sobota, 30 stycznia 2016

24


Wcale nie czułam się jak heros, stawiając przed drzwiami Wielkiego Domu i wchodząc w jego wnętrze. Żadna wizyta tutaj nie wzbudzała we mnie miłych wspomnień. Dotarłam tu rok temu, sponiewierana, nic nie rozumiejąca i praktycznie w strzępach, a Chejron tłumaczył mi cierpliwie, że jestem półbogiem. Potem prawie zabiła mnie chimera, więc uznano, że dla własnego dobra wydobrzeje w tym miejscu. Annabeth uświadomiła mi, że coś jest ze mną nie tak. A wczorajszej nocy...
Papiery zniknęły, a w salonie panował porządek. Rudowłosa dziewczyna nie pożerała już ołówka: teraz trzymała go zatkniętego za ucho i składała samolot z nielicznych kartek, które pozostały. Annabeth przyglądała jej się, ale wyraz jej oczu był nieobecny. Blondynka była w swoim świecie.
Obie drgnęły, gdy stanęłam w progu i zapukałam nieśmiało w otwarte drzwi. Chase wstała.
— Dzień dobry, Mackenzie. Poznaj Rachel Dare. Naszą Wyrocznie.
Podeszłam bliżej i potrząsnęłam jej wyciągniętą ręką, nawet nie mrugając na słowo "Wyrocznia". Byłam tu dostatecznie długo, żeby wiedzieć, że czeka mnie coś bardziej dziwnego. Annabeth pokazała mi kanapę naprzeciw siebie, a ja ostrożnie usiadłam. Dziewczyna odchrząknęła.
— Przez cały rok szkolny próbowałyśmy się razem czegoś dowiedzieć. Rachel odtwarza Księgi Sibillińskie, razem z jedną zaprzyjaźnioną harpią. Zwróciłam się do niej z pomocą.
Teraz to rudowłosa odchrząknęła.
— Właściwie nadal nie jestem Wyrocznią. Apollo od trzech lat pozostaje na wygnaniu, więc Ducha Delf szlak trafił — mruknęła, a Annabeth się skrzywiła. — Ale udało mi się odtworzyć kilka kawałków przepowiedni.Lepsze to niż nic.
Widzicie? Nawet nie zareagowałam na wzmiankę o zaprzyjaźnionej harpii, która zna starożytne przepowiednie i starożytnym duchu, które je wygłasza. Jak na dziewczynę z Nowego Jorku odebrałam to wszystko nadzwyczaj spokojnie.
— Pierwszy wers głosi : Nieświadomie Córka Maku zbiegnie. Wiadomo, że mak to symbol Demeter.
Zwilżyłam wargi, jednocześnie wyciągając notatnik i długopis z tylnej kieszeni. Napisałam odpowiedź, opanowując drżenie rąk.

Przecież to nie musi być o mnie, prawda? Trzeba wziąć pod uwagę każdą córkę Demeter.

— Masz rację! — zaświergotała Rachel. — Ale tylko ty objawiasz niepokojące znaki i jesteś obiektem zainteresowania matki.
Annabeth rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie. A  ja byłam nieco szokowana szybkością z jaką wyrzucała z siebie słowa, Dziewczyna mówiła bardzo, bardzo szybko.
— W każdym razie — zaczęła Annabeth, jak gdyby nigdy nic — musimy się zastanowić, co to znaczy, że zbiegniesz nieświadomie.
— Może ktoś cię odurzy narkotykami? — podsunęła Dare.
— Dobra, zostawmy to na później — powiedziała szybko Chase, widząc, jak moje usta się rozchylają. — Potem jest kilka wersów, ile nie wiemy, a następnie: Na ten cel zostali herosi powici.
— Co nam guzik daje — mruknęła rudowłosa.
— A na koniec jest "Ta, co obietnice mu szczere składała".
Tym razem nawet Wielka Wyrocznia Która Nie Jest Już Wyrocznią nie miała nic do dodania. Zamrugałam parę razy i napisał odpowiedź.

To głupie.

— Prawda, ale jest również denerwujące, bo nie mamy dalej tego tekstu, a nie potrafię zmusić Elle, by powiedziała mi, co jest dalej.
Całe to zdanie wypowiedziała tak cholernie szybko, że ledwo nadążyłam za potokiem jej słów, a każde słowo było przesiąknięte goryczą. Dokończyła samolot i puściła go. Zatoczył mały łuk i spadł pod komodę. Rachel westchnęła, a Annabeth przejęła inicjatywę.
— Szukałam innych mitów o Demeter albo jej dzieciach. Ale jedynym, który istnieje, jest mit o Persefonie.
Drgnęłam, a Chase nachyliła się w moją stronę z wyrzutem w swoich szarych oczach.
— Zeszłej zimy poprosiłaś Nico o radę w sprawie Persefony. I nic mi nie powiedziałaś. Mackenzie, nie rozumiesz, że próbujemy ci pomóc?
Poczułam się, jakbym znów miała sześć lat i dostawała reprymendę od taty, że kolejny raz mimo upomnień ubrudziłam najlepszą sukienkę w czerwone róże. Mimo tego, że blondynka chciała dobrze, wszyscy chcieli dobrze, poczułam złość i irytacje. Co im do tego, co robię? Nie muszą wokół mnie skakać i mi dogadzać tylko dlatego, że jestem niemową.

Chodziło tylko o wizyty Demeter, nic po za tym.

Zanotować w pamięci: zabić Nico za to, że mnie wydał, choć obiecał trzymać za zębami. Chociaż śmierć pewnie nie robi mu różnicy, wiec odetnę mu ten gadatliwy narząd. Albo każdy inny, dowolnie interpretowany w moich myślach. Tak, własnie.
Rachel obserwowała mnie z przymrożonych powiek. Czułam się, jakby te zielone tęczówki przewiercały moją dusze na wskroś, niczym promienie rentgenowskie. Annabeth zmarszczyła gniewnie nos, a oczy zadawały zasnuwać się burzowymi chmurami.
— Masz jakieś pomysły dotyczące interpretacji przepowiedni? — spytała ruda. Naskrobałam szybko pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy.

To nie przepowiednia, tylko kilka zdań.

Wycwaniłam się przez ten rok. Nie powiem, że nie.
— Denerwujesz mnie — odpowiedziała z urazą Rachel. Dużo kosztowało ją to, by cokolwiek znaleźć, a ja to po prostu zlekceważyłam. — Idź sobie, dorośli muszą porozmawiać.
Blondynka już chciała protestować, ale dziewczyna uderzyła ja w ramie i posłała znaczące spojrzenie. Nie protestowałam. Zabrałam swój notatnik i długopis oraz wyszłam bez pożegnania. Gdy poczułam zapach truskawek i dotyk ciepłego słońca na twarzy, ogarnęła mnie złość. Po raz pierwszy miałam ochotę wziąć miecz do ręki i zrobić komuś krzywdę. Ale zamiast tego wybrałam spokojny spacer, jak gdyby nigdy nic. Musiałam pokazać, że jestem silniejsza, niż im się wydawało. Od nich i od własnych emocji.
Było mi niedobrze. Sam fakt, że istniała jakaś starożytna przepowiednia dotycząca mojej osoby, był głupkowaty. Przypominało mi się popołudnie Demeter, gdy spacerowałyśmy po ulicach Nowego Jorku, a płatki śmiechu osiadały nam na ciemnych włosach. W rękach trzymałyśmy kawę ze Strasburga i oglądałyśmy bożonarodzeniowe wystawy. Bogini dotknęła bombki zawieszonej na sztucznym drzewku. Czułam, jak emanuje od niej obrzydzeniem skierowanym do zastępników prawdziwych roślin.
~ Co roku to samo ~ odezwała się do mnie w myślach ~ Nikt już nie potrafi docenić prawdziwego piękna.
~ W mieście trudno o prawdziwe rośliny ~ odpowiedziałam z namysłem. ~ Ludzie są zbyt leniwi.
Zamilkła na moment, jakby przyglądała się swojemu odbiciu w bombce. Zacisnęłam palce na kubku kawy, udając, że bardzo mnie ciekawi wystawa złożona z ręcznie robionych choinek.
~ Byłabyś świetną boginią ~ powiedziała po chwili wahania ~ Rozumiesz wiele rzeczy, które innym wydają się bezwartościowe.~ Może dlatego, że jestem herosem... Albo niemową.
Nastąpiła długa chwila ciszy, a ja próbowałam domyślić się, o co jej chodziło.
~ Los cię jeszcze zaskoczy, Mackenzie. Bylebyś mu się nie sprzeciwiała.Niebyt pasowało to do mnie, by siedzieć z założonymi rękami i patrzeć, jak sprawy się potoczą. A gdyby przepowiednia nie była o mnie? O kimś bardziej niezwykłym?
Zastanowiłam się. Kto mógłby być bardziej dziwny ode mnie? Juliet, która nie miała wyczucia taktu? Katie, która złościła się, gdy chłopcy hodowali kwiaty o czarnych płatkach?
A może dziewczynka, pozbawiona obojga rodziców z oryginalnym imieniem. Może chodziło o Troian? Obciążyli był kilkuletnie dziecko aż taką odpowiedzialnością?
Zamrugałam, gdy spostrzegłam, że nogi zaprowadził mnie do Bunkra 9. Dotknęłam kamienia z którego była zbudowana główna ściana i poczułam mrowienie po wewnętrznej stronie dłoni. Spróbowałam powstrzymać łzy napływające mi do oczu. Tak tęskniłam za Leonem, a tym czasem on zachowywał się, jakbym go wcale nie obchodziła. Bunkier był otwarty, więc pewnie ktoś tam siedział. Nie powinnam tu wchodzić. Ale miałam nosa do wybierania tego, co nieodpowiednie. Przekroczyłam próg i odetchnęłam zapachem smaru i dymu. Nadal panował tu nieopisany bałagan, nadal było mnóstwo części wyglądających, jakby pochodziły z przestrzeni kosmicznej... Tyle że było tu inaczej. Światła były zgaszone, nie było słychać The Beatels, jak to było w zwyczaju.
Podeszłam do stołu, na którym leżały w nieładzie papiery i projekty. Jeden przedstawiał rydwan, tak pokreślony, że nic z niego nie odczytałam. Jeden samochód, który z zaskoczeniem stwierdziłam, był moim Cadillacem.
— Cześć mała — rozległ się głos za moimi plecami. Podskoczyłam i powstrzymałam łzy, napływające do oczu. Jeszcze tylko tego brakowało, żebym popłakała sie przy Leonie.
Odwróciłam się. Chłopak wycierał ręce w ręcznik. Pamiętałam, jak zawsze upominał swoje rodzeństwo: "Czyste dłonie, brudne narzędzia". Odłożył materiał na najbliższy stolik.
— Nie miałaś być czasem w Wielkim Domu z Annabeth i tą rudą wariatką? — spytał. Dolna warga zadrgała mi niebezpiecznie, a pieści zacięły się błyskawicznie. Leo spojrzał na mnie zdziwiony — Ej, co jest mała?
Kiedy pierwsza łza spłynęła po moim policzku, wziął mnie w ramiona. Rozpłakałam się, czując jego zapach, co tylko pogorszyło sprawę, bo zdałam sobie sprawę jak bardzo za nim tęskniłam i potraktowałam jak zero, gdy nie zawiadomiłam, że przyjadę później.
— Zabiję tą przemądrzałą sowę — mruknął przyciskając mnie mocniej do swojej piersi. Mogłam usłyszeć bicie jego serca. Nie sprawiło to, że poczułam się lepiej.
Okłamywałam go, będąc tego świadoma.

Nie bijcie za spóźnienie. Zapomniałam, że rozdział nie został zedytowalny wcześniej a w tym było wyjątkowo dużo błędów.
Mówiłam, że będzie przepowiednia. Wyjątkowo paskudnie napisana, bo jestem okropnym beztalenciem do rymowanek. I niezwykle irytująca.
Pozdrawiam moją przyjaciółkę Natalię, która w każdy piątek na podstawach hotelarstwa mizia mnie długopisem, a gdy się odwrócę, odzywa się do mnie z psychopatycznym uśmiechem na ustach "Jutro nowy rozdział". Nadajesz sens każdemu piątkowi, okay? I odgadłaś jako jedyna wskazówkę.... Ale shhh... Nie będzie ich więcej bo zdradzę całą fabułę.
Kolejny rozdział będzie wielkim punktem zwrotnym. Już widzę wasze miny "what the fuck are you doing here".
Dziękuje za komentarze i gwiazdki i całą waszą miłość ♥

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis