sobota, 9 stycznia 2016

21


CZĘŚĆ II — JAK ROZPĘTALIŚMY DRUGĄ WOJNĘ TROJAŃSKĄ


Spóźniała się już dwa dni. Miała taki zwyczaj, żeby nie zjawiać się w porę o ustalonej godzinie, ale zazwyczaj to było dziesięć minut. Ale dwie doby?
Leo otarł pot z czoła. Coś mu nie pasowało. Próbowali go przekonać, że nic jej nie jest. Może jej coś wypadło i zjawi się później? Tak czasami się zdarza.
Ale on czuł coś innego. Może to za sprawą ADHD snuł intrygi i ciemne scenariusze, nie mogąc się powstrzymać. W każdym razie, minuty i godziny ciągnęły się w nieskończoność, jakby ktoś zalał smołą mechanizmy zegarów, by poruszały się wolniej.
Brakowało mu jego małej przyjaciółki. Choć miała grubo ponad metr siedemdziesiąt.
Nie widział jej od ferii wielkanocnych. I tak była tylko chwilę. Nic specjalnego. Czy bolało go to, że wybrała życie w świecie śmiertelników zamiast szkolić się tutaj? Przecież tego potrzebowała.
Rozumiała go jak nikt inny. Gdyby coś jej się stało...
Rzucił kluczem francuskim i podniósł się z klęczek. Umył ręce i wypadł z Bunkra 9 tak gwałtownie, że potknął się o najbliższą gałąź. Zaklął i ruszył biegiem do Wielkiego Domu.
— Potrzebuje furgonetki — palnął na dzień dobry, wpadając do gabinetu Chejrona, który porządkował jakieś papiery.
— Nie — odpowiedział centaur, nawet na niego nie spojrzawszy.
— No weź — jęknął chłopak, wykręcając sobie palce. — Wystarczą mi góra trzy godziny. Chce się upewnić, że nic jej nie jest.
Mężczyzna skierował na niego swoje inteligentne oczy i przemówił głosem, który według niego miał wyrażać koniec dyskusji.
— Nie jest tak bezbronna, za jaką ją masz. Da sobie radę. A ty wracaj na zajęcia.
Leo wiedział, że nic nie utarguje i tylko straci czas. Kątem oka spostrzegł na komodzie obok pęk kluczy. Gdy centaur wrócił do porządkowania, chłopak westchnął teatralnie, odwrócił się na pięcie, zagarnął zdobycz i wyszedł. Najpierw szedł powoli, a potem puścił się biegiem w kierunku Wzgórza Herosów, gdzie stały furgonetki.
Nieźle, zupełnie nieźle. Mógłby kraść zawodowo, co może okazać się pomocne, bo gdy Chejron spostrzeże, że zakosił klucze, wyleje go na zbyty pysk.
Dawno nie prowadził. Musiał sobie przypomnieć jak to się robi, a potem ruszył, łamiąc zapewne ograniczenie prędkości. Wstukał do GPS-u jej adres zamieszkania i ruszył wyznaczoną trasą.
Na podjeździe nie było samochodu. Leo zmówił szybką modlitwę o to, by ktokolwiek był w domu i zapukał do drzwi.
Otworzył mu mężczyzna w garniturze, z poluzowanym krawatem i rozpiętą koszulą przy gardle. Kiedyś zapewne jego włosy miały identyczny odcień jak włosy Mackenzie, ale teraz widniały w nich nieliczne siwe pasemka.
Gdy Leo tylko go zobaczył, wiedział, że coś jest nie tak.


♦ 

Chciałam zaparkować, tyle że na podjeździe już ktoś to zrobił. Zacisnęłam palce na kierownicy. Świetnie. Jakiś palant zaparkował na moim miejscu, a ja będę zmuszona zaparkować na chodniku, jakbym była tu tylko przyjazdem. Nie dość, że miałam kiepski dzień, to jeszcze to.
A potem zauważyłam logo na furgonetce i omal nie posłałam psa moich sąsiadów do Podziemia. Rozchyliłam wargi ze zdumienia, zamrugałam parę razy, ale logo nie zniknęło.
Obóz Herosów.
Zaparkowałam samochód na chodniku i chwyciłam torebkę z siedzenia obok, nie spuszczając wzroku z pojazdu. Zamknęłam własny, po czym podeszłam do tego, który stał na podjeździe. Zajrzałam do środka. Kluczyki tkwiły w stacyjce, a przy lusterku zwisał odświeżacz powietrza w kształcie truskawki. Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się na pięcie. Moje obcasy wbijały się w trawnik, kiedy szłam na skróty do drzwi. Otworzyłam je i weszłam ostrożnie do środka. Zamknęłam cicho drzwi, rzuciłam kluczki do szufladki i zdjęłam obcasy. Moje stopy dotknęły zimnej posadzki. Po całym dniu byłam tak wykończona, że nie chciało mi się podnosić nóg, a tym bardziej zanieść walizkę do samochodu i siedzieć tam przez następną godzinę, by dojechać na Long Island, gdzie zapewne dotrę już po kolacji, gdzie wszyscy będą kłaść się spać a ja...
Stanęłam nieruchomo, wpatrując się w postacie w pomieszczeniu. Tata podniósł się i cmoknął mnie w czoło.
— Jak tam? — spytał beztrosko. Ja jednak dostrzegłam zamaskowaną troskę na jego twarzy. Wzruszyłam ramionami, znów utkwiwszy wzrok w przybyszu. Tata najwyraźniej zrozumiał i ulotnił się z pomieszczenia.
— Rany, wyglądasz okropnie — przywitał się Leo. Nawet się nie wysiliłam, by zaprzeczyć. Rzeczywiście, wyglądałam okropnie. Zerwana o świcie, cały dzień na nogach, bez chwili wytchnienia. Miałam nadzieje, że w wakacje to się zmieni. Nadzieja matką głupich. Teraz miałam cały dzień do dyspozycji, gdy wcześniej połowę doby zabierała mi szkoła. Złożyłam ręce na piersi, nie bardzo wiedząc, co zrobić.
Nie widziałam go tyle miesięcy, a jedynie co czułam, to zakłopotanie. Gdyby usłyszał moje myśli, chyba by pękną ze śmiechu.
— Musiałem sprawdzić, co z tobą. Miałaś być dwa dni temu w obozie. Wszyscy się martwią. Co się stało? — powiedział bardzo szybko. Usiadłam na sofie i sięgnęłam po notatnik, który leżał na niskim stoliczku. Zawsze w przypadkowych miejscach było pełno zeszytów i długopisów, na wypadek, gdybym nie miała na czym odpowiedzieć. Od czasu, gdy dowiedziałam się, jaki wpływ ma na życie herosów komórka, używałam ją z rozsądkiem.
Byłam zajęta. Przepraszam. 
— Przepraszam? — oburzył się chłopak. — Wszyscy umierają ze strachu, że coś ci się stało, a ty mnie przepraszasz?
Przepraszam...
— Czy możesz w końcu przestać przepraszać, mała?! — odwarknął. Nie wiem czemu, ale uśmiechnęłam się. Nie jestem pewna, ale chyba odbywaliśmy już podobną dyskusję wcześniej.
Przepraszam. Jezu, Leo, jak widzisz, nic mi nie jest. Przyjadę do Obozu jutro, okej? 
— Czemu dopiero jutro? — zdziwił się. — Przecież możesz przyjechać dzisiaj. Co cię zatrzymuje? 
Jeśli usiądę za kierownicą, to zasnę. Nie mam ochoty wylądować w rowie. Ostatnio, jak to zrobiłam, okazało się, że moja matka jest starożytną boginią, więc wybacz, ale nie, dziękuje. 
Poczułam wyrzuty sumienia, gdy tylko podałam mu notatnik. No ale, hej, wakacje są po to, żeby się wysypiać! A ja zdecydowanie potrzebuje twardego snu, bez żadnych cholernych wskazówek i proroctw.
— Czy ty próbujesz się ze mną kłócić, mała? Co się z tobą dzieje? — spytał. Zabolał mnie wyraz jego twarzy.
Trochę się pozmieniało w moim życiu, odkąd wróciłam z obozu. 
— Na przykład?
Zabrzmiał dzwonek do drzwi. Mój pies — Audrey — podniósł alarm, szczekając tak głośno, że moje uszy mogły by krwawić. Przełknęłam ślinę. Jest zbyt późno na odwiedziny znajomych — moich i taty — więc to musiała być tylko jedna osoba.
Rozległy się głosy w przedpokoju, stukot szpilek i do sali weszła kobieta w eleganckiej sukni o koloru zboża. Ciemne włosy, zazwyczaj spięte, opadały jej na ramiona kaskadą. Gdy zobaczyła mnie i Leona w salonie, z jej pełnych ust znikł słodki uśmiech, a w oczach zapalił się zimny płomyk, który natychmiast znikł.
Mina Valdeza była bezcenna, gdy rozpoznał moją matkę.

◊ 
To zaczynamy przygodę. Czy ktoś się spodziewał takiego początku? Jestem taka podekscytowana, zobaczycie, będzie fajnie. Dla mnie, bo nie mam pojęcia co Wy o tym wszystkim pomyślicie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis