sobota, 27 lutego 2016

28



Jeszcze raz musiałam przejść wszystkie zabiegi, gdyż jak stwierdziła Despojnia, ciało śmiertelniczek jest okropnie zdeformowane. Gdy tylko się odwróciła, przewróciłam oczami tak gwałtownie, że aż mnie zabolało. Nimfa, która akurat podawała mi szlafrok, zachichotała.
Ubrano mnie w długą suknie w stylu greckim. Wisiała tylko na jednym ramieniu, skąd srebrne diamenciki zdobiły linię materiału aż do lewej pachy. Biały rękaw był rozcięty, odsłaniając lewe ramię i kończył się na na wysokości łokcia, gdzie materiał został zebrany. Prawa ręka pozostała naga. W tali z takich samych diamencików obściskiwał mnie pas, wysmuklając i tworząc prawie idealną klepsydrę. Suknia była dość dopasowana i tylko od wysokości kolan zaczęła się nieco rozszerzać. Moje włosy ułożono w miękkie fale i puszczono swobodnie na plecy, makijaż był delikatny, tylko usta podkreślono kolorem nude, który zadziwiająco do mnie pasował. Założono mi ostrożnie srebrne sandałki na obcasie. Nie dodano biżuterii, prócz długich, diamentowych kolczyków. Chrysotemis wyrzuciła też mój pierścień i dostałam po łapach, gdy zaczęłam się z nią szarpać. Dodatkowo zostałam skropiona perfumami, pachnącymi jak wanilia.
Czułam się, jakbym już miała iść do ślubu.
Zostałam usadowiona na wielkim krześle z oparciem. Złożyłam ręce na kolanach, by nikt nie zauważył, jak mi drżą. Despojnia stanęła nade mną i władczo spojrzała. Była ubrana w złotą, połyskującą suknię, a włosy spięła w wymyślny kok, co nadało jej królewskich rysów. Chrysotemis siedziała na kanapie w zasięgu mojego wzroku, ubrana w granatową suknię, rozpuszczone włosy i oglądała paznokcie, w ogóle się mną nie interesując.
Brunetka nachyliła się nade mną i położyła ręce na oparciu, więc gdybym chciała uciec, musiałabym ją brutalnie odepchnąć. Wbiła we mnie te swoje morskie oczy, przewiercając mnie na wskroś.
— Wiesz co masz robić — powiedziała cicho. Nie musiała krzyczeć, rozumiałam ją doskonale. — Nie wolno ci popełnić błędu. Nie patrz mu w oczy. Trzymaj się na uboczu, nie wpadając w wir osób. Albo siedź przy stole z matką lub trzymaj się z nami. Nie wychodź nigdzie sama. A przede wszystkim nie próbuj wedrzeć się w jego myśli.
~ Zrozumiałam. Będę grzeczna.Mięsień pod jej okiem drgnął, lecz nie skrzywiła się, choć miała na to ochotę. Zwróciła się do mnie jeszcze ostrzej.
— To niebezpieczna gra. Nie próbuj zmieniać zasad, bo nie skończy się tylko na Podziemiu.
Groziła mi. Ale co miałam zrobić? Pozwoliłam jej na to, spuszczając wzrok i dając jej satysfakcje.
— Matka cię przedstawi. I pamiętaj, nie patrz mu w oczy.
Jak na zawołanie drzwi komnaty otworzyły się i stanęła w nich Demeter. Jej włosy splecione były w kok ze złotymi nićmi, suknie miała koloru płatków jabłoni i płaszcz tak zwiewny i delikatny, że wydawał się być mgłą. Jej nadgarstki zdobiły złote bransolety. Każdemu, kto na nią spojrzał, zaparłoby dech w piesiach. Mnie jednak to zbytnio nie obchodziło. Moje serce zaczęło gwałtownie bić, wybijając rytm i odliczając sekundy do utraty wolności.
Gdy bogini na mnie spojrzała, jej rysy złagodniały, a w oczach zalśnił błysk troski. Wyciągnęła do mnie rękę. Wstałam powoli, nie będąc pewna, czy nogi utrzymają mój ciężar. Wytrzymały. Chwyciłam ciepłą dłoń bogini, a ta uścisnęła ją, dodając mi odwagi. Pamiętałam, że nie robiłam tego dla siebie. Taki był mój obowiązek, a skoro nie mogłam do tego uciec, spróbuje jej nie zawieść i jak najlepiej się sprawdzić.
Chrysotemis i Despojnia stanęły po naszych bokach, niczym parodiowa eskorta. Gdy moje spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem blondynki, ta łagodnie się uśmiechnęła. To był pierwszy, tak ludzki gest, jaki u niej zauważyłam. Szepnęła powodzenia, kiedy nimfy pchnęły drzwi apartamentu i razem ruszyłyśmy na przyjęcie. Stawiałam kroki pewnie, idąc wyprostowana i z podniesioną głową. Moje uczucia nie były teraz ważne, przeciwnie, całkowicie się ich pozbyłam. Nie czułam nic. Kompletnie nic. Szliśmy dobrą chwilę, a ja zaczęłam się zastanawiać, jak ogromny jest ten budynek. Sama droga przez kosztowne i bogato zdobione korytarze zajęła nam dziesięć minut, zanim do moich uszu dobiegły pierwsze dźwięki przyjęcia.
Zbliżałyśmy się do otwartych drzwi, mijając kobiety i mężczyzn, elegancko ubranych i zerkających na nas, a potem tłumiących śmiech. Wiedzieli. Oni wszyscy wiedzieli. Demeter gestem dłoni rozkazała mi stanąć za sobą, co też zrobiłam, i natychmiast boginie, które towarzyszyły mi przez ten dzień, pojawiły się u mojego boku. Demeter ruszyła przed siebie, pewnym krokiem, a inni się przed nią rozstępowali. Widziałam, jak dociera do celu. Jak kłania się a następnie podaje rękę do ucałowania. Potem rozległ się jej głos, czysty i donośny, a moje serce zaczęło szaleńczo bić, krew odpłynęła z twarzy, a w głowie zaczęło się kręcić.
— Panie, zgodnie z obietnicą, chce ci przedstawić moją córkę, Mackenzie.
Dziewczyny ruszy, a ja po chwili otępienia i dezorientacji, zrobiłam to samo, pochylając pokornie i niewinnie głowę. Wkroczyłam w krąg światła, niemal rażący, mijając boginie i bogów, których imion nawet nie znałam. Gdy stanęłam przy mojej matce, ukłoniłam się z gracją. On wyciągnął dłoń, a ja położyłam na niej swoją. Jego usta musnęły moją skórę.
Leo Valdez, do usług panienki.
Nic nie powiedział, a ja zablokowałam tysiące myśli, który wbrew sobie miałam w głowie. Ciekawość zwyciężyła i podniosłam głowę, napotykając spojrzenie jego pięknych, złotych tęczówek.
Okropnie się zawiodłam. Chciałam, żeby był gruby, śmierdział i zaczął łysieć. Mogłabym go wtedy nienawidzić z całego serca, mogłabym był królową lodu bez serca i odrobiny wrażliwości. Ale on był po prostu piękny. Doskonale zbudowany, ze skórą o jednakowym odcieniu z opalenizną, ciemnymi włosami, pełnymi ustami, które chciało się całować i niezwykłymi, złotymi oczami, schowanymi za ciemnymi i gęstymi rzęsami.
W chwili skrzyżowania się naszych spojrzeń, mogłam wyczuć iskry, które pomiędzy nami przebiegły. Gdy tylko to sobie uświadomiłam, uśmiechnęłam się lekko, a on zrobił to samo. Wtedy wyczułam aurę Demeter, jej spięcie i złość, że złamałam zakaz. Spuściłam wzrok, zawstydzona i poczułam, jak policzki zaczynają mi się robić różowe.
— Mackenzie — powiedziała moja matka, zezując na nasze dłonie, które nadal były połączone. — Poznaj Demofonta, twojego wybranka.


Chrysotemis i Despojnia dopadły mnie przy wejściu na taras, gdzie czaiłam się i próbowałam przestać istnieć, bo wszyscy się na mnie bezczelnie gapili. Prawdopodobnie byłam tutaj jedynym herosem, marnym, ale jednak półbogiem. Nie płynął we mnie tylko ichor. Już i tak czułam się tym zażenowana, bez tej całej pokazówki.
Rozpoznałam tylko jedną boginię. Persefona tu też była, w kręgu adoratorów i dwórek, i raczyła ich opowieściami, po czym wszyscy wybuchali śmiechem. Gdy siadałam przy stole, zerknęła na mnie i pomachała mi z gracją. Zrobiłam to samo, po czym szybko usiadłam pomiędzy Demofontem i Demeter.
Dziewczęta chwyciły mnie pod ramiona, każda po jednej stronie i wyciągnęły mnie zza bukietu pięknych, złotych róż. Zaczęłyśmy spacerować po wielkiej sali zastawionej stołami, kanapami, barami i wielkim parkietem do tańca, wielkością podobnym do tego, na którym sama się tego uczyłam. Tutaj też była mozaika, lecz tym razem zdawała się być ułożona tylko z bursztynów. I miałam przeczucie, że to prawda. Tak samo jak w moich pokojach, królowało tu złoto i biel. Boginie uśmiechały się do wszystkich, ja ja szłam ze spuszczoną głową.
— Szkoda, że tego nie mogłaś zobaczyć — zapiszczała Chrysotemis.  — Gdy na siebie spojrzeliście, to było coś.
— Jestem pewna, że zobaczyłam iskry — odezwała się Despojnia, puszczając buziaka do jednego z bogów.
— Oczywiście załamałaś zasady, ale mu się to chyba spodobało. Nie odrywa od ciebie wzroku — dodała Panna C.
— Szczęściara — westchnęła brunetka, poprawiając włosy. — On jest wspaniały, sama bym go sobie wzięła, gdybym mogła.
Trajkotały jak szalone, a ja byłam ciekawa, ile wina wypiły, żeby ten chłód, którym mnie raczyły od początku, zniknął. Jak spod ziemi zmaterializowała się ciemnowłosa kobieta i spojrzała surowo na dziewczęta.
— Zostawcie ją. Muszę z nią porozmawiać — rozkazała Persefona, a boginie puściły moje ramiona ze skwaszonymi minami. Gdy odchodziły, Chrysotemis pokazała jej jednoznaczny gest palcem. Persefona pstryknęła palcami i natychmiast pojawiła się nimfa z tacą. Podała mi szklankę z przezroczystym płynem, a dla siebie wzięła złoty napój, który był nektarem. Pociągnęła łyk i przyjrzała się mi uważnie.
— Pij — powiedziała. — To zwykła oranżada.
Przyłożyłam swoje idealnie wymalowane usta do szklanki i przechyliłam ją.
— Zaskoczyłaś mnie. Nie wypiłaś nawet łka. Gdyby mi matka wykręciła taki numer, spiłabym się do nieprzytomności i narobiła jej wstydu — skwitowała bogini. Zamrugałam zdezorientowana. To będzie siostrzana pogawędka?
— Jak się czujesz? — spytała z nutą troski. — Jak dobrze na dziewczynę, która jest zmuszana do małżeństwa? W skali jeden do pięciu.
Pokazałam trzy palce. Jak na razie było dobrze, póki nie zmuszą mnie do tańca. Ale jak zauważyłam, Demofont też nie tańczył, więc mogłam odetchnąć z ulgą. Chyba, że Demeter coś wykombinuje.
Persefona uniosła brwi, ale nic nie powiedziała i upiła kolejny łyk nektaru.
— Ciesz się wolnością póki możesz. Matka będzie chciała to jak najszybciej zakończyć. Proponuje ci zapomnieć o twoim dawnym życiu, które ci nagle odebrano. Wtedy nie będzie cię to aż tak boleć.
Spojrzałam w jej oczy i dostrzegłam ból, tak stary, że sama go sobie nie wyobrażałam. Pomyślałam, że ta rada była skierowana bardziej do Persefony, niż do mnie.




Moim ostatnim słowem, zanim zakopiecie mnie żywcem i nie skończy się to dla mnie tylko na Podziemiu, to wskazówka: przypomnijcie sobie mitologiczny powód wybuchnięcia wojny trojańskiej :)

sobota, 20 lutego 2016

27


Gdybym powiedziała, że spało mi się okropnie, skłamałabym. Nawet sen dotyczący Persefony nie był tak męczący, przeciwnie, sprawił mi niejaką satysfakcje. Bogini wrzeszczała na swoja matkę, by przestała ją i kontrolować i traktować jak siedmioletnie dziecko. Miała gadane.
Gdy się obudziłam, ale jeszcze nie otworzyłam oczu, poczułam rześki powiew powietrza na twarzy, a do moich nozdrzy dobiegł zapach kwiatów. Pewnie Katie otworzyła okna i kazała być cicho, żeby mnie nie zbudzić. Moje rodzeństwo było rannymi ptaszkami a ja uwielbiałam się wylegiwać. Pewnie obudzą mnie, gdy będą wychodzić na śniadanie, żebym nie przegapiła posiłku i nie grymasiła.
A potem otworzyłam oczy i czar, że jestem w Obozie Herosów, pęk niczym mydlana bańka. Albo jak moje serce.
Czułam się tak, jakbym patrzyła na śnieg w słoneczny i piękny dzień. Biel raziła w oczy. Potrzebowałam kilka długich chwil, żeby się przyzwyczaić, mimo tego, że sama w pokoju miałam takie same ściany. Tutaj tego koloru było w nadmiarze. Półprzytomnie się rozglądnęłam po pomieszczaniu. Ktoś odsunął zasłony utkane ze złotych nici i pootwierał okna. Słyszałam szum drzew, śmiechy i czułam chłód poranka. Niebo było zasnute chmurami, co utożsamiało mój humor. Bosko. Ktoś położył tace ze śniadaniem na niskim stoliku po mojej prawej stronie. Stała tam filiżanka kawy — zbyt mała filiżanka, jeśli już chce narzekać — która pachniała niesamowicie aromatycznie, francuski rogalik i mała miseczka owsianki. Przecież ja tym się nie najem! Jak później będę mogła powalić w walce na miecze Leona, skoro...
Moje oczy zapiekły. Zaczęłam szczypać się po rękach, by dać upust swoim emocjom, i nie rozpłakać się. Już nigdy go nie zobaczę. Już nigdy nie zobaczę nikogo znajomego. Nie przeżyję, jeśli nie będę mogła widywać się z tatą. Nie potrafię zapomnieć... Dotknęłam mojego palca serdecznego, tak jak zawsze gdy jestem zdenerwowana, ale wiedziałam, że pierścienia tam nie będzie. Został w domku, na szafce nocnej, ponieważ czyściłam ostrze, a później zapomniałam go włożyć, bo śpieszyłam się na kolacje. Także moje serce zabiło z radości, gdy wyczułam zimno diamentu. On tu był. Leo zadbał, by nie stała mi się krzywda, nawet na odległość. Westchnęłam spazmatycznie i podniosłam się do pozycji leżącej. Zaburczało mi w brzuchu i mimo obrzydzenia przysunęłam się bliżej złotej tacy z moim posiłkiem. Dopiero teraz zauważyłam małą karteczkę leżącą na środku. Czyjaś sprawna ręka wypisała krótką wiadomość do mojej osoby.

Zjedź całą owsiankę.

Gapiłam się bezmyślnie na miseczkę, zastanawiając się, kiedy przestanie mi ona przypominać o moim rodzeństwie. Juliet upominała Justina identycznymi słowami, gdy miał napad braku apetytu. Wtedy na siłę otwierała mu usta, łaskocząc, a ja próbowałam trafić łyżką do jego dziecięcych ust. Gdy pierwszy raz to robiłam, miska z owsianką wylądowała na mojej głowie. Oczywiście Leo śmiał się najgłośniej.
Uderzyłam się płaską dłonią w policzek, aż zapiekło. Chwyciłam za rogalik i zaczęłam go żuć, uparcie przekonując siebie, że jest suchy a kawa jest obrzydliwa. W rzeczywistości ciasto rozpływało się w ustach a mój ukochany napój był pozbawiony typowej goryczy, ciemny i gęsty. A potem wzięłam się za owsiankę, bo rogalik był wielkości mojego najdłuższego palca a filiżanka naparstka. Można by powiedzieć, że mnie głodzą.
Gdy kończyłam owsiankę, weszły moje nowe wizażystki, wyglądając tak perfekcyjnie, że miałam ochotę je uderzyć. Panna D. spojrzałam na mnie z podniesionymi brwiami, a jej przyjaciółka ze zmrużonymi oczami.
— Jeszcze się nie przygotowałaś? — spytała ta druga. — Dochodzi jedenasta.
Wzruszyłam ramionami i odstawiłam niedokończoną owsiankę. Na ich widok apetyt mnie opuścił. Brunetka klasnęła w dłonie, a wtedy do pokoju wpadły nimfy, kłaniając mi się. Wstałam, a one podały mi szlafrok i miękkie kapcie. Dobra, może jestem niemową i jakaś tam część w dokumentach może jest oznaczona dopiskiem "niepełnosprawna", ale bez cholernej przesady! Nimfy zaprowadziły mnie do ogromnego pomieszczenia, pełnego ubrań, torebek, butów, biżuterii... Dzieci Afrodyty zrobiły by wszystko, by teraz zamienić się ze mną miejscem. A ja bym im z radością ustąpiła.
Zostałam ubrana w strój sportowy od Victoria's Secret, który pewnie był wart więcej niż wszystkie urania w mojej śmiertelnej garderobie i wyprowadzona z pokoi. Szliśmy szybko aż do windy. Wtedy tylko dwie nimfy weszły ze mną do małego pomieszczenia, naciskając guzik. Ruszyliśmy do góry. Potem znów korytarzem. W prawo. W lewo. I do wielkich drzwi. Gdy weszłam do pomieszczenia, zaparło mi dech.
Dach był przeszklony, więc widziałam każdą majestatyczną chmurkę na niebie. Na ścianach wisiały obrazy, a pomiędzy nimi znajdowały się lampy i lustra. Podłoga była jedną wielką mozaiką, przypominająca fale morskie, wypolerowaną na błysk i wyglądającą naprawdę realistycznie.
Na środku pomieszczenia czekały Despojnia i Chrysotemis, obie w strojach sportowych, idealnie dobranych do figury i cery. Przełknęłam ślinę i ruszyłam w ich stronę, wyprostowana i próbowałam się nie zabić na wypolerowanych kamieniach.
— Nauczymy cię paru podstawowych kroków, żebyś nie zbłaźniła się na dzisiejszym przyjęciu — zaczęła brunetka.
~ Czekaj, co? Jakim przyjęciu? ~ spytałam zdezorientowana, nie kontrolując tego i posyłając moją myśl w jej stronę. Despojnia zrobiła wielkie oczy i zakrywała usta dłonią, by krzyk nie wydobył się z jej gardła.
— Jak to zrobiłaś? — spytała zaintrygowana, gdy w końcu się opanowała.
— Co zrobiła? Przecież nic nie zrobiła — odpowiedziała jej Chrysotemis, lekko zirytowana i poprawiła kucyk na środku głowy.
~ Nie wiem. Tak po prostu. Demeter mnie nauczyła ~ odparłam beznamiętnie, tym razem z niemałym wysiłkiem posyłając myśl do obu dziewcząt. Blondynka zesztywniała i spojrzała ze strachem na Despojnie. A potem zwróciła się do mnie.
— Nigdy nie wolno ci tak zrobić z innymi, szczególnie z nim — powiedziała niezwykle poważnie, utkwiwszy we mnie oczy koloru gorzkiej czekolady.
~ Dlaczego?
— Bo nie! — krzyknęła, tupiąc nogą. — Matka niczego ci nie wytłumaczyła? Nie jesteś świadoma tego, jak twoje nędzne, śmiertelne ciało jest dla niej ważne?
Spuściłam wzrok na swoje buty sportowe. Owszem, wytłumaczyła. No i co z tego?
— Weźmy się lepiej za taniec — odpowiedziała słabo Despojnia, wyprostowując się i znów emanując pewnością siebie.
Gdybym powiedziała, że było wspaniale, to byłoby zbyt duże kłamstwo. Miałam dwie lewe nogi, a jedyne co tańczyłam, to były podskoki na dyskotekach i kręcenie się w kółko z Leonem, stąpając wszystkim na stopy, co stało się niejaką modą i tradycją ognisk. Oczywiście "tańczyliśmy" w dość dużej odległości od ognia, bo panikowałam, gdy znalazłam się zbyt blisko płomieni. Tak czy siak, do mojego apartamentu wróciłam cała mokra, ciągnięta przez trzy nimfy, bezbożnie rozebrana i wrzucona do wanny pachnącej kawy. Potem do mleka. I gorącej wody. Czekałam tylko, aż dodadzą cukier i zostanę posiadaczką największej wanny z kawą na świecie!
Dostałam też nieco ambrozji. W obozie były to batoniki, ale tutaj miały formę kuleczek przyprószonych złotem, coś na kształt Ferrero Rocher. Moje zmęczenie znikło. Zostałam wprowadzona do pokoju ze stołem, kominkiem i miękkim dywanem. Poinformowano mnie tam, żebym zjadła, odpoczęła. A później po mnie przyjdą.
Zjadłam bez żądnej energii życiowej i choć jedzenie było wyśmienite, nie potrafiłam się nim cieszyć. Byłam zbyt przybita, by oglądać komnaty, tak więc po dziesięciu minutach poszukiwań odnalazłam swoją sypialnie i usiadłam na wielkim parapecie przy otwartym oknie. Moim oczom ukazały się rozległe zielone tereny, ogrody z fontannami, a dalej na horyzoncie — góry. W żywopłocie bawiły się nimfy, ubrane w długie do ziemi spódnice i zwykłe, różnokolorowe T-shirty. Zaraz... Zmrużyłam oczy i dostrzegłam na przodzie koszulki jednej z nich logo zespołu 5 Seconds Of Summer. Uśmiechnęłam się pod nosem. Może jest nadzieja dla tego miejsca.
Teraz, gdy miałam chwilę dla siebie, mój umysł zaatakowały myśli. Co teraz dzieje się w Obozie Herosów? Szukają mnie? Czy Chejron się wygadał, gdzie jestem? Co stało się z Rachel? Mówili, że zielona mgła oznacza Ducha Delf... Czyżby Apollo powrócił do łask? Skoro tak, dlaczego rudowłosa tak zareagowała? I czemu wybaczono boskiemu bliźniakowi? A co z moim tatą? Czy Demeter mu wyjaśniła?
I jeszcze jedno słowo gościło w mojej głowie. Imię. Leo. Leo. Leo. Leo. Leo. Leo. Leo. Leo. Leo. Leo.
Spanikowałabym, gdy dotknęłam palca a pierścienia tam nie znalazłam. Teraz wiem, że on pojawia się przy mnie jak długopis Percy'ego. To byłoby zbyt straszne, gdybym znalazła się w miejscu pełnym bogów, bez jakiejkolwiek broni. Mimo tego, że byłam beznadziejnym herosem, obecność miecza mnie uspokajała. Miałam być zawsze uzbrojona, jak przypominał mi Percy. Mimo tego, że Mgła, która mnie otaczała, był tak gęsta, że potwory mnie nie widziały. Co teraz działo się tam, jakieś setki kilometrów od tego miejsca? Czy Leo zagląda pod moje łóżko w Domku numer 4 i zirytowany krzyczy "Wyłaź mała! To wcale nie jest zabawne!"?
Nieświadomie, pukając paznokciem o diament w pierścieniu, wystukiwałam pierwsze słowa, które nauczyłam się w języku Morse'a. Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię.
Siedziałam tak nieruchomo, wpatrując się w horyzont, dopóki drzwi się nie otworzyły i godzina, do której miesiącami przygotowywała mnie Demeter, zbliżyła się nieuchronnie za szybko.


Być posiadaczką największej wanny z kawą a świecie...
Okay, wiem, że nie wiecie o o chodzi. Jak a to pisałam, też nie wiedziałam, o co chodzi... Dopiero następny rozdział będzie przełomowym. Dowiemy się, czemu Kenzie jest tak potrzebna Demeter... Albo inaczej: co Demeter dla niej zaplanowała.
Tęsknie za Leosiem w rozdziałach. I za moim tró Lenzie, nie tylko w myślach. Pocieszam się tym, że niedługo odwalą taki odpał (wolno mi tak mówić?), że psychicznie nie podniesiemy się aż do drugiego tomu.
Ci, którzy mają snapchata wiedzą trochę więcej. A więc: tak, mam rozpisany drugi tom i pewnie drugi tydzień ferii spędzę pisząc, ponieważ mam testy alergiczne na plecach i mam zakazana aktywność fizyczną. Już chce to widzieć, pf.

sobota, 13 lutego 2016

26


Porwał mnie wir kwiatów, pszenicy i skoszonej trawy. Powinno być przyjemnie, prawda? Nie było.
Harry Potter opisywał teleportacje, jako uczucie napierania, które pozbawia tchu i zaciska obręcz na klatce piersiowej. Trochę jak przepychanie przez gumową rurę. Byłam więc ekspertem w tych sprawach, bo Pottera znałam na wyrywki, więc gdy złapałam rękę bogini, wiedziałam, co nastąpi. Przynajmniej miałam taką nadzieję. No i się pomyliłam.
Zapach kwiatów jest piękny. Jak wąchasz każdy kielich po kolei. No więc tutaj tak nie było. Woń zaatakowała mój nos, powodując katar i zawroty głowy. W ustach czułam smak ziemi i trawy, barwy kuły mnie w oczy i tysiące konarów zaczepiało się w moje włosy, jakby przez czaszkę próbowały się dostać do mojego mózgu.
I nagle tak szybko, jak to się zaczęło, tak szybko skończyło.
Nie obchodziło mnie to, gdzie się znalazłam. Chwyciłam najbliższą misę owoców, wysypałam je i zwymiotowałam do naczynia.
Wyrzygałam z siebie ostatni posiłek, jaki jadłam w Obozie Herosów. Super. Nawet to mi zabrała.
Otarłam usta wierzchem dłoni i kątem oka zauważyłam minę bogini pełną obrzydzenia. Po chwili jej czoło się wygładziło, delikatne rysy wróciły, a ona tylko westchnęła z bezradności.
Drzwi się otworzyły. Do pomieszczenia weszły dwie dziewczynki, nie wyglądające na więcej niż piętnaście lat. Gdy nas zobaczyły, przestały się śmiać a ich radość zniknęła pod maską uznania i lekkiego zaskoczenia. Ukłoniły się mojej matce, traktując mnie jak powietrze. Demeter wyprostowała się i założyła ręce na piersi. Kiedyś miałam ją za lekko świrnięta na punkcie owsianki kobietę, tak jak głosiły obozowe legendy. Nieszkodliwą. Nie mogłam się bardziej pomylić, co udowodniła mi jej postawa. Biła z niej dumna i władza o takiej silę, że miałam ochotę schować się pod dywan. Skinęła na nie, a one podeszły z podniesioną głową. Szepnęła dziewczętom coś na ucho, a one kiwnęły ze zrozumieniem. I dopiero spojrzały w moją stronę. Zacisnęłam dłonie, widząc kolor oczu jednej z nich. Jej tęczówki były identyczne jak Percy'ego. Przeszedł mnie dreszcz. Rozpoznałam również ten sam zarys ust. Nie żebym patrzyłam się Jacksonowi na usta. Włosy mała jednak kasztanowe, w które były wplecione złote nitki. Miała na sobie białą, obcisłą suknie do ziemi i biżuterie wartą pewnie więcej, niż wszystkie obrazy w nowojorskich galeriach. Jej towarzyszka miała długie, kręcone złote włosy i ciemne oczy. Była jednak ubrana w krótka sukienkę, również białą i wysokie obcasy. Tak jak przyjaciółka nosiła mnóstwo biżuterii. Jezu, jak mogły się nie garbić z taką ilością naszyjników ze złota?
Ciemnowłosa klasnęła w dłonie i pojawiły się smukłe dziewczęta o prawie przezroczystej skórze i zielonych oczach. Wyrwały mi miskę z rąk i zaczęły popychać w stronę drzwi. Spojrzałam na matkę, która kiwnęła głową i razem z dwójką bogiń — jak się domyśliłam — ruszyła przodem. Przeszłyśmy szybkim krokiem przez piękny korytarz. Nie było mi dane podziwiać wszystkich kosztowności, bo natychmiast została wepchnięta do wielkiego pomieszczenia, które mogło konkurować rozmiarami z Bunkrem 9.
Wszystko było utrzymane w kolorystyce bieli i złota. Na ciemnych panelach leżały miękkie dywany, w których miała ochotę zanurzyć twarz. Stały tutaj niezliczone na pierwszy rzut oka sofy, kanapy, stoliki do kawy, wazony z białymi różami. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające mitologiczne sceny i mnóstwo luster. Okna zasłaniały jedwabie, tak samo jak pół koliste wejścia do kolejnych pomieszczeń. Kątem oka zauważyłam, które prowadzi do sypialni. To wszystko było perfekcyjne.
Za dużo perfekcyjności jest błędem.
Nimfy pchnęły mnie dalej, korzystając z chwili rozproszenia. Trójka bogiń znikła w następnym pomieszczeniu, a ja podążyłam za nimi jak duch. I znalazłam się w łazience. Na środku stało jacuzzi, w którym bulgotało coś białego. Jedna ze ścian była zapełniona wyłącznie przez wielką umywalkę i — o zgrozo, jakby było mi ich mało — lustra. Spojrzałam w nie. Odbijały się w nich boginie, każda piękna i zadbana. I ja.
Poczułam się jak brzydkie kaczątko. Podczas, gdy one miały na sobie wspaniałe szaty, ja stałam w niezasznurowanych trampkach, krótkich szortach i za dużej bluzce zespołu 5 Seconds Of Summer, w której uwielbiałam spać.Włosy miałam rozczochrane, a oczy podkrążone z niezdrowego snu. Wyglądałam jak jeden z upiorów, które przyzywa Nico di Angelo, gdy zdenerwuje się na Will'a.
— Co najpierw? — spytała blondynka, kierując pytanie do Demeter. Kobieta poprawiła włosy i zwróciła na nią swój wzrok.
— Zostawiam ją do waszej dyspozycji — poinformowała ich bogini. Odepchnęłam rękę nimfy, która ciągnęła mnie za rękaw i spojrzałam lekko zaniepokojona na Demeter.
~ Jakiej dyspozycji? ~ zwróciłam się do matki, próbując się nie irytować, że wszystko wcześniej zaplanowała.
— Musimy doprowadzić cię do porządku — wyjaśniła, nie odpowiedziawszy mi w myślach. Czy tamte dwie też usłyszały moje pytanie?
Demeter skinęła głową na pomocnice i zniknęła w chmurze kwitów. Nie podobało mi się, że maja mi wydawać rozkazy dziewczynki, wyglądające na młodsze ode mnie. Nie obchodziło mnie nawet to, że żyją wiecznie.
— Rozbieraj się — powiedziała brunetka, podchodząc do jacuzzi i sprawdzając temperaturę substancji małym palcem. Gdy spostrzegła, że się nie poruszyłam, jej ton nabrał ostrzejszego wyrazu — Rozbieraj się albo ci pomożemy.
Zrobiłam to. Na oczach wszystkich. Najpierw ściągnęłam buty i skarpetki. Potem spodenki. Koszulkę. Gdy zostałam w bieliźnie, spojrzałam na nie błagalnie, ale one tylko kiwnęły głową. Więc również i ją ściągnęłam.
— Wchodź do jacuzzi — rozkazała ciemnowłosa i zwróciła się do koleżanki. — Jest cała posiniaczona i podrapana.
Szybko podbiegłam do jacuzzi i zanurzyłam się w płynie, który okazał się mlekiem. Przypomniałam sobie, że Kleopatra uwielbiała takie kąpiele dla urody. Mleko było rozkosznie ciepłe i pachniało przyjemnie. Gdyby moje mięśnie umiały mówić, pewnie by jęknęły z ulgi. Jednak uwaga o moim stanie zdenerwowała mnie. Trochę dyskrecji, zdziro. Po prostu zapomniałam zażyć nektaru po ćwiczeniach z Percy'm, a Leo ciągał mnie przez cały las, gdy wracaliśmy z Bunkra.
Na ich wspomnienie zapiekło mnie w gardle. Musiałam być silna.
Po chwili, która ciągnęła się w nieskończoność, pozwolono mi wyjść z kąpieli i natychmiast wytarto mnie białym, puchowym ręcznikiem oraz ubrano w równo miękki szlafrok i kapcie. Przeszłyśmy do kolejnego pomieszczenia, które znajdowało się oddzielone od łazienki. Tam blondynka ustawiała na stole sztućce, a druga czekała na mnie przy krześle, wyglądającym jak narzędzie tortur. Najpierw umyto mi głowę tak ja w salonie fryzjerskim. Rożnica polegała na tym, że zrobiono to pachnidłami, które śmiertelnikom pozostają nieznane. A potem przyszła kolej na krzesło tortur.
Nimfy zajęły się moimi paznokciami, które były w opłakanym stanie. Nie doszorowałam ich po tym, jak pomagałam Katie w ogrodzie, więc za paznokciami było pełno ziemi. A szatynka zajęła się moimi włosami. Nie pisnęłam, kiedy je rozczesywała, a robiła to mało delikatnie. Zrobiłam to dopiero, gdy zaczęła je podcinać. Chciałam się wyrwać, ale nimfy trzymały mnie mocno.
— Wyluzuj — mruknęła. — Muszę je podciąć, bo są zniszczone. Chrysotemis?
A więc to było imię blondynki. Spróbowałam skojarzyć, co to za bogini, ale nie potrafiłam znaleźć jej w swoim umyśle. Zarzuciła włosami i rozpoczęła wywód, przy którym zaczęły mi ciążyć powieki.
— Po pierwsze: jak będziesz siadać do stołu, to podsuwasz krzesło stosunkowo blisko. Bierzesz serwetę i kładziesz ją na kolanach i nie ściągasz jej, aż nie wstaniesz od stołu. Potem...
Nimfy skończyły zajmować się moimi paznokciami u rąk i u nóg, więc jedne zaczęły dobierać się do moich brwi, a drugie rozcierały wosk na moich łydkach. Cholera. Nie zamawiałam golenia nóg.
Blondynka skończyła ogólne zasady zachowania przy stole i teraz zajęła tematem: do czego służą poszczególne sztućce?
— Nie stawiamy brudnych sztućców na obrusie, bo... — Uchwyciłam zdanie. Leo by się kłócił. Albo by ją wyśmiał. Na myśl o nim zapiekły mnie oczy, ale mogłam ukryć wzruszenie pod wypływem bólu, spowodowanym przez regulacje brwi.
Wkrótce nimfy uciekły, a ja zostałam sama w pomieszczeniu z dwoma irytującymi boginiami.
Obie stanęły naprzeciw mnie. Moje włosy teraz błyszczały i były miękkie, ale zdecydowanie krótsze. Teraz ledwie sięgały łokci, gdybym się wyprostowała.
— Dobra robota, Despojnio.
Despojnia? Jak można tak skrzywdzić dziecko?
— Choć za nami — powiedziała Chrysotemis. — Do świtu jeszcze trochę pozostało, więc możesz się przespać. Śniadanie zjesz w komnacie, potem nauczymy cię tańczyć i reszty zasad.
Kiwnęłam głową i podążyłam za nimi. Trwało to chwilę, zanim weszłam do sypialni z wielkim łóżkiem z baldachimem, w którym miałam spać. Tu też wszystko było utrzymane w kolorach złota bieli. Nie podziwiałam jednak detali, zbyt zmęczona.
Despojnia i Chrysotemis zniknęły, a ja podeszłam powoli do łóżka, na której leżała koszula nocna. Gdy jej dotknęłam, miałam wrażenie, że jest wykonana z morskiej piany. Sciągnęłam szlafrok i ją założyłam. Podeszłam powoli do lustra, których tu nie brakowało. Wstrzymałam oddech.
Moja skóra miała identyczny odcień, znikły przebarwienia z zębów, a moje piegi, które tak lubi Leo, zniknęły. Miałam idealne brwi, fryzurę dobraną do twarzy, gładkie i wypielęgnowane dłonie. Nawet wydawałam się smuklejsza. To, co widziałam w lustrze, nie było mną.
Stałam tak, wsłuchując się w szum wody i szelest liści za oknem oraz wdychając zapach perfum.
Czy tak właśnie brzmi dźwięk pękającego serca?





Brawo, Kenz, nie ma to jak wielkie wejście, no nie?
No więc, ci, którzy mają snapchata, wiedzieli, że pojawią się dwie nowe bohaterki. Ja osobiście za nimi nie przepadem, później jedna z nich będzie budziła niejaki rodzaj litości...
ZACZĘŁAM FERIE I PRAWO JAZDY. Jeśli mieszkacie w Rzeszowie i chcecie zobaczyć, jak uszkadzam samochód, to zapraszam na Rejtana ( nie uczę się tam, mogę sobie poużywać ok.). Prócz tego, że pisze esej konkursowy ( nawet nie wiem co to jest, muszę się wyedukować), przygotowuje dla Was something special. Jest słowo: czy byliście chętni czytać króciutkie one-shoty o Lenzie, nie związane z fabułą Alfabetu i może następnej części, która jest w przygotowaniu? No wiecie, nie będę poukładane chronologicznie, Wy też możecie mnie zainspirować. Leo i Kenz mogą już być po ślubie, spodziewać się dziecka... A może nawet kilkoro małych Leosiątek?
Dajcie znać, co  tym sądzicie i o rozdziale. Kocham Was moooocno ♥

ps. Kodaline ma świetne piosenki, idealnie pasujące do Lenzie... Zakochałam się, i think.

sobota, 6 lutego 2016

25




Przewróciłam się na drugi bok, wbijając wzrok w ciemność. Jedyną zaletą bezsennych nocy było to, że w moim umyśle koszmary nie siały spustoszenia. Jeśli znów poczułabym zimne macki śmierci na moim ciele, choćby tylko wyimaginowane, rozpadłabym się na tysiące kawałeczków.
Odgarnęłam koc na bok i chwyciłam swoje trampki. Wcisnęłam je na bose stopy i zawiązałam. Po ciemku, odnalazłam drogę do drzwi, które otworzyły się z cichym skrzypem. Zacisnęłam zęby, modląc się w duchu, by reszta mojego rodzeństwa miała twardy sen.
Noc była ciepła, jasna i gwiaździsta. Ryzykowałam przyłapaniem, ale co mi tam. Odetchnęłam rześkim powietrzem i ruszyłam na samotny spacer. Wybrałam jezioro. Gdy stanęłam na piaszczystym brzegu, poczułam spokój. Fale cichutko szumiały, jakby szeptały kołysankę. Woda zapewne była lodowata, ale miałam przemożną ochotę zanurzyć się w niej i nie myśleć o niczym innym. Zdjęłam buty i poczułam piasek pomiędzy palcami. Westchnęłam z rozkoszy, przymykając oczy. Bryza owiewała mi twarz, odrzucając kosmyki włosów do tyłu.
Poczułam zapach kwiatów i pszenicy.
— Musimy porozmawiać — odezwał się spokojny głos. Odwróciłam się na pięcie i ujrzałam swoją matkę. Była ubrana z złocistą, długą suknie lśniąca w świetle księżyca, włosy splecione w długi warkocz i bransolety pokrywające jej nadgarstki. Przełknęłam ślinę
~ Co ty tutaj robisz? To znaczy... czemu ty...
Kobieta westchnęła i podeszła do mnie, wydymając usta.
~ Chciałam porozmawiać z tobą i z twoim ojcem, ale uciekłaś z dostawcą truskawek ~ zadrwiła, a ja zacisnęłam mocniej dłonie na trampkach, które nadal trzymałam.
~ Masz ochotę na spacer? ~ spytałam, starając się ukryć rozgoryczenie, co chyba mi nieźle wyszło, bo zaczęłyśmy wolno iść piaszczystym brzegiem.
~ Wydaje ci się, że byłabyś już gotowa? ~ spytała z troska w głosie. Gdy nic nie odpowiedziałam, zirytowała się ~ Mackenzie, to poważna sprawa. Nie zachowuj się jak dziecko.
Ja nadal jestem dzieckiem, chciałam jej odpowiedzieć. Nie jestem gotowa na to, czego ode mnie oczekujesz.
~ Myślę, że tak. Jeśli tak wiele od tego zależy...
~ Mogłabym go jeszcze powstrzymać, ale nie wiem jak długo. I tak już jest poirytowany, bo myślał, że nie dotrzymam słowa. Ale jeśli czujesz, że to nad twoje siły, to...
~ Nie zawiodę cię ~ przerwałam jej ostrzej, niż zamierzałam. Nie chciałam za nic jej ulec, miałam ochotę płakać i błagać, by mnie tym nie obarczała. W duchu byłam zbuntowana.
~ Czuję twoje emocje, Mackenzie ~ powiedziała chłodno. ~ Myślisz, że możesz oszukać boginie? Nie jesteś wystarczająco silna. Zresztą, i tak musisz to zrobić. Nie masz wyjścia.
Podniosłam na nią zaszklony wzrok, po raz pierwszy patrząc prosto w oczy. Jej ciemne tęczówki nie mieniły się wesołym blaskiem, lecz były zimne i surowe. Natura też czasem taka bywała.
~ Czemu mnie o to prosisz? Czemu ktoś inny nie mógł mi...
~ Gdy tylko cię zobaczyłam, wiedziałam, że to ty będziesz tą szczęściarą. Wiesz, ile otrzymasz? Śmiertelnicy pragnęli tego od wieków, a ty dostaniesz to za nic.
~ Ale ja tego wcale nie chce ~ zawyłam w jej myślach, a ona skrzywiła się. Zbliżyła swoją twarz do mojej. Była tak blisko, że czułam jej ciepły oddech na ustach.
~ Jeśli się mi sprzeciwisz, konsekwencje będą okrutne. I obiecuje, że nie dla ciebie. Zmuszę cię, jeśli będę musiała. To dla twojego dobra, Mackenzie. Zrozum to.
Jeśli chcesz mojego dobra, to zostaw mnie w spokoju, chciałam odwarknąć. Ale tylko wytrzymałam jej spojrzenie, starając się nie rozpłakać. Nie chciałam być tą szczęściarą, o której mówiła.
~ Dzisiaj musimy ruszyć. Pójdę do Chejrona i go o tym powiadomię, a ty zaczekaj na mnie przed domkiem. Zrozumiałaś?
Pokiwałam głową. Demeter zniknęła w chmurze kłosów i kwiatów, a ja nadal gapiłam się pusto w przestrzeń. Nie czułam już nic. Przegrałam. Nic się teraz nie liczyło. Założyłam trampki i skierowałam się w stronę Domku 4. Po co z niego wychodziłam?
Usiadłam na schodach. Dwie pojedyncze łzy spłynęły po moich policzkach. Nie miałam siły nawet płakać. Spojrzałam na Domek Hefajstosa, który tonął w mroku. Powoli się podniosłam i skierowałam w jego stronę, łamiąc przyrzeczenie dane matce. Nie mogłam wyjechać bez pożegnania. Bez wyjaśnienia dlaczego... Pękło by mi serce.
Usłyszałam hałas za moimi plecami. Błyskawicznie dotknęłam diamentu w pierścieniu, który zamienił się w miecz, urokliwie odbijający światło gwiazd. Zmrużyłam oczy, próbując przeniknąć czerń nocy, co nie było takie proste, mimo księżyca wiszącego nad moją głową. Dopiero, gdy dostrzegłam kto to, opuściłam broń, która znów zamieniła się w pierścień.
Rachel?
Dziewczyna przewróciła się. Tęsknie spojrzałam w stronę domu Hefajstosa i ruszyłam w jej stronę. Gdy do niej dotarłam, pisnęłam z przerażenia.
W oczodołach rudowłosej błyskały same białka. Paznokciami ryła w ziemi, jakby rozpaczliwie próbowała utrzymać się w tym świecie. Najgorsza była jednak zielona mgła wydobywająca się z jej nosa i ust. Krztusiła się nią i brała urywane oddechy, które nic nie pomagały. Kucnęłam przy niej i dotknęłam twarzy. Była zimna jak lód.
Spanikowałam. Tylko jedna osoba wiedziała, co teraz powinno się zrobić i szczęśliwie znajdowałyśmy się przy jej domku. Pewna, że Rachel nie ruszy się z miejsca, wstałam i rzuciłam się w stronę domku Posejdona. Drzwi nie były zamknięte. W jednym podskoku dotarłam do jego łóżka i zatrzymałam się. Jego ciemne włosy uroczo sterczały we wszystkie strony, a usta miał rozchylone. Poczułam ukucie żalu, że muszę go budzić i niszczyć ten idealny obrazek. Złapałam go za ramię. Jego morskie oczy się otworzyły i w jednym momencie już siedział na mnie okrakiem, przyciskając do poduszki obie dłonie. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, co robi.
— Mackenzie? Co ty...
Zepchnęłam go z siebie i chwyciłam na nadgarstek, pociągając za sobą. Bycie niemową jest bardzo uciążliwe, bo nie mogłam krzyczeć "Rachel umiera, idioto!". Zaskakujące jet to, że mi się nie opierał. Może dlatego, że nie do końca kontaktował ze światem.
Gdy jednak zobaczył Rachel, rozbudził się w jednej chwili. Podbiegł do niej i dotknął jej twarzy.
— Rachel? — krzyknął,  potrząsając nią. Przywołał wodę z fontanny i chlasną w jej twarz. To jednak nie przyniosło oczekiwanego skutku. Patrzyłam załamana, jak bierze ja w ramiona i biegnie w stronę Wielkiego Domu. Po chwili wahania, ruszyłam za nim. Gdy tylko zrobiłam trzy kroki, usłyszałam głos.
— Mackenzie!
Odetchnęłam spazmatycznie. Moja matka wyciągała ku mnie rękę, stojąc przy swoim domku. Podeszłam do niej wolno, pełna strachu. Chwyciłam jej dłoń, obrzuciłam tęsknym spojrzeniem domek Hefajstosa. Pomyślałam tylko o tym, co by powiedział, gdybym go obudziła w środku nocy. Coś w stylu:
— Mała, nie wiedziałem, że jesteś taka niegrzeczna...
Poczułam łzy w gardle na myśl, że nigdy go już nie przytulę i zniknęłam w chmurze kwiatów i kłosów razem z Demeter.

Ta daaam! Czekam na teorie spiskowe. 
Zapraszam na snapchat: cinnamonlly ( instagram taki sam :) ), gdzie będę publikowała spojlery. I dokuczała Wam. Będzie zabawnie.
I nie bijcie za mocno. Zostawcie siły na późniejsze rozdziały. Yep.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis