sobota, 5 marca 2016

29


Ogród był jednym z piękniejszych, jakie widziałam. Nie rozpoznawałam gatunków drzew, roślin i krzewów ozdobnych, a przecież jako córka bogini rolnictwa i kwiatów powinnam być obeznana. Teraz mnie to nie interesowało za bardzo. Siedziałam przyczajona, ukrywając się za liśćmi, mrużąc oczy, by jak najwięcej zobaczyć w złocistym blasku słońca.
Demeter i Demofont siedzieli na jednej z marmurowych ławeczek, wśród zapachów i kolorów kwiatów. Matka miała uroczy uśmiech przyklejony do twarzy i wydawała się rozluźniona, a on miał uroczo zmierzwione włosy. Siedzieli blisko siebie. Za blisko siebie, zważywszy na to, że ona jest boginią i widzą się tylko raz na jakiś czas.
— Wyrosłeś mój drogi — powiedziała Demeter, gładząc go po dłoni. — Ostatnio gdy cię widziałam, byłeś malutki i mieściłeś mi się w ramionach.
Młodzieniec zaśmiał się. Był to śmiech tak czysty jak woda w górskich rzekach. Czarujący i roztapiający kobiece serca. On sam był chyba tego nieświadomy.
— Tak i prawie mnie zabiłaś, gdy upuściłaś mnie na posadzkę.
Twarz bogini przez chwilę była zasnuta cieniem, ale szybko się rozjaśniła. Uniosła nieco brodę i poprawiła włosy ręką, ale jedną wciąż trzymała na jego dłoni.
— Chciałam, żebyś był nieśmiertelny. Niestety, twoja matka ma okropne poczucie czasu.
— To nie jest niekonieczne — odparł, wzruszając ramionami. — Nieśmiertelność nie jest aż tak ważna.
— Dla mnie owszem. Zasługujesz na to. Twoje rodzeństwo zasługuje. I jeszcze znajdę sposób.
Demofont odwrócił wzrok od twarzy Demeter i skupił się na kwiatach, które rosły praktycznie wszędzie. Zauważyłam parę motyli, które wyglądały, jakby się ze sobą droczyły. Piękne. Po prostu scena idealna. Matka umie zapewnić sobie klimat.
— Nie powinnaś być czasem ze swoją córką, pani? — spytał szeptem, ale jednak to usłyszałam. O, proszę. Ktoś wyciąga asa z rękawa i spławia panią zboża? I temat zszedł na bardziej interesujące tematy.
— Narzeka, że jestem zbyt opiekuńcza. Niech ma w takim razie chwilę wytchnienia.
Żebyś ty mogła migdalić się ze swoim chłopcem idealnym, chciałabym dodać. Kolejnym zresztą. Demofont zaśmiał się cudownie, aż przeszły mnie ciarki.
— Uwielbiam jej ten chart ducha. Dobrze, że ją odnalazłaś.
— Z mężczyzną, którego bym dla niej na pewno nie wybrała — odmruknęła nieco skwaszona. A może tylko udawała. Poczułam macki gniewu, zaciskające się na moim umyśle. A ta dalej kontynuowała. — Mogła mieć każdego, ale popełniła jeden głupi błąd. Zaakceptowałabym kogokolwiek, nawet ciebie!
Chłopak uśmiechnął się tajemniczo i nieco smutno.
— W takim razie musisz kiedyś oddać mi za żonę którąś ze swoich córek.
Demeter spojrzała na niego z lekko rozchylonymi ustami. Zrozumiała, że nie będzie mogła go zdobyć? Czy w końcu ta oczywista prawda do niej dotarła? Coś błysnęło w jej ciemnych oczach, a ręka przestała gładzić jego dłoń i spoczęła na kolanie. Westchnęła.
— Tak, kiedyś tak zrobię. Oddam ci jedną z moich córek, przysięgam na Styks.
Ojej. Chyba powinnam jakoś zareagować, żeby matka nie przyrzekała, bo zniszczy jakieś dziewczynie życie.
