sobota, 6 lutego 2016

25




Przewróciłam się na drugi bok, wbijając wzrok w ciemność. Jedyną zaletą bezsennych nocy było to, że w moim umyśle koszmary nie siały spustoszenia. Jeśli znów poczułabym zimne macki śmierci na moim ciele, choćby tylko wyimaginowane, rozpadłabym się na tysiące kawałeczków.
Odgarnęłam koc na bok i chwyciłam swoje trampki. Wcisnęłam je na bose stopy i zawiązałam. Po ciemku, odnalazłam drogę do drzwi, które otworzyły się z cichym skrzypem. Zacisnęłam zęby, modląc się w duchu, by reszta mojego rodzeństwa miała twardy sen.
Noc była ciepła, jasna i gwiaździsta. Ryzykowałam przyłapaniem, ale co mi tam. Odetchnęłam rześkim powietrzem i ruszyłam na samotny spacer. Wybrałam jezioro. Gdy stanęłam na piaszczystym brzegu, poczułam spokój. Fale cichutko szumiały, jakby szeptały kołysankę. Woda zapewne była lodowata, ale miałam przemożną ochotę zanurzyć się w niej i nie myśleć o niczym innym. Zdjęłam buty i poczułam piasek pomiędzy palcami. Westchnęłam z rozkoszy, przymykając oczy. Bryza owiewała mi twarz, odrzucając kosmyki włosów do tyłu.
Poczułam zapach kwiatów i pszenicy.
— Musimy porozmawiać — odezwał się spokojny głos. Odwróciłam się na pięcie i ujrzałam swoją matkę. Była ubrana z złocistą, długą suknie lśniąca w świetle księżyca, włosy splecione w długi warkocz i bransolety pokrywające jej nadgarstki. Przełknęłam ślinę
~ Co ty tutaj robisz? To znaczy... czemu ty...
Kobieta westchnęła i podeszła do mnie, wydymając usta.
~ Chciałam porozmawiać z tobą i z twoim ojcem, ale uciekłaś z dostawcą truskawek ~ zadrwiła, a ja zacisnęłam mocniej dłonie na trampkach, które nadal trzymałam.
~ Masz ochotę na spacer? ~ spytałam, starając się ukryć rozgoryczenie, co chyba mi nieźle wyszło, bo zaczęłyśmy wolno iść piaszczystym brzegiem.
~ Wydaje ci się, że byłabyś już gotowa? ~ spytała z troska w głosie. Gdy nic nie odpowiedziałam, zirytowała się ~ Mackenzie, to poważna sprawa. Nie zachowuj się jak dziecko.
Ja nadal jestem dzieckiem, chciałam jej odpowiedzieć. Nie jestem gotowa na to, czego ode mnie oczekujesz.
~ Myślę, że tak. Jeśli tak wiele od tego zależy...
~ Mogłabym go jeszcze powstrzymać, ale nie wiem jak długo. I tak już jest poirytowany, bo myślał, że nie dotrzymam słowa. Ale jeśli czujesz, że to nad twoje siły, to...
~ Nie zawiodę cię ~ przerwałam jej ostrzej, niż zamierzałam. Nie chciałam za nic jej ulec, miałam ochotę płakać i błagać, by mnie tym nie obarczała. W duchu byłam zbuntowana.
~ Czuję twoje emocje, Mackenzie ~ powiedziała chłodno. ~ Myślisz, że możesz oszukać boginie? Nie jesteś wystarczająco silna. Zresztą, i tak musisz to zrobić. Nie masz wyjścia.
Podniosłam na nią zaszklony wzrok, po raz pierwszy patrząc prosto w oczy. Jej ciemne tęczówki nie mieniły się wesołym blaskiem, lecz były zimne i surowe. Natura też czasem taka bywała.
~ Czemu mnie o to prosisz? Czemu ktoś inny nie mógł mi...
~ Gdy tylko cię zobaczyłam, wiedziałam, że to ty będziesz tą szczęściarą. Wiesz, ile otrzymasz? Śmiertelnicy pragnęli tego od wieków, a ty dostaniesz to za nic.
~ Ale ja tego wcale nie chce ~ zawyłam w jej myślach, a ona skrzywiła się. Zbliżyła swoją twarz do mojej. Była tak blisko, że czułam jej ciepły oddech na ustach.
~ Jeśli się mi sprzeciwisz, konsekwencje będą okrutne. I obiecuje, że nie dla ciebie. Zmuszę cię, jeśli będę musiała. To dla twojego dobra, Mackenzie. Zrozum to.
Jeśli chcesz mojego dobra, to zostaw mnie w spokoju, chciałam odwarknąć. Ale tylko wytrzymałam jej spojrzenie, starając się nie rozpłakać. Nie chciałam być tą szczęściarą, o której mówiła.
~ Dzisiaj musimy ruszyć. Pójdę do Chejrona i go o tym powiadomię, a ty zaczekaj na mnie przed domkiem. Zrozumiałaś?
Pokiwałam głową. Demeter zniknęła w chmurze kłosów i kwiatów, a ja nadal gapiłam się pusto w przestrzeń. Nie czułam już nic. Przegrałam. Nic się teraz nie liczyło. Założyłam trampki i skierowałam się w stronę Domku 4. Po co z niego wychodziłam?
Usiadłam na schodach. Dwie pojedyncze łzy spłynęły po moich policzkach. Nie miałam siły nawet płakać. Spojrzałam na Domek Hefajstosa, który tonął w mroku. Powoli się podniosłam i skierowałam w jego stronę, łamiąc przyrzeczenie dane matce. Nie mogłam wyjechać bez pożegnania. Bez wyjaśnienia dlaczego... Pękło by mi serce.
Usłyszałam hałas za moimi plecami. Błyskawicznie dotknęłam diamentu w pierścieniu, który zamienił się w miecz, urokliwie odbijający światło gwiazd. Zmrużyłam oczy, próbując przeniknąć czerń nocy, co nie było takie proste, mimo księżyca wiszącego nad moją głową. Dopiero, gdy dostrzegłam kto to, opuściłam broń, która znów zamieniła się w pierścień.
Rachel?
Dziewczyna przewróciła się. Tęsknie spojrzałam w stronę domu Hefajstosa i ruszyłam w jej stronę. Gdy do niej dotarłam, pisnęłam z przerażenia.
W oczodołach rudowłosej błyskały same białka. Paznokciami ryła w ziemi, jakby rozpaczliwie próbowała utrzymać się w tym świecie. Najgorsza była jednak zielona mgła wydobywająca się z jej nosa i ust. Krztusiła się nią i brała urywane oddechy, które nic nie pomagały. Kucnęłam przy niej i dotknęłam twarzy. Była zimna jak lód.
Spanikowałam. Tylko jedna osoba wiedziała, co teraz powinno się zrobić i szczęśliwie znajdowałyśmy się przy jej domku. Pewna, że Rachel nie ruszy się z miejsca, wstałam i rzuciłam się w stronę domku Posejdona. Drzwi nie były zamknięte. W jednym podskoku dotarłam do jego łóżka i zatrzymałam się. Jego ciemne włosy uroczo sterczały we wszystkie strony, a usta miał rozchylone. Poczułam ukucie żalu, że muszę go budzić i niszczyć ten idealny obrazek. Złapałam go za ramię. Jego morskie oczy się otworzyły i w jednym momencie już siedział na mnie okrakiem, przyciskając do poduszki obie dłonie. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, co robi.
— Mackenzie? Co ty...
Zepchnęłam go z siebie i chwyciłam na nadgarstek, pociągając za sobą. Bycie niemową jest bardzo uciążliwe, bo nie mogłam krzyczeć "Rachel umiera, idioto!". Zaskakujące jet to, że mi się nie opierał. Może dlatego, że nie do końca kontaktował ze światem.
Gdy jednak zobaczył Rachel, rozbudził się w jednej chwili. Podbiegł do niej i dotknął jej twarzy.
— Rachel? — krzyknął,  potrząsając nią. Przywołał wodę z fontanny i chlasną w jej twarz. To jednak nie przyniosło oczekiwanego skutku. Patrzyłam załamana, jak bierze ja w ramiona i biegnie w stronę Wielkiego Domu. Po chwili wahania, ruszyłam za nim. Gdy tylko zrobiłam trzy kroki, usłyszałam głos.
— Mackenzie!
Odetchnęłam spazmatycznie. Moja matka wyciągała ku mnie rękę, stojąc przy swoim domku. Podeszłam do niej wolno, pełna strachu. Chwyciłam jej dłoń, obrzuciłam tęsknym spojrzeniem domek Hefajstosa. Pomyślałam tylko o tym, co by powiedział, gdybym go obudziła w środku nocy. Coś w stylu:
— Mała, nie wiedziałem, że jesteś taka niegrzeczna...
Poczułam łzy w gardle na myśl, że nigdy go już nie przytulę i zniknęłam w chmurze kwiatów i kłosów razem z Demeter.

Ta daaam! Czekam na teorie spiskowe. 
Zapraszam na snapchat: cinnamonlly ( instagram taki sam :) ), gdzie będę publikowała spojlery. I dokuczała Wam. Będzie zabawnie.
I nie bijcie za mocno. Zostawcie siły na późniejsze rozdziały. Yep.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis