sobota, 26 marca 2016

32


Stałam opierając się o balustradę na werandzie Wielkiego Domu. Choć byłam ubrana w za dużą koszulę, krótkie dresowe spodenki i białe skarpetki nie odczuwałam zimna mimo tego, że słońce dopiero wstawało. Cały Obóz wyłaniał się z gęstej mgły przypominającej mleko. Moje włosy były lekko wilgotne po niedawnym prysznicu, a na twarzy nie miałam ani gramu makijażu. Nie byłam tak bardzo naturalna odkąd przeniosłam się do willi razem z matką. W blasku porannego słońca odbijał się pierścień z diamentem, który krył złoty miecz oraz mój pierścionek zaręczynowy. Stałam omiatana przez ciepły wiatr i patrzyłam na horyzont.
Wojska Demofonta pojawiły się na horyzoncie, niż ktokolwiek z nas to planował.
W środku trwała narada wojenna, dzieci Hekate nałożyły specjalne zabezpieczenia na granice a Domek 9 pobijał rekordy w wytwarzaniu broni.
Na sam widok tego co się szykuje, czułam nieprzyjemne skurcze żołądka oraz drżenie dłoni. W głowie tłukły mi się słowa przepowiedni, które wypowiedziała osobiście Rachel. Przepowiedni, której powtarzałam raz za razem, mając nadzieje, że sprawi ona się coraz bardziej wyraźna lub chociaż na tyle nierzeczywista, by się nie spełnić.
— Mackenzie? — słowa Katie wybudziły mnie z transu. Westchnęłam głęboko i spojrzałam w jej stronę. — Chodź do środka. Musisz coś zjeść.
Powlekłam się za nią, choć wcale nie miałam ochoty na jakąkolwiek konsumpcje. Ominęliśmy zatłoczony salon, wypełniony po brzegi grupowymi domków ubranych w pełne zbroje i skierowałyśmy się do kuchni, urządzonej tak jak reszta domu. Słowo wyjaśnienia: drewna było zbyt dużo jak na tak małą powierzchnie. Usiadłam przy wypucowanym na błysk stole, naprzeciwko Troian, która rysowała niebieską kredką kwiatuszki na kawałku białej kartki. Uśmiechnęłam się do niej delikatnie, a ona zawstydzona spuściła główkę. Katie zaparzyła kawę dla siebie i dla mnie, a dla małej kubek z gorącą herbatą. Czując na sobie jej ciekawski wzrok, sięgnęłam po tosta z dżemem. Zrobiłam to tylko dlatego, by przestała interesować się tym, czy jem czy nie. Ona natomiast schowała za uchem kosmyk ciemnych włosów. Jak reszta była ubrana w złoty napierśnik, ciemne, zielone spodnie i glany. Przy pasku powiesiła swój miecz, a ciemne włosy splotła w warkocz. Nigdy nie wyobrażałam sobie jej w takiej postaci. Zazwyczaj nosiła kwieciste koszule i ogrodniczki, a włosy miała rozpuszczone i rozkosznie rozczochrane. Zbroja nadała jej powagi i wyostrzyła rysy.
— Mogłabyś się zająć Troian, kiedy ja będę na zebraniu? — spytała, między jednym łykiem naparu a drugim. Kiwnęłam głową. — Dzięki.
Rozmowa się urwała. Zazwyczaj Katie była wygadana, zawsze uśmiechnięta i bez powodu wybuchała śmiechem. Nie dzisiaj. Mimo tego, że była ode mnie młodsza, czułam, jak grupowa Domku 4 patrzy na mnie z surowością godną mojego ojca. Badała każdy szczegół mojej twarzy, nie odrywając wzroku i nawet się z tym nie kryjąc. Dopiła kawę, zostawiła szklankę w zlewie i już szykowała się do wyjścia, ale jednak się rozmyśliła i znów zaczęła rozmowę.
— Przygotowali ci pokój na piętrze. Masz nie ruszać się z tego domu, jasne?

Dlaczego?

— Tak samo beztroska jak Valdez — mruknęła pod nosem. — Kobieto, najbardziej prawdopodobną opcją jest to, że będzie wojna. Słyszałaś przepowiednie?
Kiwnęłam głową.
— A powiedzieli ci, co wykombinowali? Co ona oznacza?
Tutaj pokręciłam głową. Gdy tylko usłyszałam jej treść, wybiegłam z pokoju do łazienki i siedziałam tam przez dobrą godzinę, zanim ubłagali mnie, bym otworzyła drzwi.
— Co to za przepowiednia? — spytała Troian, przerywając na chwilę rysowanie i podnosząc wzrok na Katie. Miała rozkoszny głosik i mrużyła oczy, kiedy mówiła. Katie głośno westchnęła i usiadła obok dziewczynki, która znów zajęła się rysowaniem i utkwiła wzrok we mnie. Złożyła dłonie na blacie, niczym dyrektor w gabinecie. Odłożyłam niedokończony tost, czując, że więcej nie przełknę.
— Nie jestem Annabeth, ale postaram ci to klarownie wyjaśnić, okej? No więc przyrzekłaś matce, że nie zwiejesz, tak?
Kiwnęłam głową, jednak zbytnio nie zrozumiałam, co to ma wszystko ze sobą wspólnego. Katie westchnęła i zaczęła jeszcze raz.
— Napisz tą cholerną przepowiednie na kartce, muszę wiedzieć, czy niczego nie przekręciłaś.
Więc napisałam. Czując, jak drży mi ręka i kręci się w głowie. Napisałam.


Nieświadomie córka maku zbiegnie.
Przysięga, że jeden z nich trupem na polu polegnie
i krwią strasznego boga wojny nasyci,
Na ten cel zostali herosi powici.
Strach ją otoczy, wybór w kark dyszy,
Zdradę, Mądrość i Miłość ma za towarzyszy.
Ta, co obietnice mu szczere składała
Najboleśniejszy cios w jego serce zadała.


Katie przeczytała po cichu jeszcze raz, a Troian starała się zaglądnąć jej przez ramię i rozszyfrować tekst, choć nie byłam pewna, czy potrafi czytać. To nawet lepiej. Nie chciałam, by taka mała osóbka jak ona, mogła poznać taki okropny tekst. Powinna teraz w spokoju uczyć się rymowanek, a nie starożytnych przepowiedni.
— Jedziemy od pierwszego wersu — zaczęła Katie. — To mamy przynajmniej z głowy, bo już się stało. Wbrew woli zostałaś uprowadzona przez Leona i złamałaś obietnice daną matce. Potem trzy wersy są wielką tajemnicą, ale Connor twierdzi, że będą w to zamieszani kosmici. Potem cztery wersy są o tobie. Będziesz miała przed sobą jakiś ważny wybór i zapewne pomogą ci go podjąć Sky, ta od Apate, Piper i Annabeth. A ostatnie dwa — zrobiła długą pauzę, zanim kontynuowała — są o tobie i Leonie. Mądrzy ludzie wydedukowali, że zabijesz osobę, której składałaś w Obozie SZCZERE obietnice, wbijając miecz w serce.
Opadłam ciężko na oparcie krzesła i przymknęłam oczy. Przecież to nie musi być Leo, prawda?
Możesz mi coś obiecać? Po prostu mnie nie zostaw, okej?
Dzwoń często i wpadnij na święta. Ogólnie to wpadaj kiedy chcesz, tylko zadzwoń, bo muszę cię zarezerwować. Mam napięty grafik. I ćwicz alfabet.O Boże. Wtedy wydawało mi się, że to tylko płytkie, nieświadome słowa. Że to tylko kiwnięcie głową. Że to jedynie nieistotny epizod z naszego życia...
— Mackenzie, tylko nie trać głowy. Przepowiednie nigdy nie są jasne i zazwyczaj jest tak, że mylnie je interpretujemy. Annabeth może się mylić, wszyscy mogą się mylić. Wystarczy popatrzeć na Leona i Przepowiednie Siedmiorga.
Otworzyłam oczy i spojrzałam na nią zdziwiona. O co jej do cholery chodzi? Katie przez moment wyglądała na zdezorientowaną, a potem się zmieszała.
— Oj, ty o niczym nie wiesz? Nikt ci nie powiedział? Leo ci nie powiedział? O Kalipso i tak dalej?
Gdy usłyszałam imię dziewczyny, coś się we mnie obudziło. Nie powinnam być zazdrosna, prawda? Leona znałam od niecałego roku, tylko w czasie wakacji, a to, że mnie pocałował, mogło nic nie znaczyć. Więc czemu czułam się zazdrosna?
Katie szybko wstała i włożyła moją szklankę do zlewu. Dodała jeszcze jedno zdanie, zanim wyszła uczestniczyć w zebraniu.
— Przynajmniej Annabeth już wie, którego mitu jesteś częścią — powiedziała cicho, po czym uśmiechnęła się uroczo. — Heleno Trojańska.


Wojska Demofonta okrążyły cały Obóz, nim wybiła dwunasta w południe.  Przez całe godziny siedziałam przy oknie, obserwując i zajmując się Troian. Znajdowałyśmy się w pokoju, gdzie przeniesiono moje rzeczy z Czwórki. Z dołu dobiegały co chwile krzyki, potem śmiech i znowu cisza. Niepokoiło mnie to. Gdy około drugiej Katie przyszła sprawdzić co u swojej małej siostrzyczki, wymknęłam się na dół. Panował tam taki harmider, że mało kto zauważył, że weszłam.
— Oni na pewno nie idą! — krzyknęła oburzona Clarisse. — Załatwmy ich od razu, bez żadnych chorych negocjacji.
— Czy ktoś może łaskawie znów związać ją w kącie, bardzo proszę — odezwał się Percy, poprawiając rzemienie przy zbroi.
— Musimy iść, skoro wysunęli propozycje — powiedziała spokojnie Annabeth. — Może uda nam się to rozwiązać bez rozlewu krwi.
To oni planowali jakikolwiek rozlew krwi? Oparłam się o ścianę, by nie stracić równowagi.
— Musisz być naprawdę naiwna, by w to wierzyć — odezwał się Connor, siadając na krześle.
— Wychodzimy, zanim Clarisse straci panowanie nad sobą — zarządził Jackson, ciągnąc za sobą Leona, którego dopiero teraz zauważyłam. O nie, tego już było za wiele. Szybko znalazłam się pomiędzy wyjściem a Trójką Wybitnych Dyplomatów i założyłam ręce na piersi.
— Miałaś nie wychodzić ze swojego pokoju — odezwała się lekko rozzłoszczona blondynka. Wyciągnęłam notatnik, napisałam zdanie i podałam Leonowi.

Też idę.

— Nie, raczej nie, mała. Zostajesz tutaj, gdzie jesteś bezpieczna.
Pokręciłam głową i tupnęłam nogą. Leo wymownie spojrzał w sufit.
— Powiedz, mała, którego ze słów nie rozumiesz? Nie. Koniec dyskusji.
Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. Coś czułam, że będziemy stać tak w nieskończoność, piorunując się nawzajem. Obydwoje uparci, pewni swoich racji i za nic nie ustępujący miejsca drugiemu.
— Na litość boską, czy musicie zachowywać się jak dzieci? — fuknęła córka Ateny.
— Annabeth — odpowiedział twardo Percy. — Zamknij się.
Ten moment na chwilę rozproszył Valdeza, co wykorzystałam. Obróciłam się i szybko otworzyłam drzwi, wybiegając. Usłyszałam tylko krzyk "Łapcie tą wariatkę!" i zbiegłam szybko po schodkach. Długo wolna nie byłam, bo Leo złapał mnie w pasie i uniemożliwił ruch. Poczułam jego ciepły oddech na nagiej szyi. I byłam na siebie wściekła, że zadrżałam pod jego wpływem. Z resztą, jedną rękę miałam wolną, mogłam przyłożyć mu w twarz. Kusząca myśl. Już brałam zamach, gdy do akcji wkroczył Kapitan Jackson.
— Niech idzie, co nam szkodzi — stwierdził Percy, dołączając do nas.
Zaraz, co? Spojrzałam na niego zdziwiona. Leo też spojrzał, ale w jego wzroku czaiła się złość i chęć mordu przyjaciela.
— Nie ma zbroi, mogą ją zranić — zaprzeczyła Annabeth.
Teraz zgłupiałam. To mogę przyłożyć Valdezowi, by wywalczyć sobie drogę do zwycięstwa czy nie?
— Niech tylko spróbują — mruknął Leo i rozluźnił ucisk. Po chwili byłam już całkowicie wolna a moja ręka zastygła w powietrzu. Nadal miałam w głowie maszynę losującą. Przyrżnąć mu czy nie? Ale nim zdążyłam zdecydować, Leo bez słowa minął mnie i nie zaszczycił nawet spojrzeniem. Co za cholerny tchórz! Przy najbliższej okazji i tak dobiorę mu się do twarzy.
Szłam pomiędzy chłopcami i moje myśli krążyły między dwoma kwestiami: czy uciec do Demofonta i tym samym uchronić Leona przed jego gniewem? A może zostać z przyjacielem, chłopakiem, Boże, to skomplikowane, i walczyć o wolność? Gdy przypomniałam sobie nasz pocałunek, w moim brzuchu zaczęły fruwać motyle. Zerknęłam kątem oka na Leona, którego wzrok był skupiony na grupce mężczyzn, przewodzonych przez wysoką kobietę. Demeter. Przełknęłam ślinę, gdy nasze spojrzenia się spotkały, ale dzielnie to wytrzymałam.
— Siemka, jak leci — przywitał się Percy, po czym ucichł, gdy poczuł na sobie wzrok wszystkich obecnych.
— Nasze warunki brzmią — powiedziała Demeter, bez zbędnych wstępów. — Oddajcie mi moją córkę, a Demofont obiecał, że odejdzie i nie zrobi nikomu krzywdy. Włącznie z tym chłoptasiem.
— Nie jest niczyją własnością — oświadczył Leo, nadzwyczaj spokojnym głosem.
— Odezwał się — mruknęła Annabeth.
— Po czyjej stronie ty w ogóle stoisz, co? — warknął na nią Jackson.
Starałam się w tym czasie przejrzeć intencje matki, dostając się do jej myśli. Spór toczony na głos był niczym w porównaniu z tym, co się działo w moim umyślę. A Demeter nie pozostawała w tyle. Gdyby ktoś w tym momencie zaczął przypatrywać się dokładnie mojej twarzy zauważyłby wstępujące na czoło kropelki potu.
— Mackenzie obiecała, że nie odejdzie. I nie zrobiła tego naumyślnie. Więc zakończcie to zanim poleje się krew.
— Jaki ty masz w tym interes, co? — zastanowił się na głos chłopak, przeszywając ją wzrokiem.
— Nie pozwolę, żeby kolejna moją córkę zabrano do Hadesu — warknęła Demeter — Nie po to, przez tyle lat...
Ojć, niedobrze. Powoli do wszystkich docierał sens jej słów. Do Leona również.
— Chwilunia — przerwał jej nieelegancko — To przez ciebie nie trafiła tutaj przez pięć lat? Nie mogła opanować najprostszych rzeczy?
Zacisnęłam zęby. Nie powinien dać się porywać emocjom. I tak odzywać się do mojej matki. Nie żebym ją jakimś specjalnym szacunkiem darzyła, ale jednak to BOGINI. Jednym kiwnięciem palca mogła go zamienić w tulipana.
— Nie miała walczyć — odparła ta z błyskiem w oku. — Dla niej zaplanowana jest zupełnie inna przyszłość.
— Chcesz z niej zrobić jakąś cholerną marionetkę do swoich głupich gierek?! — Tym razem Leo nawet nie starał się opanować. Spostrzegłam dym wydobywający się spod zaciśniętych palców. Położyłam mu dłoń na ramieniu. Nawet nie drgnął.
— A co tobie do tego? Jesteś tylko głupim herosem.
Wstrzymałam oddech. Już jej wcale nie lubiłam. Wolałam ją jako nadopiekuńczą panią, wtrącająca co chwilę sugestie o owsiance.
— Ten głupi heros jest jednym z siedmiu, którzy uratowali twój tyłek — wycedził przez zaciśnięte zęby.
Demeter uśmiechnęła się drwiąco.
— I stąd pomysł, że jesteś wystarczająco dobry dla mojej córki?
Leo ryknął i rzucił się na boginię, która zniknęła w obłoku pary pachnącej skoszonym zbożem.


Nie mam zielonego pojęcia, od czego powinnam zacząć.
Przepraszam Was, ze pod poprzednim postem nie odpowiadałam na komentarze. Zawsze robię to w niedziele, a akurat w poprzednią nie miałam laptopa w ręce a z komórki nie lubię tego robić. A później nie miałam do tego serca. Ale każdy przeczytałam po kilka razy. Wasza tabletka gwałtu wygrała internety.
Nikt nie cieszy się ze wspomnianej Kalipso? To dobrze. Nie ma z czego się cieszyć, a ona jeszcze się pojawi. Niestety, nie zleciała ze spiżowego smoka i nie utopiła się w oceanie.
Jak mi wyszła Przepowiednia? Nie jest źle, tak myślę. Bóg nie obdarzył mnie talentem do rymowanek. Czekam na interpretację. Zostało tylko 8 rozdziałów i epilog.
Wiecie co? W tych durnych samochodach nie powinno być sprzęgła. Sprzęgło to zło. ZŁO! I Śpiąca Justysia powinna się obudzić za kierownicą, bo robi takie błędy na drodze, że sama ma się ochotę rozpłakać za kierownicą. Ale parkowanie równoległe mi nawet wychodź. Nie mówmy już o zawracaniu, cofaniu i startowaniu z jedyneczki i sprzęgła, bo nie ma się czym chwalić. Prześlijcie mi swoje pozytywne myśli, bo we wtorek jak mi coś nie wyjdzie, to się popłaczę. Już byłam blisko tego stanu w środę i chyba było to widać, bo pn instruktor już się na mną ulitował. Nieważne.


Z OKAZJI ŚWIĄT WIELKANOCNYCH CHCE ŻYCZYĆ MOIM LEOSIĄTKOM WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, MOTYWACJI I SZCZĘŚCIA, DUŻO UŚMIECHU I CZEGO TAM JESZCZE CHCECIE ♥
Jestem szczęściarom, że mam takich niesamowitych czytelników jak Wy. Kocham najmocniej xxx

sobota, 19 marca 2016

31


Grupowa naszego domku nieraz mawiała, że roślina też człowiek. Że ona też czuje. Chodziło tu głównie o szacunek do naszych małych przyjaciół, którym zawdzięczamy tlen i zachwyt światem. Bardziej zbliżoną prawdy wersją byłoby powiedzenie, że one po prostu są. Taki kwiatuszek kwitnie sobie na łące i produkuje tlen, robiąc to, co do niego należy. Po prostu jest. Ja też po prostu byłam.
Po wizycie Nico nie spałam przez dwa dni, płacząc i wmawiając sobie, że to przejdzie, przecież musi. Że postąpiłam słusznie i mogę być z tego dumna. Ale nie byłam. Słowa "Nie zasługujesz, by ktoś taki tak mocno cie kochał" tak głęboko zadały ranę w moim sercu, że jestem pewna, że nigdy się nie zabliźni.
Uśmiechałam się więc, byłam czarująca i bawiłam się, jakby to były najszczęśliwsze dni mojego życia. A w nocy byłam zbyt zmęczona by płakać, po prostu gapiłam się w okno i próbowałam pozbawić się jakichkolwiek uczuć. W końcu zasypiałam wyczerpana i spałam zaledwie trzy godziny. Byłam wrakiem i co najstraszniejsze, chciałam nim być. Chciałam cierpieć. Chciałam ukarać siebie za decyzję, którą podjęłam, bez względu na to, jak słuszna ona była.
Uczucie, że wszystko się się ułoży, zniknęło bezpowrotnie. Gdy ktoś się do mnie odzywał, nie potrafiłam powstrzymać myśli, że drwi sobie z moich piegów na nosie lub zauważył sińce pod oczami, które tak umiejętnie zakrywano. Demeter to widziała. Widziała, że coś się dzieje. Czułam, jak w najmniej spodziewanych momentach, jej umysł próbuje zwalić mur, który wokół siebie zbudowałam. Za każdym razem ją odpychałam, co ona podsumowywała zdziwionym spojrzeniem.
Siedziałam właśnie, bawiąc się jedzeniem na talerzu. Nie miałam apetytu. Wciągu ostatniego tygodnia praktycznie nie jadłam, bo nie czułam takiej potrzeby. Na szczęście nie popełniłam błędu w pierwszych tygodniach i nie obżerałam się na ucztach tak jak niektórzy. Nie było to więc aż tak widoczne.
Ciepła dłoń Demofonta spoczęła na mojej, wyrywając mnie z transu i przywołując do rzeczywistości. Czułam spojrzenie jego złotych, pięknych oczu na mojej twarzy, gdy spytał.
— Dobrze się czujesz?
Pokręciłam głową, wciąż na niego nie patrząc. Za każdym razem, gdy go widziałam, czułam takie poczucie winy, że byłam pewna, że pęknie mi serce. Jego dłoń uścisnęła moją.
— Może wyjdź się przewietrzyć? — zaproponował cicho. Dopiero teraz spojrzałam na niego, posyłając mu wdzięczny uśmiech umęczonej duszy. Kącik jego ust zadrgał. — Iść z tobą?
Zaprzeczyłam. Potrzebowałam chwili spokoju, pomijając to, że i tak czułam się samotna w tłumie ludzi. Ruszyłam powoli do wyjścia na taras, jednego z wielu w tej sali. Odsunęłam szklaną szybę, a później zasunęłam ją z powrotem.
Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz. Odetchnęłam spazmatycznie i i objęłam się ramionami. Nie potrafiłam się wpasować w to towarzystwo, choćbym bardzo chciała. Nie w suknie, biżuterię, uczty, makijaż... Tylko w tą atmosferę. Miałam ochotę usiąść i rozpłakać się jak dziecko, zatupać nóżką, że nie chce. Ale to raczej było niemożliwe. I nie miałam na to siły.
Spojrzałam na krzew kwiatów rosnący obok mnie. Dawnej rośliny napawały mnie spokojem i zachwytem. Teraz mnie przerażały. Zdawało mi się, że moja matka używa ich aby mnie szpiegować, widzieć każdy mój krok. Nie mogła ciągle mi towarzyszyć, bo wymykałam się po cichu z komnat i udawałam się do miejsca, w którym spotkałam Nico, z naiwną nadzieją, że może pojawi się znowu.
Na drugim końcu ogrodu coś się poruszyło. Zmrużyłam oczy, bo nie mogłam nic dostrzec przez tą ciemność. Moja prawa ręka natychmiast zetknęła się z pierścieniem na prawym palcu. Taki nawyk. Jednak ciepła poświata oświetlała tylko taras i nic więcej. Na balustradzie z prawej strony stały trzy kieliszki z szampanem oraz wielka, srebrna taca. Najwyraźniej ktoś tu był wcześniej i udał się na spacer. I teraz wracał.
Wkrótce w krąg światła wszedł Leo Valdez.
Pierwszym uczuciem jakiego doznałam była ulga i chęć wpadnięcia w jego ramiona. Ale zaraz rozbrzmiały w głowie słowa mojej matki. I gwarantuje ci, że to nie ty będziesz najbardziej cierpieć. Wszystko się rozpłynęło, prysło, jakby było piękną banką mydlaną. Cofnęłam się o krok, spinając i zaglądając przez ramię, czy aby nikt nie zauważył pojawienia się nowego gościa. Na szczęście w środku był ciekawsze zajęcia, niż przypatrywanie się drzwiom tarasu, które były zasłonięte zasłoną z jedwabiu.
Leo wyglądał tak bezbronnie. Światło z niewielkich świec umiejscowionych na balustradach igrało z refleksami w jego włosach, a w oczach zapaliły dziwne ogniki, których nie znałam dotychczas.
Najwyraźniej nie mógł zdobyć się na żadne słowo. Próbował zacząć dwa razy, ale w końcu tylko wyciągnął dłoń. Spojrzałam na nią, przełykając głośno ślinę i czując, jak serce niemiłosierne wali mi w piersi.
— Zabiorę cię do domu. Jeśli tego chcesz.
Kiwnęłam głową, nawet tego nie kontrolując. W moich oczach zalśniły łzy. Coś we mnie pękło.
— Więc chodź — powiedział cicho.
Pokręciłam gwałtownie głową. Zmysły znów mi wróciły, a groźba mojej matki była jeszcze żywsza niż do tej pory. Nie mogłam ryzykować. Nie mogłam ryzykować życia ani jego, ani nikogo innego z obozu. To kosztowałoby mnie zbyt wiele. Już wolałam go stracić, niż pozwolić na to, by stała mu się krzywda.
Złapałam srebrną tackę, która stała tu na balustradzie. Dzięki bogom za to, że  niektórzy byli zbyt leniwi, by posprzątać. Wystukałam swoim długim paznokciem wiadomość. Leo zbliżył się do mnie, a ja musiałam odetchnąć parę razy i skupić się na tyle, by nie pomylić się w wiadomości.


Musisz uciekać. Odejść stąd. Błagam.

Błysk w jego oczach znów się pojawił.
— Dlaczego? Co ona ci zrobiła, że tak bardzo się boisz?

Nic. Po prostu odejdź. Błagam Leo, nie chce, by stała ci się krzywda.

— Nie ruszę się stąd bez ciebie — powiedział, chwytając mnie za nadgarstek. Pokręciłam gwałtownie głową, a łzy, które zbierały się przez pewien czas, potoczyły się po moich policzkach. Przecież miałam nie płakać...
Nic nie rozumiesz.

— Rozumiem dostatecznie dużo. Ty masz pojęcie, co musiałem zrobić, by zmusić Nico do gadania?
Wyszarpnęłam rękę z jego uścisku i spojrzałam na niego zdeterminowana. Nie obchodziło mnie, czego chce. On musi się stąd wynieść, zanim ktoś go zauważy. Pokazałam palcem wskazującym kierunek, z którego nadszedł i twardo wydałam niemy nakaz. Odjedź.
— Ale...
Tupnęłam nogą, a łzy toczyły się po moich policzkach. Miałam to w nosie. Mogłam poświęcić wszystko, byleby on był bezpieczny. To takie trudne do zrozumienia? Powoli zrobił krok w tył i odwrócił się. Chciałam go zatrzymać, ale nie mogłam. Musiałam pozwolić mu odejść. Dla jego dobra. Dla dobra wszystkich, których kochałam. Gdy prawie wyszedł z kręgu światła, wystukałam cichutko na srebrnej tacy wiadomość.
Kocham Cię.

Zatrzymał się, a moje serce zabiło szybciej. Nie powinien tego usłyszeć, nie powinnam tego robić. Tyle że nie potrafiłam. Tyle razy mówiliśmy sobie nawzajem, że się kochamy, ale to był rodzaj siostrzanej miłości. Tyle że nie tym razem. Odłożyłam tackę na balustradę.
Staliśmy naprzeciw siebie, nic nie mówiąc. Ja zapłakana, on lekko zmieszany i zaskoczony. A potem zrobił coś, co zaskoczyło nas oboje.
W jednej chwili pojawił się przy mnie. Jego usta odnalazły moje, ręce powędrowały na moją talię. Lekko mnie popchnął mnie na ścianę, a ja poczułam chłód marmuru na plecach. Po moim ciele przebiegły dreszcze. Przypomniał mi się słoneczny dzień, gdy oboje siedzieliśmy po drzewem w Obozie Herosów. Ja trenowałam, a on patrzył na moje wysiłki. Wtedy omal się nie poddałam. A on położył dłoń na mojej ręce. I wtedy odezwało się to. Jakaś nieznana siła przejęła kontrolę. Ucisk w okolicy żołądka, który pękł i rozlał się po całym ciele, przynosząc dziwny spokój. To własnie czułam, znajdując się w jego ramionach. Oboje zdawaliśmy się płonąć, a ja miałam nadzieje, że ogień nie wymknie się z pod kontroli... Chociaż wolałabym spłonąć niż przerwać to, co właśnie się teraz działo. Po raz pierwszy od pół roku czułam się bezpieczna. Czułam smak jego ust, siłę ramion, miękkość kosmyków włosów pomiędzy palcami.
Magia się rozwiała. Poczułam, co muszę zrobić. Odepchnęłam go od siebie, sama nie wierząc, że z własnej woli to przerywam. Nie patrzyłam mu w oczy, bo wiedziałam, co zobaczę. Zdezorientowanie, troskę, stanowczość, upór i ten dziwny płomyk w jego tęczówkach. Odwróciłam go i pochłaniam plecy, nakazując, by się stąd wynosił. Byle szybko.
Odwrócił się a moje wysiłki spełzły na niczym.
— Nie zostawię cię, szczególnie teraz...
Pchnęłam go w ramie jeszcze raz, a potem cofnęłam się. Łzy ograniczały widoczność do zera. Jeszcze raz nakazałam mu ruchem dłoni, by odszedł. Jego ramiona zwisły, a on zrobił niepewny krok w tamtą stronę. I jeszcze jeden. Odwrócił się jeszcze raz zanim zniknął w ciemnościach.
Stałam długą chwilę zanim weszłam do ogrodu i bez udziału świadomości skierowałam się dobrze znajomą drogą do komnat, w których mieszkałam. Oddech miałam urywany, a łzy płynęły, gdy beznamiętnie otworzyłam drzwi do salonu. Jak pijana zatoczyłam się do najbliższego pomieszczenia, w którym nikt nie mógłby mnie szukać. Spojrzałam w wielkie lustro w łazience, na perfekcyjną suknie i fryzurę. Zaczerwienione oczy i rozmazany makijaż. Uderzyłam się w twarz. Nie pomogło. Oparłam się o najbliższą ścianę i zjechałam po niej. Już nie płakałam, bo to niewystarczające słowo. Wpadłam w trans, w panikę... Szlochałam, zadawał sobie ból, robiłam wszystko, byleby przestać czuć albo zagłuszyć to, co się w mnie działo.
Jeden dźwięk. I nagle wszystko ucichło. Nadal oddychałam szybko i nierównomiernie, ale...
Chwyciłam za umywalkę i z niemałym trudem się podniosłam. Spojrzałam jeszcze raz w lustro. Wyglądałam okropnie, prawie tak okropnie jak się czułam. Przyjrzałam się sobie dobrze. W moich zwykłych, brązowych tęczówkach mogłam dostrzec mikroskopijne, złote plamki. Zbliżyłam dłoń do ust, gdzie nadal czułam mrowienie i usta Leona. Nie, to niemożliwe...
Musiałam doprowadzić się do stanu używalności, zanim ktoś zauważy, że zbyt długo mnie nie ma. Nie wiedziałam, gdzie były kosmetyki. Zrobiłam więc to, co Chrysotemis . Klasnęłam dwa razy i pojawiły się nimfy, patrząc na mnie zaskoczone. Pokazałam na swoją twarz a one zrobiły to, co potrzeba.
Wróciłam przez ogród, prawie biegnąc i próbując się uśmiechnąć. Gdy stwierdziłam, że nie wyjdzie, otworzyłam drzwi tarasu. Miałam wrażenie, że nic się nie zmieniło, jakbym dopiero co stąd wyszła.
Usiadłam z powrotem przy narzeczonym, który spytał się, czy wszystko w porządku. Kiwnęłam głową, ignorując wzrok matki, która siedziała naprzeciwko. Wniesiono wino i nawet ja, która praktycznie nie pije, chyba że okazjonalnie, wzięłam kielich. Straciłam wszystko, więc co mi szkodzi.
Wypiłam łyk. I kolejny. I kolejny. Może upicie się pomoże? W sumie to już zaczęłam się robić senna, wszystko się zamazywało i powoli traciłam świadomość... Ja...
Matka zrozumiała co się dzieje i już wyciągnęła rękę w moją stronę. Ale było za późno. Zamarła w połowie ruchu, zasypiając. Widziałam, jak wiele osób słania się z nóg. Kielich wypadł mi z rąk, a czerwone wino zabrudziło biały dywan. Jak krew... Ja...




Słowa. Zlewały się w jedno, powodując ból głowy, irytując i nie dając mi spać. Byłam zbyt otępiała, by się ruszyć. Co więcej, nie mogłam tego zrobić. Nawet podnieś powiek. Moje ciało się jeszcze nie obudziło. Za to zaczynałam rozumieć słowa.
— Mogłeś ją zabić, ty idioto! — wrzasnęła Annabeth z nutą histerii w głosie.
— Ale tego nie zrobiłem. Uspokój się, przecież... — zaczął Leo, ale nie dane mu było skończyć.
— Może się nigdy nie obudzić! Masz pojęcie, jakie to niesie konsekwencje?
Zaczynałam wszystko składać w całość. Wino. Leo musiał coś dosypiać do wina i wszyscy zasnęli, łącznie z bogami. Odurzył mnie i uprowadził, a potem przeniósł do Obozu Herosów.
Musimy się zastanowić, co to znaczy, że zbiegniesz nieświadomie.
Może ktoś cię odurzy narkotykami?

Moje ciało zareagowało i natychmiast podniosłam się do pozycji siedzącej. W salonie Wielkiego Domu było mnóstwo ludzi, skupiających uwagę na kłócącą się parę. Percy siedział w nogach mojego posłania i rzucił mi uśmiech, od którego pewnie roztopiło mi się serce. Z ulgi, że to wszystko w końcu się skończyło.
Nieprawda, nadal się oszukiwałam.
— Myślę, że jednak nie uszkodził cię za bardzo, co Kenzie? Miło się spało?
Percy był tak wyluzowany, że zdawał się aż tym promieniować. Krzyki ucichły i cała uwaga skupiła się na mnie. A ja sięgnęłam po długopis i kartkę do połowy zababraną grą kółko i krzyżyk.

Muszę wrócić.

— No ale przecież... — zaczęła Annabeth, otwierając usta. Potem coś w jej spojrzeniu błysnęło i spojrzała ostro na Valdez'a. — Mówiłeś, że się zgodziła! Czy ty...
— Fakt, mogłem nie dopowiedzieć parę szczegółów — powiedział Leo, wzruszając ramionami.
— PORWAŁEŚ JĄ?
— Tak.
— Odurzyłeś narkotykiem i uprowadziłeś — stwierdziła Chase.
— To nie były narkotyki — poprawił ją chłopak.
Siedziałam, niezbyt się interesując wymianą zdań. Doszłam do jednego wniosku i nie wiedziałam, jak to przekazać wszystkim. Więc mało oryginalnie napisałam jedno słowo na kartce i podałam Percy'emu. Jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
— Ej ludzie... — zaczął, chcąc się wbić do dyskusji.
— NIE WIERZĘ ŻE TO ZROBIŁEŚ!— wrzasnęła Annabeth.
— Nie dramatyzuj — odmruknął Leo.
— Czy mogę... — Percy podniósł rękę jak na lekcji języka angielskiego.
— Przyjdą po nią! Na bogów, Leo, ty rozumiesz w co nas wpakowałeś?
— Hej, próbuje coś powiedzieć! — powiedział nieco głośniej Percy. Blondynka skarciła go wzrokiem, a ona zgrzytnął zębami. Czy mi się tylko wydawało, czy pomiędzy nimi nie było wszystko w porządku? Percy wstał i podał jej kartkę. A potem zwrócił się do mnie.
— Mackenzie, musisz teraz być szczera. Czy Demeter zmusiła cię, byś z nią poszła?
Pokręciłam głową.
— Zrobiłaś to z własnej woli?
Kiwnęłam. Nastała cisza, po czym odezwała się Piper.
— Brawo, Leo. Pogratulować.
Spojrzałam na nią nic nie rozumiejąc. McLean westchnęła i wytłumaczyła mi:
— Tej nocy, której zniknęłaś, Rachel wypowiedziała całą przepowiednie. O tobie.

sobota, 12 marca 2016

30


Siedziałam na ławce ogrodowej. Trwało przyjęcie. Bawiłam się pierścionkiem zaręczynowym, niezwykle prostym a i tak pięknym, który dostałam tydzień temu. Demeter obserwowała mnie, gładząc włosy i z troską się mi przyglądając. Zapowiedziała, że chce ze mną porozmawiać. I od tego czasu nie odezwała się ani słowem.
— Muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego. Źle się czuję, mając taki sekret przed tobą — odezwała się w końcu. Spokojnie, chciałam jej odpowiedzieć. W wieku osiemnastu lat wychodzę za mąż za boga, w którym się niegdyś kochałaś i dałaś mu nieśmiertelność. Ach, i nie powiedziałaś mi ani słowa.
Kobieta założyła mi kosmyk włosów za ucho.
— Jestem z ciebie taka dumna — wymruczała. — Zgodziłaś się, a nie byłam tego aż taka pewna. Ten chłopiec z Obozu...
Zesztywniałam. Przez całe dnie i nocy starałam się zablokować wspomnienia z poprzedniego życia, a ona wyjeżdża mi tutaj ze wzmianką o Leonie. Bogini jakby tego nie zauważyła. Albo zignorowała.
— Nie myśl, że cię nie kochałam przez te wszystkie lata nieobecności — zaczęła. — Gdy tylko cię ujrzałam, poczułam, że będziesz idealna. Miałaś oczy swojego ojca i słodko się uśmiechałaś, mimo tego, że nie miałaś zębów. Chroniłam cię przez całe życie, zasłaniałam Mgłą, by...
~ SŁUCHAM? ~ wrzasnęłam w jej myśli. Nie mogłam tego zablokować. Podziałało to na mnie jak kopnięcie prądem. Wiadomo, że należy oderwać rękę. Bogini skrzywiła się, jakby wpiła łyk wytrawnego wina.
— Miałaś nigdy nie dowiedzieć się o Obozie Herosów. Twoje ręce nigdy nie miały dotknąć miecza, nie miałaś splamić się walką. Miałaś zostać nienaruszona i czysta, aż przyszedł by czas.
Odsunęłam się od niej gwałtownie.
~ Jak mogłaś coś takiego zrobić? Jak mogłaś trzymać mnie z dala od ludzi, takich jak ja? ~ spytałam z urazą, patrząc na nią bykiem. Nie wierzę, że to prawda. Nie mogłaby....
— Nie kwestionuj moich decyzji. Zrobiłam to, co należało — odrzekła surowo, po czym westchnęła — Miałam przyjść do ciebie w dniu osiemnastych urodzin. Zgodziłabyś się, uwierz mi. Ale Dionizos jakoś się dowiedział, a my raczej się nie dogadujemy. Więc nasłał swoich pomocników, by pokrzyżowali mi plany. Najpierw sprawił, by pomieszały ci się zmysły. Potem spowodował wypadek. I doprowadził do Obozu, choćby za cenę twojego życia.
Zacisnęła wargi. Ja natomiast kiwałam głową, trzymając się za uszy i powtarzając w myślach: To nie prawda, to nie może być prawda, kłamie, ona nie mogła... Demeter brutalnie chwyciła mnie za ramiona i skierowała w swoją stronę. Nasze twarze prawie się stykały.
— Posłuchaj mnie i nie bądź żałosna. Zrobiłam, to co należało. I nigdy o tym nie zapominaj. Mogłaś zrobić wiele rzeczy, mogłaś złamać moje zaklęcia ale byłaś zbyt słaba. Mogłaś zrobić to, o czym myślałaś wtedy przy wyrywaniu chwastów w ogródku przed moim domkiem. Mogłaś rozwiać kłębiącą się Mgłę. Ale byłaś zbyt słaba i wątła. Miej do siebie pretensję. I nie spróbuj zerwać zaręczyn. Zgodziłaś się. Jeśli teraz to odwołasz, złamiesz mu serce i pożałujesz tego. I gwarantuje ci, że to nie ty będziesz najbardziej cierpieć.
Demeter wstała z gracją z kamiennej ławeczki. Wygładziła suknie, obdarzyła mnie zażenowanym spojrzeniem i odeszła. Schowałam twarz w dłoniach i starałam się uspokoić. To nie mogła być prawda. Ale jednak. Byłam chowana jak ptak w klatce, by tylko cieszyć oko. Nigdy nie byłam wolna. Hodowana na rzeź.
— Gdyby teraz Leo zobaczył, pękł by ze śmiechu — odezwał się kpiący głos. — Ale widzę, że tak świetnie się bawisz, że nie pamiętasz o żadnym z nas.
Podniosłam się gwałtownie, wbijając wzrok w ciemność, z której wkrótce wyłoniła się postać mężczyzny. Jego czarne włosy były jak zwykle rozczochrane, a oliwkowa cera nabrała w blasku pochodni chorobliwy, ziemisty odcień. Ciemne oczy były przymrużone, gdy patrzył z obrzydzeniem w moją stronę. Oparł się o najbliższe drzewo i zmierzył mnie wzrokiem. Od stóp, na których błyszczały diamentowe obcasy, po jedwabną suknię, skończywszy na idealnej fryzurze i makijażu . Jego miecz przypięty do pasa, połyskiwał w ciemności. Mógłby umawiać się z modelkami z pierwszych stron brukowców, gdyby nie fakt, że wolał chłopców.
— No cóż, źle ci tu nie jest. Jak widzę, na darmo starałem się tutaj dostać i cię znaleźć, skoro ty masz ciekawsze rozrywki — powiedział Nico, utkwiwszy wzrok w mój pierścionek zaręczynowy. Zszokowana zaczęłam kręcić głową. Na Hadesa, co on tutaj robił, jak się tu dostał?
— Wiesz, jak ciężko zasłużyć na przychylność bogów, by jeden pozwolił ci tutaj wejść? Oczywiście, że nie. Niedługo będziesz panią tego wszystkiego — powiedział głośno, rozkładając ramiona. — Jak możesz patrzeć na własne odbicie w lustrze?
Pokręciłam jeszcze raz głową, a łzy popłynęły po moich policzkach. On nie rozumiał, nie wiedział, że robię to, by ratować matkę. Ale na tym się nie skończyło, bo chłopak uderzył w punkt, który zabolał najbardziej.
— Wiesz, jak Leo wariuje? Jak przetrząsa każde miejsce na ziemi, byleby cię odnaleźć? Masz pojęcie, jak ważna dla niego jesteś? Najwyraźniej nie. Nie zasługujesz, by ktoś taki tak mocno cię kochał.
Wzięłam spazmatyczny oddech. Błagam Nico, nie...
— Ale masz jeszcze jedno wyjście. Znalazłem cię, więc mogę cię stąd zabrać. Mogę wziąć cię przez cienie, możesz wrócić ze mną do Obozu, do ludzi, którzy naprawdę cię kochają.
Wyciągnął dłoń w moją stronę.
— Po prostu chwyć mnie za rękę. Zabiorę cię do twojego prawdziwego domu.
Nie ruszyłam się z miejsca. Po prostu na niego patrzyłam, czując łzy na policzkach i w gardle. Nie mogłam. Cofnął rękę, zaciskając ją w pięść.
— Okej, zrozumiałem. Baw się dobrze w twoim idealnym świecie.
Wycofał się, znikając w ciemności. Przez chwilę gapiłam się w to miejsce, a potem postawiłam pierwszy krok. Moje nogi były jak z waty, więc przez krótką, absurdalną chwilę, pomyślałam, że się złamią, nie utrzymawszy mojego ciężaru. Nic się takiego nie wydarzyło, więc potykając się, pognałam za nim. Przeciskałam się przez zarośla, deptałam kwiaty i biegłam oślepiona przez łzy.
Ale zniknął równie szybko jak się pojawił. No tak. Cienie.
Upadłam na kolana i pozwoliłam moim łzom płynąć. Szarpałam swoje włosy, próbując wziąć oddech, ale to na nic się zdało. Nie mogłam się uspokoić, nie potrafiłam. Uderzyłam pięścią w twardą ziemię, a obok mnie spod ziemi wypłynął kwiat. I kolejny. Nie dbałam o to, co się działo w około mnie. Tylko o to, co się działo w mojej głowie.
Moje życie było oszustwem. Zwodzona za nos przez cały czas. Potem odnalazłam swój dom i tego nie doceniłam. Poddałam się bez walki, przegrałam bez odniesienia ran. Mogłam zrobić więcej. Mogłam zagrozić samobójstwem. Mogłam odejść, gdy mi to zaproponował. Uciec do kogoś, kto naprawdę mnie potrzebował. Komu naprawdę na mnie zależało.
Możesz mi coś obiecać?Jego głos rozbrzmiał w moich myślach. Zawyłam i uderzyłam się, jednak jego twarz nie zniknęła. Nadal widziałam jego oczy, wpatrzone we mnie. Słyszałam słowa piosenki, które wtedy uniosły się w Bunkrze 9.
Po prostu mnie nie zostaw, okej?Obiecałam. Złamałam obietnice. Byłam nikim. Skuliłam się na ziemi i szlochałam w ciszy, czując, jak całe życie ze mnie ulatuje.
Nie mogłam tego czuć przez cała wieczność, która mnie czekała... Nie mogłam.

sobota, 5 marca 2016

29


Ogród był jednym z piękniejszych, jakie widziałam. Nie rozpoznawałam gatunków drzew, roślin i krzewów ozdobnych, a przecież jako córka bogini rolnictwa i kwiatów powinnam być obeznana. Teraz mnie to nie interesowało za bardzo. Siedziałam przyczajona, ukrywając się za liśćmi, mrużąc oczy, by jak najwięcej zobaczyć w złocistym blasku słońca.
Demeter i Demofont siedzieli na jednej z marmurowych ławeczek, wśród zapachów i kolorów kwiatów. Matka miała uroczy uśmiech przyklejony do twarzy i wydawała się rozluźniona, a on miał uroczo zmierzwione włosy. Siedzieli blisko siebie. Za blisko siebie, zważywszy na to, że ona jest boginią i widzą się tylko raz na jakiś czas.
— Wyrosłeś mój drogi — powiedziała Demeter, gładząc go po dłoni. — Ostatnio gdy cię widziałam, byłeś malutki i mieściłeś mi się w ramionach.
Młodzieniec zaśmiał się. Był to śmiech tak czysty jak woda w górskich rzekach. Czarujący i roztapiający kobiece serca. On sam był chyba tego nieświadomy.
— Tak i prawie mnie zabiłaś, gdy upuściłaś mnie na posadzkę.
Twarz bogini przez chwilę była zasnuta cieniem, ale szybko się rozjaśniła. Uniosła nieco brodę i poprawiła włosy ręką, ale jedną wciąż trzymała na jego dłoni.
— Chciałam, żebyś był nieśmiertelny. Niestety, twoja matka ma okropne poczucie czasu.
— To nie jest niekonieczne — odparł, wzruszając ramionami. — Nieśmiertelność nie jest aż tak ważna.
— Dla mnie owszem. Zasługujesz na to. Twoje rodzeństwo zasługuje. I jeszcze znajdę sposób.
Demofont odwrócił wzrok od twarzy Demeter i skupił się na kwiatach, które rosły praktycznie wszędzie. Zauważyłam parę motyli, które wyglądały, jakby się ze sobą droczyły. Piękne. Po prostu scena idealna. Matka umie zapewnić sobie klimat.
— Nie powinnaś być czasem ze swoją córką, pani? — spytał szeptem, ale jednak to usłyszałam. O, proszę. Ktoś wyciąga asa z rękawa i spławia panią zboża? I temat zszedł na bardziej interesujące tematy.
— Narzeka, że jestem zbyt opiekuńcza. Niech ma w takim razie chwilę wytchnienia.
Żebyś ty mogła migdalić się ze swoim chłopcem idealnym, chciałabym dodać. Kolejnym zresztą. Demofont zaśmiał się cudownie, aż przeszły mnie ciarki.
— Uwielbiam jej ten chart ducha. Dobrze, że ją odnalazłaś.
— Z mężczyzną, którego bym dla niej na pewno nie wybrała — odmruknęła nieco skwaszona. A może tylko udawała. Poczułam macki gniewu, zaciskające się na moim umyśle. A ta dalej kontynuowała. — Mogła mieć każdego, ale popełniła jeden głupi błąd. Zaakceptowałabym kogokolwiek, nawet ciebie!
Chłopak uśmiechnął się tajemniczo i nieco smutno.
— W takim razie musisz kiedyś oddać mi za żonę którąś ze swoich córek.
Demeter spojrzała na niego z lekko rozchylonymi ustami. Zrozumiała, że nie będzie mogła go zdobyć? Czy w końcu ta oczywista prawda do niej dotarła? Coś błysnęło w jej ciemnych oczach, a ręka przestała gładzić jego dłoń i spoczęła na kolanie. Westchnęła.
— Tak, kiedyś tak zrobię. Oddam ci jedną z moich córek, przysięgam na Styks.
Ojej. Chyba powinnam jakoś zareagować, żeby matka nie przyrzekała, bo zniszczy jakieś dziewczynie życie.
— Wszystko, żeby nie była w Podziemiu, z tym nieokrzesanym...
— Matko!?
Wypadłam z krzaków i moje spojrzenie od razu spoczęło na tej dwójce. Udałam zaskoczenie, a potem uraczyłam ich niewinnym i słodkim uśmiechem. I postarałam się, by był sztuczny.
— Nie przeszkadzam może? — spytałam cicho, patrząc bezczelnie na to, jak blisko siedzieli. Demeter nieco odsunęła się od chłopaka, a ten podniósł na mnie wzrok. Uśmiechał się, a w każdym razie próbował to ukryć. Wiedział. Musiał mnie zauważyć i nie powiedział nic.
W chwili, gdy jego wzrok napotkał mój, pisnęłam. Miał niebieskie oczy.
Obudziłam się, zrywając z poduszki. Gdybym była w swoim łóżku w śmiertelnym świecie, na pewno bym z niego zleciała. Jednak ten materac był na tyle duży, by pomieścić całe moje rodzeństwo. Oddychałam ciężko, zaciskając pięści i rozluźniając je. Cholera.
Miał niebieskie oczy. Więc jak, na bogów olimpijskich, miał je teraz złote?
Mogę dodać to do długiej listy pytań, na które nigdy nie znajdę odpowiedzi.
Chrysotemis przyszła do mnie w czasie obiadu, gdy poznałam już większą część swojego apartamentu. Miałam własny basem, cztery jacuzzi, trzy garderoby wielkości domów jednorodzinnych, kilka łazienek i sypialni, wielką bibliotekę, czytelnie, nawet pokoiki z kominkiem i wygodnymi fotelami.
Blondynka musiała mieć niezłego kaca. Jej oczy, choć wymalowane, były lekko zaczerwienione a krok stracił trochę sprężystości. Kolejna ciekawostka do zaliczana bezużytecznych: bogowie i boginie też mogą mieć kaca.
Nie odpowiedziała na pytanie, gdzie podziała się jej przyjaciółka.
Spędziłam już dwa tygodnie w wielkim pałacu, chodząc na bale i "bawiąc się" do północy, a potem odsypiałam do południa. Dokładnie czternaście dni od mojego przybicia, tematyka wieczoru brzmiała "Lata 50". Nie mogłam powstrzymać uczucia ciekawości, bo sama uwielbiałam wszystko co vintage, a filmy z tego okresu były moimi ulubionymi. Leo natomiast twierdził, że to okropna nuda i zasną, gdy oglądaliśmy "Śniadanie u Tiffaniego".
Czasami nie potrafiłam o nim nie myśleć i musiałam robić sobie krzywdę, by odpędzić myśli. Przy towarzystwie gryzłam się w język lub policzek. Gdy byłam sama okładałam się pięścią.
Dziewczęta ubrały mnie w piękną, białą do kolan sukienkę w czarne grochy, która opinała mnie w tali , a później była rozkloszowania. Na szyi dyndały mi perły, zapewne bardziej drogocenne niż całe moje osiedle.
Dla mnie nowością było urządzanie przyjęcia na dworze, bo dotychczas ucztowaliśmy w budynku. Jednak gdy wyszłam na zewnątrz, dech zamarł mi w piersiach. Dosłownie w powietrzu wisiały kolorowe lampiony, a drzewach wisiały złote parasolki. Labirynt był przyozdobiony lampkami oraz ognistymi kulami, które nie robiły nikomu krzywdy. Wielki parkiet do tańczenia błyszczał złotem, a na podwyższeniu grała kapela ubrana w białe garnitury.
Marka od razu mnie dopadła i zaczęła poprawiać włosy i wielką kokardę z tyłu sukienki.
— Dzisiaj będziesz tańczyć — mruknęła, łapiąc mnie za ramię i prowadząc przez tłum. Spojrzałam na nią ze strachem, próbując protestować, ale na nic się to zdało. Popchnęła mnie w objęcia Demofonta, który spojrzał na mnie współczująco i delikatnie ujął za rękę. Uśmiechnęłam się do niego gorzko i mogłam wychwycić błysk rozbawienia w jego oczach. Och, na litość bogów, z czego się tu śmiać? Przecież zmasakruje mu stopy!
Ludzie zaczęli zachęcać nas brawami. Rozejrzałam się nieśmiało dookoła, rejestrując Despojnię z lampką wina w ręce. Nie wyglądała najlepiej.
— Czemu mam wrażenie, że to skończy się tragicznie? — mruknął swoim czystym głosem. Spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami, a on lekko się uśmiechnął. — Nienawidzę tańczyć.
Stanęliśmy na środku parkietu. Jego ręka powędrowała do mojej tali, a drugą trzymał w uścisku. Położyłam dłoń na jego ramieniu, przysuwając się tak blisko, że mogłam wyczuć bicie jego serca. Był nieco ode mnie wyższy, co powitałam z ulgą, bo większość chłopców była niższa lub równego wzrostu.
Gdy pierwsze nuty utworu rozbrzmiały, przejął inicjatywę, a ja mu na to pozwoliłam. Prowadził pewnie, nie robiąc żadnego błędu i płynnie przechodząc z jednej figury do drugiej. Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy mną obrócił.
— Co?— spytał z rozbawieniem w głosie. Tak, faktycznie, nienawidził tańczyć, pomyślałam z sarkazmem. Gdy skończyliśmy, zaczął się kolejny utwór. I kolejny. Wirowałam, czując, jak moje serce ulatuje, jak pewnie czuję się w jego ramionach i ufam im. A potem chwycił mnie za rękę i wyprowadził z tłumu, zręcznie unikając tańczących par i mojej matki. Przyśpieszyliśmy i wkrótce zniknęliśmy w krzewach i kwiatach, a ja mogłam odetchnąć świeżym nocnym powietrzem. Teraz spacerowaliśmy wolno, a ja rozglądałam się dookoła, bo nigdy tu nie byłam. Mnóstwo kwiatów, które zdawały się świecić w ciemności; malutkie, świetlne kule uniosły się w powietrzu.
Lubiłam, gdy byliśmy sami. Bez tej całej pokazówki, którą inicjowała moja matka. Bez wścibskich oczu, które śledzą nasze ruchy. Chwile, gdy zabierał mnie na dach i siadaliśmy, oglądając gwiazdy a on opowiadał mi o gwiazdozbiorach. Nauczył mnie jeździć konno, a ja jego grać w kręgle. Przedwczoraj pływaliśmy łódką po jeziorze i oczywiście ja wpadłam do wody. Takie małe rzeczy sprawiały, że zaczynałam płonąć w sercu malutkim uczuciem sympatii do niego.
Póki się nie uśmiechnął. Jego uśmiech miał coś z uśmiechu Leona, który niejednokrotnie prowokował mnie tak, krzycząc "Nie dasz rady, mała!". Ugryzłam się w policzek i poczułam smak krwi.
— Jak bardzo chcesz stąd uciec? — spytał mnie, wyrywając z wiru myśli. Rozłożyłam ramiona, co miała oznaczać "bardzo". Jego czysty śmiech zabrzmiał w ciemności. — To tak jak ja.
Zamyślił się, gdy podeszłam do kwiatów i zaczęłam wąchać je po kolei. Każdy pachnął wspaniale.
— Zazdroszczę ci — znów zaczął cicho, a ja na niego nie spojrzałam, skupiając uwagę na kwiatach. — Jesteś śmiertelna, pełna życia i nie zmęczona nim. Nieśmiertelność to ciężar, którego nie można zrzucić.
Tym razem na niego spojrzałam, ale jego uwaga nie była skupiona na mnie. Patrzył gdzieś w dal, w punkt, którego ja nigdy nie mogłabym zobaczyć. Zatopił się w wspomnieniach.
— Na co komuś ta cała nieśmiertelność? Wszystkim jest na rękę, mi też przez pewnie czas. A potem to zaczęło mnie męczyć. Śmierć w pewnym sensie jest piękna, wybawia od wszystkiego. Kiedyś na każdego przychodzi czas. Ale nie na mnie.— Tutaj spojrzał na mnie, już się nie uśmiechając. — I jeśli się zgodzisz, na ciebie także. Nie mogę cię obarczyć tak wielkim ciężarem. Nie mogę...
Jego głos się załamał, a on sam zamknął oczy. Podeszłam do niego i delikatnie położyłam dłoń na jego policzku. Złapał ją i przytrzymał po swojej skórze. Czy specjalnie wzbudzał we mnie poczucie winy? Gdy jednak jego wzrok spotkał się z moim, poczułam, że nie byłby do tego zdolny.
— Jeśli chcesz, możesz odejść. Nie mogę robić czegoś wbrew twojej woli.
Chciałam odejść. Chciałam uciec, spakować rzeczy i wyjechać. Najpierw do taty, a potem do Obozu, rzucić się w ramiona Leona, i przeprosić. Boże, tak bardzo chciałam go przeprosić za wszystko, za to że go zostawiłam bez słowa. Powiedzieć, jak bardzo go kocham. Ale znałam cenę. Znałam powód. Przysięga na Styks zostanie złamana pierwszy raz. Przez moją matkę. Nie mogłam na to pozwolić. Jeśli nie mogłam wyjść za mąż z miłości, to przynajmniej z obowiązku. Fakt, że zrobiłam coś ważnego, pocieszał mnie na tyle, że mogłabym poświecić własne życie i wolność.
Nie ruszyłam się więc z miejsca, kręcąc głową.
— Więc zostań ze mną i spraw, by moje życie nabrało blasku, który już dawno zgasł. Wyjdź za mnie.
Wciągnęłam głęboko powietrze. Chwycił rękę, którą trzymałam przy jego policzku oraz ukląkł na jednym kolanie i patrząc mi w oczy, powiedział.
— Wyjdź za mnie. Zgódź się.
Uśmiechnęłam się promiennie i pokiwałam głową. On również się uśmiechnął, na jego twarzy mogłam wyczytać ulgę. Podniósł się, wziął moją twarz w swoje dłonie i pocałował.
Czułam się jak oszustka. Oszukiwałam wszystkich, włącznie z własnym sercem.





Zanim przejdziemy do części o rozdziale, porozmawiajmy o mnie. W poniedziałek miałam pierwszą jazdę. I muszę wam powiedzieć : BYŁAM NIESAMOWITA TAK JAK ZAWSZE. Przynajmniej w moim mniemaniu. Potem w czwartek miałam jazdę drugą i tak bolał mnie brzuch i wszystko mnie denerwowało ( giń, marny okresie!), że pan się chyba cieszył, że przeżył. Powiedział, że nie jeżdżę źle, tylko nie mogę się uspokoić. I nieco się dobiłam. Ale wczoraj znów miałam jazdę i było lukrowo. Zmienianie biegów było idealne, ale gasło mi non stop auto. Głupie sprzęgło. Pan powiedział, że robię postępy, ale jak nie jestem zdenerwowana, to rozkojarzona (prawie spowodowałam wypadek na skrzyżowaniu z ruchem okrężnym, you know. Nie lubię skrzyżowaniu z ruchem okrężnym, tak btw). W środę o 15. znów będę jeździć, więc jeśli mieszkasz w Rzeszowie, wypatrujcie L z Champion. Ostatnio byłam na Baranówce 4. Trzymacie za mnie kucki.
PRZYRZEKAM, ŻE NIEDŁUGO BĘDZIE LEO. I PROMISE. Nie myście, że ja nie tęsknie, bardzo tęsknie za Leośkiem. Co do Leośków: DICAPRIO MA OSKARA! JUHU!
Dziękuje za komentarze. uwielbiam z Wami rozmawiać, to zawsze poprawia mi humor ♥
Do napisania, jeśli przeżyje jazdę x






.
.
.
.
.
.
template by oreuis