— Wszystko, żeby nie była w Podziemiu, z tym nieokrzesanym...
— Matko!?
Wypadłam z krzaków i moje spojrzenie od razu spoczęło na tej dwójce. Udałam zaskoczenie, a potem uraczyłam ich niewinnym i słodkim uśmiechem. I postarałam się, by był sztuczny.
— Nie przeszkadzam może? — spytałam cicho, patrząc bezczelnie na to, jak blisko siedzieli. Demeter nieco odsunęła się od chłopaka, a ten podniósł na mnie wzrok. Uśmiechał się, a w każdym razie próbował to ukryć. Wiedział. Musiał mnie zauważyć i nie powiedział nic.
W chwili, gdy jego wzrok napotkał mój, pisnęłam. Miał niebieskie oczy.
Obudziłam się, zrywając z poduszki. Gdybym była w swoim łóżku w śmiertelnym świecie, na pewno bym z niego zleciała. Jednak ten materac był na tyle duży, by pomieścić całe moje rodzeństwo. Oddychałam ciężko, zaciskając pięści i rozluźniając je. Cholera.
Miał niebieskie oczy. Więc jak, na bogów olimpijskich, miał je teraz złote?
Mogę dodać to do długiej listy pytań, na które nigdy nie znajdę odpowiedzi.
Chrysotemis przyszła do mnie w czasie obiadu, gdy poznałam już większą część swojego apartamentu. Miałam własny basem, cztery jacuzzi, trzy garderoby wielkości domów jednorodzinnych, kilka łazienek i sypialni, wielką bibliotekę, czytelnie, nawet pokoiki z kominkiem i wygodnymi fotelami.
Blondynka musiała mieć niezłego kaca. Jej oczy, choć wymalowane, były lekko zaczerwienione a krok stracił trochę sprężystości. Kolejna ciekawostka do zaliczana bezużytecznych: bogowie i boginie też mogą mieć kaca.
Nie odpowiedziała na pytanie, gdzie podziała się jej przyjaciółka.
Spędziłam już dwa tygodnie w wielkim pałacu, chodząc na bale i "bawiąc się" do północy, a potem odsypiałam do południa. Dokładnie czternaście dni od mojego przybicia, tematyka wieczoru brzmiała "Lata 50". Nie mogłam powstrzymać uczucia ciekawości, bo sama uwielbiałam wszystko co vintage, a filmy z tego okresu były moimi ulubionymi. Leo natomiast twierdził, że to okropna nuda i zasną, gdy oglądaliśmy "Śniadanie u Tiffaniego".
Czasami nie potrafiłam o nim nie myśleć i musiałam robić sobie krzywdę, by odpędzić myśli. Przy towarzystwie gryzłam się w język lub policzek. Gdy byłam sama okładałam się pięścią.
Dziewczęta ubrały mnie w piękną, białą do kolan sukienkę w czarne grochy, która opinała mnie w tali , a później była rozkloszowania. Na szyi dyndały mi perły, zapewne bardziej drogocenne niż całe moje osiedle.
Dla mnie nowością było urządzanie przyjęcia na dworze, bo dotychczas ucztowaliśmy w budynku. Jednak gdy wyszłam na zewnątrz, dech zamarł mi w piersiach. Dosłownie w powietrzu wisiały kolorowe lampiony, a drzewach wisiały złote parasolki. Labirynt był przyozdobiony lampkami oraz ognistymi kulami, które nie robiły nikomu krzywdy. Wielki parkiet do tańczenia błyszczał złotem, a na podwyższeniu grała kapela ubrana w białe garnitury.
Marka od razu mnie dopadła i zaczęła poprawiać włosy i wielką kokardę z tyłu sukienki.
— Dzisiaj będziesz tańczyć — mruknęła, łapiąc mnie za ramię i prowadząc przez tłum. Spojrzałam na nią ze strachem, próbując protestować, ale na nic się to zdało. Popchnęła mnie w objęcia Demofonta, który spojrzał na mnie współczująco i delikatnie ujął za rękę. Uśmiechnęłam się do niego gorzko i mogłam wychwycić błysk rozbawienia w jego oczach. Och, na litość bogów, z czego się tu śmiać? Przecież zmasakruje mu stopy!
Ludzie zaczęli zachęcać nas brawami. Rozejrzałam się nieśmiało dookoła, rejestrując Despojnię z lampką wina w ręce. Nie wyglądała najlepiej.
— Czemu mam wrażenie, że to skończy się tragicznie? — mruknął swoim czystym głosem. Spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami, a on lekko się uśmiechnął. — Nienawidzę tańczyć.
Stanęliśmy na środku parkietu. Jego ręka powędrowała do mojej tali, a drugą trzymał w uścisku. Położyłam dłoń na jego ramieniu, przysuwając się tak blisko, że mogłam wyczuć bicie jego serca. Był nieco ode mnie wyższy, co powitałam z ulgą, bo większość chłopców była niższa lub równego wzrostu.
Gdy pierwsze nuty utworu rozbrzmiały, przejął inicjatywę, a ja mu na to pozwoliłam. Prowadził pewnie, nie robiąc żadnego błędu i płynnie przechodząc z jednej figury do drugiej. Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy mną obrócił.
— Co?— spytał z rozbawieniem w głosie. Tak, faktycznie, nienawidził tańczyć, pomyślałam z sarkazmem. Gdy skończyliśmy, zaczął się kolejny utwór. I kolejny. Wirowałam, czując, jak moje serce ulatuje, jak pewnie czuję się w jego ramionach i ufam im. A potem chwycił mnie za rękę i wyprowadził z tłumu, zręcznie unikając tańczących par i mojej matki. Przyśpieszyliśmy i wkrótce zniknęliśmy w krzewach i kwiatach, a ja mogłam odetchnąć świeżym nocnym powietrzem. Teraz spacerowaliśmy wolno, a ja rozglądałam się dookoła, bo nigdy tu nie byłam. Mnóstwo kwiatów, które zdawały się świecić w ciemności; malutkie, świetlne kule uniosły się w powietrzu.
Lubiłam, gdy byliśmy sami. Bez tej całej pokazówki, którą inicjowała moja matka. Bez wścibskich oczu, które śledzą nasze ruchy. Chwile, gdy zabierał mnie na dach i siadaliśmy, oglądając gwiazdy a on opowiadał mi o gwiazdozbiorach. Nauczył mnie jeździć konno, a ja jego grać w kręgle. Przedwczoraj pływaliśmy łódką po jeziorze i oczywiście ja wpadłam do wody. Takie małe rzeczy sprawiały, że zaczynałam płonąć w sercu malutkim uczuciem sympatii do niego.
Póki się nie uśmiechnął. Jego uśmiech miał coś z uśmiechu Leona, który niejednokrotnie prowokował mnie tak, krzycząc "Nie dasz rady, mała!". Ugryzłam się w policzek i poczułam smak krwi.
— Jak bardzo chcesz stąd uciec? — spytał mnie, wyrywając z wiru myśli. Rozłożyłam ramiona, co miała oznaczać "bardzo". Jego czysty śmiech zabrzmiał w ciemności. — To tak jak ja.
Zamyślił się, gdy podeszłam do kwiatów i zaczęłam wąchać je po kolei. Każdy pachnął wspaniale.
— Zazdroszczę ci — znów zaczął cicho, a ja na niego nie spojrzałam, skupiając uwagę na kwiatach. — Jesteś śmiertelna, pełna życia i nie zmęczona nim. Nieśmiertelność to ciężar, którego nie można zrzucić.
Tym razem na niego spojrzałam, ale jego uwaga nie była skupiona na mnie. Patrzył gdzieś w dal, w punkt, którego ja nigdy nie mogłabym zobaczyć. Zatopił się w wspomnieniach.
— Na co komuś ta cała nieśmiertelność? Wszystkim jest na rękę, mi też przez pewnie czas. A potem to zaczęło mnie męczyć. Śmierć w pewnym sensie jest piękna, wybawia od wszystkiego. Kiedyś na każdego przychodzi czas. Ale nie na mnie.— Tutaj spojrzał na mnie, już się nie uśmiechając. — I jeśli się zgodzisz, na ciebie także. Nie mogę cię obarczyć tak wielkim ciężarem. Nie mogę...
Jego głos się załamał, a on sam zamknął oczy. Podeszłam do niego i delikatnie położyłam dłoń na jego policzku. Złapał ją i przytrzymał po swojej skórze. Czy specjalnie wzbudzał we mnie poczucie winy? Gdy jednak jego wzrok spotkał się z moim, poczułam, że nie byłby do tego zdolny.
— Jeśli chcesz, możesz odejść. Nie mogę robić czegoś wbrew twojej woli.
Chciałam odejść. Chciałam uciec, spakować rzeczy i wyjechać. Najpierw do taty, a potem do Obozu, rzucić się w ramiona Leona, i przeprosić. Boże, tak bardzo chciałam go przeprosić za wszystko, za to że go zostawiłam bez słowa. Powiedzieć, jak bardzo go kocham. Ale znałam cenę. Znałam powód. Przysięga na Styks zostanie złamana pierwszy raz. Przez moją matkę. Nie mogłam na to pozwolić. Jeśli nie mogłam wyjść za mąż z miłości, to przynajmniej z obowiązku. Fakt, że zrobiłam coś ważnego, pocieszał mnie na tyle, że mogłabym poświecić własne życie i wolność.
Nie ruszyłam się więc z miejsca, kręcąc głową.
— Więc zostań ze mną i spraw, by moje życie nabrało blasku, który już dawno zgasł. Wyjdź za mnie.
Wciągnęłam głęboko powietrze. Chwycił rękę, którą trzymałam przy jego policzku oraz ukląkł na jednym kolanie i patrząc mi w oczy, powiedział.
— Wyjdź za mnie. Zgódź się.
Uśmiechnęłam się promiennie i pokiwałam głową. On również się uśmiechnął, na jego twarzy mogłam wyczytać ulgę. Podniósł się, wziął moją twarz w swoje dłonie i pocałował.
Czułam się jak oszustka. Oszukiwałam wszystkich, włącznie z własnym sercem.





Zanim przejdziemy do części o rozdziale, porozmawiajmy o mnie. W poniedziałek miałam pierwszą jazdę. I muszę wam powiedzieć : BYŁAM NIESAMOWITA TAK JAK ZAWSZE. Przynajmniej w moim mniemaniu. Potem w czwartek miałam jazdę drugą i tak bolał mnie brzuch i wszystko mnie denerwowało ( giń, marny okresie!), że pan się chyba cieszył, że przeżył. Powiedział, że nie jeżdżę źle, tylko nie mogę się uspokoić. I nieco się dobiłam. Ale wczoraj znów miałam jazdę i było lukrowo. Zmienianie biegów było idealne, ale gasło mi non stop auto. Głupie sprzęgło. Pan powiedział, że robię postępy, ale jak nie jestem zdenerwowana, to rozkojarzona (prawie spowodowałam wypadek na skrzyżowaniu z ruchem okrężnym, you know. Nie lubię skrzyżowaniu z ruchem okrężnym, tak btw). W środę o 15. znów będę jeździć, więc jeśli mieszkasz w Rzeszowie, wypatrujcie L z Champion. Ostatnio byłam na Baranówce 4. Trzymacie za mnie kucki.
PRZYRZEKAM, ŻE NIEDŁUGO BĘDZIE LEO. I PROMISE. Nie myście, że ja nie tęsknie, bardzo tęsknie za Leośkiem. Co do Leośków: DICAPRIO MA OSKARA! JUHU!
Dziękuje za komentarze. uwielbiam z Wami rozmawiać, to zawsze poprawia mi humor ♥
Do napisania, jeśli przeżyje jazdę x






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis