytnął zębami. Czy mi się tylko wydawało, czy pomiędzy nimi nie było wszystko w porządku? Percy wstał i podał jej kartkę. A potem zwrócił się do mnie.
— Mackenzie, musisz teraz być szczera. Czy Demeter zmusiła cię, byś z nią poszła?
Pokręciłam głową.
— Zrobiłaś to z własnej woli?
Kiwnęłam. Nastała cisza, po czym odezwała się Piper.
— Brawo, Leo. Pogratulować.
Spojrzałam na nią nic nie rozumiejąc. McLean westchnęła i wytłumaczyła mi:
— Tej nocy, której zniknęłaś, Rachel wypowiedziała całą przepowiednie. O tobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis