sobota, 30 stycznia 2016

24


Wcale nie czułam się jak heros, stawiając przed drzwiami Wielkiego Domu i wchodząc w jego wnętrze. Żadna wizyta tutaj nie wzbudzała we mnie miłych wspomnień. Dotarłam tu rok temu, sponiewierana, nic nie rozumiejąca i praktycznie w strzępach, a Chejron tłumaczył mi cierpliwie, że jestem półbogiem. Potem prawie zabiła mnie chimera, więc uznano, że dla własnego dobra wydobrzeje w tym miejscu. Annabeth uświadomiła mi, że coś jest ze mną nie tak. A wczorajszej nocy...
Papiery zniknęły, a w salonie panował porządek. Rudowłosa dziewczyna nie pożerała już ołówka: teraz trzymała go zatkniętego za ucho i składała samolot z nielicznych kartek, które pozostały. Annabeth przyglądała jej się, ale wyraz jej oczu był nieobecny. Blondynka była w swoim świecie.
Obie drgnęły, gdy stanęłam w progu i zapukałam nieśmiało w otwarte drzwi. Chase wstała.
— Dzień dobry, Mackenzie. Poznaj Rachel Dare. Naszą Wyrocznie.
Podeszłam bliżej i potrząsnęłam jej wyciągniętą ręką, nawet nie mrugając na słowo "Wyrocznia". Byłam tu dostatecznie długo, żeby wiedzieć, że czeka mnie coś bardziej dziwnego. Annabeth pokazała mi kanapę naprzeciw siebie, a ja ostrożnie usiadłam. Dziewczyna odchrząknęła.
— Przez cały rok szkolny próbowałyśmy się razem czegoś dowiedzieć. Rachel odtwarza Księgi Sibillińskie, razem z jedną zaprzyjaźnioną harpią. Zwróciłam się do niej z pomocą.
Teraz to rudowłosa odchrząknęła.
— Właściwie nadal nie jestem Wyrocznią. Apollo od trzech lat pozostaje na wygnaniu, więc Ducha Delf szlak trafił — mruknęła, a Annabeth się skrzywiła. — Ale udało mi się odtworzyć kilka kawałków przepowiedni.Lepsze to niż nic.
Widzicie? Nawet nie zareagowałam na wzmiankę o zaprzyjaźnionej harpii, która zna starożytne przepowiednie i starożytnym duchu, które je wygłasza. Jak na dziewczynę z Nowego Jorku odebrałam to wszystko nadzwyczaj spokojnie.
— Pierwszy wers głosi : Nieświadomie Córka Maku zbiegnie. Wiadomo, że mak to symbol Demeter.
Zwilżyłam wargi, jednocześnie wyciągając notatnik i długopis z tylnej kieszeni. Napisałam odpowiedź, opanowując drżenie rąk.

Przecież to nie musi być o mnie, prawda? Trzeba wziąć pod uwagę każdą córkę Demeter.

— Masz rację! — zaświergotała Rachel. — Ale tylko ty objawiasz niepokojące znaki i jesteś obiektem zainteresowania matki.
Annabeth rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie. A  ja byłam nieco szokowana szybkością z jaką wyrzucała z siebie słowa, Dziewczyna mówiła bardzo, bardzo szybko.
— W każdym razie — zaczęła Annabeth, jak gdyby nigdy nic — musimy się zastanowić, co to znaczy, że zbiegniesz nieświadomie.
— Może ktoś cię odurzy narkotykami? — podsunęła Dare.
— Dobra, zostawmy to na później — powiedziała szybko Chase, widząc, jak moje usta się rozchylają. — Potem jest kilka wersów, ile nie wiemy, a następnie: Na ten cel zostali herosi powici.
— Co nam guzik daje — mruknęła rudowłosa.
— A na koniec jest "Ta, co obietnice mu szczere składała".
Tym razem nawet Wielka Wyrocznia Która Nie Jest Już Wyrocznią nie miała nic do dodania. Zamrugałam parę razy i napisał odpowiedź.

To głupie.

— Prawda, ale jest również denerwujące, bo nie mamy dalej tego tekstu, a nie potrafię zmusić Elle, by powiedziała mi, co jest dalej.
Całe to zdanie wypowiedziała tak cholernie szybko, że ledwo nadążyłam za potokiem jej słów, a każde słowo było przesiąknięte goryczą. Dokończyła samolot i puściła go. Zatoczył mały łuk i spadł pod komodę. Rachel westchnęła, a Annabeth przejęła inicjatywę.
— Szukałam innych mitów o Demeter albo jej dzieciach. Ale jedynym, który istnieje, jest mit o Persefonie.
Drgnęłam, a Chase nachyliła się w moją stronę z wyrzutem w swoich szarych oczach.
— Zeszłej zimy poprosiłaś Nico o radę w sprawie Persefony. I nic mi nie powiedziałaś. Mackenzie, nie rozumiesz, że próbujemy ci pomóc?
Poczułam się, jakbym znów miała sześć lat i dostawała reprymendę od taty, że kolejny raz mimo upomnień ubrudziłam najlepszą sukienkę w czerwone róże. Mimo tego, że blondynka chciała dobrze, wszyscy chcieli dobrze, poczułam złość i irytacje. Co im do tego, co robię? Nie muszą wokół mnie skakać i mi dogadzać tylko dlatego, że jestem niemową.

Chodziło tylko o wizyty Demeter, nic po za tym.

Zanotować w pamięci: zabić Nico za to, że mnie wydał, choć obiecał trzymać za zębami. Chociaż śmierć pewnie nie robi mu różnicy, wiec odetnę mu ten gadatliwy narząd. Albo każdy inny, dowolnie interpretowany w moich myślach. Tak, własnie.
Rachel obserwowała mnie z przymrożonych powiek. Czułam się, jakby te zielone tęczówki przewiercały moją dusze na wskroś, niczym promienie rentgenowskie. Annabeth zmarszczyła gniewnie nos, a oczy zadawały zasnuwać się burzowymi chmurami.
— Masz jakieś pomysły dotyczące interpretacji przepowiedni? — spytała ruda. Naskrobałam szybko pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy.

To nie przepowiednia, tylko kilka zdań.

Wycwaniłam się przez ten rok. Nie powiem, że nie.
— Denerwujesz mnie — odpowiedziała z urazą Rachel. Dużo kosztowało ją to, by cokolwiek znaleźć, a ja to po prostu zlekceważyłam. — Idź sobie, dorośli muszą porozmawiać.
Blondynka już chciała protestować, ale dziewczyna uderzyła ja w ramie i posłała znaczące spojrzenie. Nie protestowałam. Zabrałam swój notatnik i długopis oraz wyszłam bez pożegnania. Gdy poczułam zapach truskawek i dotyk ciepłego słońca na twarzy, ogarnęła mnie złość. Po raz pierwszy miałam ochotę wziąć miecz do ręki i zrobić komuś krzywdę. Ale zamiast tego wybrałam spokojny spacer, jak gdyby nigdy nic. Musiałam pokazać, że jestem silniejsza, niż im się wydawało. Od nich i od własnych emocji.
Było mi niedobrze. Sam fakt, że istniała jakaś starożytna przepowiednia dotycząca mojej osoby, był głupkowaty. Przypominało mi się popołudnie Demeter, gdy spacerowałyśmy po ulicach Nowego Jorku, a płatki śmiechu osiadały nam na ciemnych włosach. W rękach trzymałyśmy kawę ze Strasburga i oglądałyśmy bożonarodzeniowe wystawy. Bogini dotknęła bombki zawieszonej na sztucznym drzewku. Czułam, jak emanuje od niej obrzydzeniem skierowanym do zastępników prawdziwych roślin.
~ Co roku to samo ~ odezwała się do mnie w myślach ~ Nikt już nie potrafi docenić prawdziwego piękna.
~ W mieście trudno o prawdziwe rośliny ~ odpowiedziałam z namysłem. ~ Ludzie są zbyt leniwi.
Zamilkła na moment, jakby przyglądała się swojemu odbiciu w bombce. Zacisnęłam palce na kubku kawy, udając, że bardzo mnie ciekawi wystawa złożona z ręcznie robionych choinek.
~ Byłabyś świetną boginią ~ powiedziała po chwili wahania ~ Rozumiesz wiele rzeczy, które innym wydają się bezwartościowe.~ Może dlatego, że jestem herosem... Albo niemową.
Nastąpiła długa chwila ciszy, a ja próbowałam domyślić się, o co jej chodziło.
~ Los cię jeszcze zaskoczy, Mackenzie. Bylebyś mu się nie sprzeciwiała.Niebyt pasowało to do mnie, by siedzieć z założonymi rękami i patrzeć, jak sprawy się potoczą. A gdyby przepowiednia nie była o mnie? O kimś bardziej niezwykłym?
Zastanowiłam się. Kto mógłby być bardziej dziwny ode mnie? Juliet, która nie miała wyczucia taktu? Katie, która złościła się, gdy chłopcy hodowali kwiaty o czarnych płatkach?
A może dziewczynka, pozbawiona obojga rodziców z oryginalnym imieniem. Może chodziło o Troian? Obciążyli był kilkuletnie dziecko aż taką odpowiedzialnością?
Zamrugałam, gdy spostrzegłam, że nogi zaprowadził mnie do Bunkra 9. Dotknęłam kamienia z którego była zbudowana główna ściana i poczułam mrowienie po wewnętrznej stronie dłoni. Spróbowałam powstrzymać łzy napływające mi do oczu. Tak tęskniłam za Leonem, a tym czasem on zachowywał się, jakbym go wcale nie obchodziła. Bunkier był otwarty, więc pewnie ktoś tam siedział. Nie powinnam tu wchodzić. Ale miałam nosa do wybierania tego, co nieodpowiednie. Przekroczyłam próg i odetchnęłam zapachem smaru i dymu. Nadal panował tu nieopisany bałagan, nadal było mnóstwo części wyglądających, jakby pochodziły z przestrzeni kosmicznej... Tyle że było tu inaczej. Światła były zgaszone, nie było słychać The Beatels, jak to było w zwyczaju.
Podeszłam do stołu, na którym leżały w nieładzie papiery i projekty. Jeden przedstawiał rydwan, tak pokreślony, że nic z niego nie odczytałam. Jeden samochód, który z zaskoczeniem stwierdziłam, był moim Cadillacem.
— Cześć mała — rozległ się głos za moimi plecami. Podskoczyłam i powstrzymałam łzy, napływające do oczu. Jeszcze tylko tego brakowało, żebym popłakała sie przy Leonie.
Odwróciłam się. Chłopak wycierał ręce w ręcznik. Pamiętałam, jak zawsze upominał swoje rodzeństwo: "Czyste dłonie, brudne narzędzia". Odłożył materiał na najbliższy stolik.
— Nie miałaś być czasem w Wielkim Domu z Annabeth i tą rudą wariatką? — spytał. Dolna warga zadrgała mi niebezpiecznie, a pieści zacięły się błyskawicznie. Leo spojrzał na mnie zdziwiony — Ej, co jest mała?
Kiedy pierwsza łza spłynęła po moim policzku, wziął mnie w ramiona. Rozpłakałam się, czując jego zapach, co tylko pogorszyło sprawę, bo zdałam sobie sprawę jak bardzo za nim tęskniłam i potraktowałam jak zero, gdy nie zawiadomiłam, że przyjadę później.
— Zabiję tą przemądrzałą sowę — mruknął przyciskając mnie mocniej do swojej piersi. Mogłam usłyszeć bicie jego serca. Nie sprawiło to, że poczułam się lepiej.
Okłamywałam go, będąc tego świadoma.

Nie bijcie za spóźnienie. Zapomniałam, że rozdział nie został zedytowalny wcześniej a w tym było wyjątkowo dużo błędów.
Mówiłam, że będzie przepowiednia. Wyjątkowo paskudnie napisana, bo jestem okropnym beztalenciem do rymowanek. I niezwykle irytująca.
Pozdrawiam moją przyjaciółkę Natalię, która w każdy piątek na podstawach hotelarstwa mizia mnie długopisem, a gdy się odwrócę, odzywa się do mnie z psychopatycznym uśmiechem na ustach "Jutro nowy rozdział". Nadajesz sens każdemu piątkowi, okay? I odgadłaś jako jedyna wskazówkę.... Ale shhh... Nie będzie ich więcej bo zdradzę całą fabułę.
Kolejny rozdział będzie wielkim punktem zwrotnym. Już widzę wasze miny "what the fuck are you doing here".
Dziękuje za komentarze i gwiazdki i całą waszą miłość ♥

sobota, 23 stycznia 2016

23


Długo stałam i gapiłam się bezmyślnie w drzwi Domku nr 4, nie mogąc uwierzyć, że jednak tu jestem. Wszystko wracało do normy, niedługo zobaczę się z rodzeństwem, znów zacznę trenować... Nawet słowa Demeter, które wypowiedziała tydzień temu, nie zachwiały tej harmonii panującej w moim umyśle. Chociaż...
Potrząsnęłam głową i weszłam do domku. Światła w oknach były już dawno pogaszone, widziałam to z daleka, ale nie wszyscy spali. Katie przemykała się na palcach do swojego łóżka, ale zamarła, gdy tylko mnie zobaczyła.
A potem się na mnie rzuciła, ściskając tak mocno, że brakło mi tchu. Poczułam malinowy zapach jej szamponu. Uspokoiło mnie to.
— Nie wiedziałam, że dzisiaj przyjedziesz! Co się zatrzymało? — spytała podnieconym szeptem, by nie zbudzić nikogo. Machnęłam ręką, jakby to nie było nic ważnego. Skoro matka odwiedzała tylko mnie z ponad dziesiątki jej dzieci, nie chciałam żeby ktoś się o tym dowiedział. Zrobiłoby się im przykro.
Przytachałam swoją walizkę i chciałam usiąść, by rozwiązać sznurówki, tyle ze na moim łóżku ktoś leżał. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na naszą grupową. Niewyraźnie widziałam jej twarz, skąpaną w księżycowym świetle. Zrobiła przepraszająca minę.
— To Troian, przywieźli ją tutaj wczoraj — wyjaśniła dziewczyna szeptem. — Ma pięć lat. Znalazł ją Cole, ten z domku Hermesa. Gdy wszedł do pokoju, było całe spalone, tylko ta mała kuliła się za sofą z wazonem kwiatów. Jest z sierocińca.
Kaite spojrzała na malutkie ciałko kłębiące się na białej pierzynie. W jej oczach dostrzegłam troskę podobną do tej, którą widziałam w ciemnych tęczówkach taty, gdy wybijałam sobie palce na wychowaniu fizycznym, bo nieumiejętnie odbijałam piłkę.
— Nie chciała spać nigdzie indziej, od razu podbiegła do tego łóżka. Nie pomogło tłumaczenie, że jest zajęte, po prostu położyła się, schowała głowę pod poduszką i nie odzywała się do nikogo. Udało się ją nakłonić, żeby coś zjadła, ale nadal nikomu nie ufa. Biedactwo.
Katie westchnęła cicho i zawiązała szlafrok. Jej ciemne włosy były splątane i mokre, jakby dopiero co wyszła spod prysznica. Poczułam znużenie. Chętnie sama bym się wykąpała i położyła, a potem spała do południa.
— Nie będziesz zła, jeśli zmienisz łóżko? Nie chce ja do tego zmuszać, szczególnie po tym co przeszła.
Pokiwałam głową. Sama byłam przerażona, kiedy dowiedziałam się, że jestem półbogiem. A byłam o dwanaście lat starsza. Dla tego dziecka to musiał być szok.
Woda była już zimna, więc wzięłam tylko pośpieszny prysznic i zajęłam jedyne puste łóżko w kącie, które było nieco za małe. Zwinęłam się w kłębek i natychmiast zasnęłam.
Sądziłam, że gdy przyjadę do Obozu Herosów, moje koszmary nocne znikną. Rok temu dręczyły mnie raz na jakiś czas. Ale gdy we wrześniu rozpoczęłam zwykłe życie od nowa, senne mary stały się nie do wytrzymania. Tata posunął się nawet do środków nasennych, które aplikowałam przed pójściem do łóżka. Ale nawet to nie pomagało, tylko rozmazywało kształty, jakbym miała naprawdę wielką wadę wzroku i tłumiło nieco uczucia.
Znów byłam Persefoną. W zasadzie byłam tylko nią, jakby życie mojej starszej siostry toczyło się, gdy spałam. Sceny nie były ułożone po kolei. Wypadkowe zdarzenia, sprzeczne emocje, które czułam jakby były moje własne.
Dziś było o wiele gorzeń, może dlatego, że nie zażyłam środków nasennych.
Poczułam ból w piersiach, palący ból, gdy ciemne ramiona, złożone z cieni chwyciły moje ciało. Uczucie, jakbym rozpadała się w molekuły. Rzuciłam talerzem z porcelany, który minął o cal głowę Hadesa i wywrzeszczałam, że go nienawidzę. Szłam ciemnym korytarzem, słysząc, jak ktoś powiadamia Pana Podziemia o klęskach na Ziemi, a on oświadcza, że go to nie obchodzi. Spojrzałam na własne ręce, pokryte pajęczyną czarnych żył. Z moich ust skapnęła krew i spadła na białą skórę. Chwyciłam się za gardło, dusząc się pestkami granatu. Byłam w ogrodzie, a dwa posągi spojrzały na mnie i zaczęły się poruszać w moją stronę, a ja dusiłam się i krwawiłam z ust. Piekące uczucie w klatce piersiowej, szum krwi w uszach, kamienne palce zaciskające się na moim ramieniu...
Zbudziłam się, oddychając ciężko. Koszula nocna kleiła się mi do ciała.
— Zły sen, co? — rozległ się głos Percy'ego, który zabrał rękę z mojego ramienia. — Przepraszam, musiałem cię obudzić. Chcąc cię widzieć w Wielkim Domu.
Starłam z twarzy pot i powoli kiwnęłam głową. Był już ranek i większość mojego rodzeństwa wybierała się na śniadanie. Mała, pięcioletnia dziewczynka siedziała na moim starym łóżku, wiercąc mnie swoimi brązowymi oczyma. Odwróciłam wzrok i spojrzałam na Percy'ego. Uśmiechał się, jakby to był najlepszy dzień jego życia. Ubrany w pomarańczową koszulkę, ze sznurem paciorków na szyi i rozkosznie rozczochranymi włosami. Miałam ochotę wstać i je przygładzić. Zacisnęłam wargi.
— Dam ci pół godziny na ogarnięcie się, a potem po ciebie wpadnę, okej? Musimy omówić twoje treningi.
Kiwnęłam głową, a syn Posejdona wyszedł. Wywlokłam się spod pierzyny i wyciągnęłam z walizki ubranie. Ręce mi się trzęsły, pamiętając jeszcze koszmar nocny. Spojrzałam na swoje dłonie, które w niczym nie przypominały rąk Persefony.
Bacznie obserwowana przez moja nową siostrę ruszyłam do łazienki. Zapinałam właśnie sandałki, kiedy Percy zapukał ponownie i razem wyszliśmy z domu, zostawiając Katie samą, gdy starała się przekonać Troian, by jednak poszła na śniadanie.
Chłopak był w doskonałym humorze i opowiadał, co się działo pod moja nieobecność. Spacerowaliśmy, zmierzając w stronę budowy, która się tu toczyła. Ludzie pracowali na budową domków, których ilość znacznie wzrosła od mojej ostatniej wizyty. Gdzieś w oddali słyszałam klekotanie spiżowego smoka, który również został zaangażowany w budowę, a szczególnie w transportowanie materiałów. Wymijaliśmy belki i cegły, dyskutując. Znaczy się, to Percy mówił, a ja kiwałam głową, albo pokazywałam gestami o co mi chodzi. Gdy temat zeszedł na Annabeth, jego piękne, morskie oczy zrobiły się ciemniejsze.
— Stara się, ale niczego nie może znaleźć. Nigdy nie widziałem ją w takim stanie... No może raz, albo dwa razy, ale to były skrajne przypadki. I wolę, żeby to się nie powtarzało.
Percy westchnął, najwyraźniej przygnębiony własnymi słowami. Ale, jak mi się wydawało, ADHD obejmowało również stany emocjonalne, bo po chwili rozpromienił się na widok znajomych. Obok stołu zawalonego papierami stali Leo, Jason i Ashley, jedna z córek Ateny.
— Czemu się tak upierasz, Valdez? — spytała chłodnym tonem dziewczyna.
— Bo to głupie. Zazwyczaj popieram głupie pomysły, ale to jest przesada!
Jason wyglądał tak, jakby zaraz miał się rozpłakać. Widziałam go parę razy. Nadzorował budowę domków w Obozie Herosów i świątynie w Nowym Rzymie, więc mieszkał i tu, i tu. Najwyraźniej niezbyt przypadła mu do gustu brygada budowlana.
Percy, wbrew wszystkiemu, zachichotał.
— Widzimy się na treningu o czwartej — powiedział z szerokim uśmiechem. — Do tego czasu pomogę temu tlenionemu blondynowi.
Grace rzucił mu posępne spojrzenie.
— To naturalny blond, Jackson.
Brunet wyszczerzył się jak psychopata.
—  Fakty mówią same za siebie, Grace.
— Jakie fakty? O czym tu mówisz? — zdumiał się Jason, marszcząc brwi. Percy znów niekontrolowanie zachichotał i dał mi kuksańca.
— No, zmykaj mała, i postaraj się utrzymać przy zdrowych zmysłach.

Jakie nudy. Naprawdę ja to napisałam? Okay, cieszmy się normalnością stanu rzeczy, bo jeszcze za tym zatęsknicie.
Czy tylko ja mam tak zawalony przyszły tydzień, że zastanawiam się, czy będę mieć czas na oddychanie? W ogóle to się dziwie, że nauczyciele nie zapowiedzieli jakiegoś sprawdzianu na sobotę, bo za dwa tygodnie nie będzie lepiej. No ludzie!
Więc... CHCE WAM SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ ZA TE 4K I 600 GWIAZDEK, KTÓRE OSIĄGNĘLIŚMY W ZESZŁA NIEDZIELE. JESTEM WAM WDZIĘCZNA Z CAŁEGO SERDUSZKA, JESTEŚCIE NAJLEPSZYMI CZYTELNIKAMI I NIE ZAMIENIŁABYM WAS NA ŻADNYCH INNYCH.
Dziękuje Wam za wspierane mnie i Mackenzie oraz wielbienie Leona, który jest z tego powodu w siódmym niebie. Tylko go zbyt nie rozpieszczajcie :)
Dużo miłooości xxx

sobota, 16 stycznia 2016

22


Przez chwilę panowała zupełna cisza. Tata stanął za mamą z przepraszającym wyrazem twarzy, ale ja go nie winiłam. Jak ona chciała gdzieś wejść, to to robiła. Nie zatrzymałby ją nawet śmiertelnik, którego niegdyś kochała.
Wstałam z sofy i spytałam:
~ Co ty tu robisz? Widziałyśmy się zaledwie pół godziny temu...
~ Chciałam ci tylko coś powiedzieć. Ale jak widzę, masz towarzystwo.
Obdarzyła Leona obojętnym spojrzeniem, a on dalej gapił się na boginię, to na moje ostatnie zdanie. No dobra, bardzo dużo się pozmieniało, odkąd opuściłam Obóz Herosów. Zbyt dużo, żeby nawet ja ogarniała to umysłem, a tym bardziej Leo, który zjawił się tu bez uprzedzenia. Zaczęłam gorączkowo myśleć, co mam odpowiedzieć matce. Jako bogini, nie potrzebowała słów, by się ze mną porozumiewać. Wystarczały myśli. Na początku był to dla nie szok. Obecność bogini w mojej głowie, która słyszała moją, nawet najmniejszą myśl, była nieco krępująca. Co ja gadam, to było okropne. Dopiero po pewnym czasie nauczyłam się blokować to, co nie był przeznaczone dla jej... uszu.
— Leo Valdez — kiwnęła głową bogini. Zaskoczyło mnie to, że go znała. Teraz to ja byłam zdezorientowana.
— Pani Demeter — odpowiedział chłopak, podnosząc się z fotela. W mojej głowie nareszcie zabłysł jakiś pomysł. Poprosiłam o notatnik i napisałam zdanie tak, by Demeter nie była w stanie go przeczytać.

Leo, pójdź po moją walizkę. Jest w pokoju, drugie drzwi na prawo na piętrze. Proszę.

Chłopak kiwnął głową, rzucając nieufne spojrzenie bogini i ruszył schodami w górę. Miałam jakąś minutę, żeby się z nią uporać.
— Jedziesz dziś do obozu? — spytała na głos, a w jej głosie zabrzmiała nuta rozczarowania. — Pomyślałam, czy nie mogłybyśmy się gdzieś wybrać na weekend. Tylko we dwie, co? Nie mogłabyś tego przełożyć?
Pokręciłam zdecydowanie głową. Zbyt szybko ją rozgryzłam. Zjawiała się zawsze, gdy chciałam wyjechać do Obozu i proponowała wspólny dzień. Zgadzałam się do tej pory. Ale widok Leona podziałam na mnie jak kubeł zimnej wody i otrząsnęłam się z hipnozy.
Zawsze byłam przekonana, że moja mama odeszła zaraz po moim urodzeniu. Miałam tylko tatę i kochałam go najmocniej na świecie. A rok temu poznałam prawdę — moją matką jest Demeter, starożytna bogini rolnictwa, plonów, roślin i tak dalej. Byłam półbogiem. Niezwykle nieudolnym, pozbawionym talentów półbogiem. Ale płynął we mnie ichor, zmieszany z śmiertelniczą krwią a ja nic nie mogłam na to poradzić. I gdy Demeter pojawiła się pewnego dnia w moich drzwiach, nie potrafiłam jej odmówić. Od kiedy byłam małą dziewczynką, marzyłam, że moja mama kiedyś wróci i będziemy nadrabiać stracony czas, robiąc te wszystkie damskie i obciachowe rzeczy. No i w końcu stało się. Nie odrzuciłam tego, tylko przyjęłam z wdzięcznością.
— Przecież tydzień cię nie zbawi, prawda? — spytała przymilnym tonem. Rany, czy ta kobieta nie rozumie słowa WYJEŻDŻAM?
Tata odchrząknął.
— Niech jedzie. Czekała na to cały rok szkolny. Ma do tego prawo. Poza tym, to ja ją wychowuję, nie ty. To ja jestem jej opiekunem, więc wysyłam ją do tego wariatkowa czy ci się to podoba, czy nie.
Na początku Demeter była zaszokowana, że ktoś jej się postawił. Spojrzałam na tatę z podziwem i nasze spojrzenia się skrzyżowały, nawiązując iskrę porozumienia. Wiedział. Teraz matka spoglądała na niego, jakby miała go zadźgać samym spojrzeniem.
— Ale...
— Nie — warknął tata, a ja w tym samym czasie tupnęłam nogą. Większy efekt bym wywołała, jakbym miała na gołych stopach buty. Mogłam niemal usłyszeć, jak zęby Demeter zgrzytają. Obnażyła tatę jeszcze raz morderczym spojrzeniem, które wywołały na moich plecach ciarki, i zniknęła w chmurze w kwiatów i trawy. Wypuściłam powietrze z płuc i przytuliłam się do swojego rodziciela.
— Bądź ostrożna — mruknął w moje włosy. — Od początku mi się to nie podobało. Mam złe przeczucia co do twojej matki. Miej oczy szeroko otwarte.
Kiwnęłam głową. Usłyszałam, jak Leo schodzi po schodach, siłując się z moją walizką. Tata westchnął.
— Ty prowadź. Będę spokojniejszy, wiedząc że za kółkiem jest ktoś rozważny. Może jest dobrym przyjacielem, ale wygląda tak, jakby wypił więcej kawy niż ty podczas egzaminów — szepnął cicho, tak, aby chłopak nie dosłyszał. Uśmiechnęłam się szeroko, bo tata trafił w sedno. Ucałował mnie w głowę i powiedział głośno. — Bawcie się dobrze.
Zapomniałam, jaki Leo był dobry w rzucaniu krzywych spojrzeń oznaczających "Zabije cię".
Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Spóźniłam się tylko dwa dni, co przecież nie jest żadnym przestępstwem. To on zajął mi miejsce do parkowania, więc z naszej dwójki to ja powinnam się wściekać. Tymczasem Leo robił to za mnie, dodatkowo całkowicie mnie ignorując. Chyba dotknęło go do żywego to, że zażądałam kluczyków do furgonetki. Tak więc siedział i bawił się swoimi sprężynkami wyjętymi z pasa, jak ośmiolatek, a miał o dziesięć wiosen więcej. Rzucał mi krzywe spojrzenia, zaciskał usta, a potem majstrował i znów cykl się powtarzał.
Udawałam, że tego nie widzę. Po piętnastu minutach cichej jazdy, wypełnionej dźwiękami silinika i piosenkami z listy hitów lecącej z radia, miałam dość.
Postanowiłam, że go zachwycę. Uczyłam się cały rok szkolny alfabetu Morse'a, skutecznie nie uważając na lekcjach i podczas spotkań z Demeter. Wystukałam głośno w kierownice.

Leo, czy wszystko okey?

Jego dłonie na chwile się zatrzymały, obdarzył mnie krzywym spojrzeniem z urozmaiceniem, czyli " Daruj sobie i tak cie zabiję" i bawił się dalej.
Przyśpieszyłam. Leo nie odzywał się przez cała drogę.
Pierwsze gwiazdy już dawno błyszczały na niebie, kiedy wysiedliśmy z furgonetki. Przeciągnęłam się i odetchnęłam świeżym powietrzem, wolnym od spalin i nowojorskiego brudu. Pachniało drzewami iglastymi i truskawkami. Poczułam się jak w domu.
Chłopak przejął dowodzenie. Wziął moją walizkę i bez słowa ruszył przed siebie do Wielkiego Domu. Podążyłam za nim, próbując opanować chęć by go uderzyć. Był bardziej irytujący niż pamiętałam.
Na werandzie nikogo nie było, ale Leo się tym nie przejął. Gwałtownie otworzył drzwi i wszedł do środka, a ja za nim.
Przy stole pingpongowym siedziało trzy osoby. Annabeth, której jasne, kręcone włosy były zebrane w wysoki koński ogon. Percy, który ze znudzeniem wpatrywał się w papiery rozrzucone po całej powierzchni stołu i niebezpiecznie kiwał się na swoim krześle, jakby miał zaraz zasnąć. I rudowłosa dziewczyna, której nie rozpoznałam, gryzła ołówek, jakby to był batonik.
Leo rzucił moją walizką, powodując huk, od którego sama podskoczyłam. Percy ocucił się i prawie spadł z krzesła. Przez chwilę panowała cisza, po czym blondynka podniosła się i otworzyła usta. W jej oczach czaiła się żądza mordu.
— Co ty sobie, na litość Olimpu, Valdez, wyobrażasz? — warknęła. — Dopiero gdy nie zjawiłeś się na zebraniu, zrozumieliśmy, co zrobiłeś. Jak śmiałeś ukraść furgonetkę?
Leo założył ręce na piersi. Zazwyczaj miał wielki szacunek do Annabeth i starał się jej nie zawieść, ale teraz wyglądał, jakby mało obchodziło go to, co myśli dziewczyna. Bawiłam się kluczykami od pojazdu, starając nie czuć się winną.
— Jak mogłeś być tak nieodpowiedzialny? Jesteś grupowym domku! Spodziewałam się po tobie trochę więcej rozsądku.
Ja i Leo uśmiechnęliśmy się pod nosem. Rozsądek to nie był epitet, który opisuje chłopaka. Annabeth to rozwścieczyło.
— Nie śmiej się! Masz Mackenzie za taka głupią, że nie potrafi trafić do obozu?
— Jestem pewny, że trafiłaby sama. Jak tylko jej mama by się nią znudziła.
Blondynka zamrugała parę razy, zbita z tropu, po czym dźgnęła Leona w pierś.
— Nic ci do życia prywatnego Mackenzie i jej taty. Skoro znalazł sobie kogoś, ty...
— Chodziło mi o biologiczna matkę.
Wszyscy spojrzeli na mnie, czekając na wyjaśnienia. W ustach zrobiło mi się sucho.
— O czym on mówi? — spytała Annabeth, zwracając się do mnie.
Dotknęłam tylnej kieszeni moich spodni i zaklęłam w myślach. Nie miałam przy sobie notatnika ani długopis. To było do mnie nie podobne i już budziło podejrzenia. Ale gdy spędza się dnie z boginią, nie potrzeba pisma. Wystarczą myśli. Na nogach jak z waty podeszłam do stołu i znalazłam w miarę czystą kartkę i ołówek, nabazgrałam parę słów i podałam blondynce.

O Demeter. To aż tak dziwne?

Z jej miny wywnioskowałam, że tak. Nie rozumiałam tego. Chyba każdy bóg interesował się swoimi dziećmi, nie? Może nie wtedy, gdy były w obozie, ale poza nim. Raz na jakiś czas brały córkę albo syna na kręgle, prawda? To naturalne. Skoro nie mogą być stałą częścią ich życia, to chociaż dawać im jakieś małe chwile radości.
— Kiedy się to zaczęło?
Bez wahania napisałam datę. Pamiętałam ten dzień doskonale.

23 września

— Świetnie — prychnął Leo znad ramienia Chase. — Nawet datę pamięta. Może mamusia wyznaczyła ci termin ślubu, co?
Poczułam smak goryczy w ustach. Nie miał prawa tak mówić, nie znając wszystkich szczegółów. Na jego słowa pobladłam. Percy chyba to zauważył.
— Mackenzie, dobrze się czujesz?
Nie, nie czułam się dobrze. Zerwana o świcie, cały dzień w towarzystwie bogini, która siedziała w moim umyśle i próbowała wedrzeć się do moich myśli. Potem Leo, który zjawił się znikąd, narobił bałaganu w mojej głowie a teraz patrzył na mnie, jakby mnie nienawidził i żałował, że mnie zna.
Pokręciłam głową.
— Niech idzie odpocząć — zadecydował Percy. — Jutro możemy z nią o tym porozmawiać.
Pogadać o czym? Nie podobało mi się to. Annabeth miała minę, jakby chciała się z nim kłócić, ale jej chłopak uciszył ją spojrzeniem. Zanim zdążyła jednak coś powiedzieć, chwyciłam walizkę, obdarzyłam Percy'ego słabym uśmiechem wdzięczności, który odwzajemnił i wyszłam z pomieszczenia.

Uwielbiam postać taty Mackenzie. Zdobył moją sympatię i kiedyś się zastanawiałam nad napisaniem one shota o tym, jak poznał Demeter. Będzie to wytłumaczone dopiero pod koniec.
Jestem tak zadowolona, że wszyscy (albo większa część) była zaskoczona pojawieniem się Pani Owsianki w akcji. Obiecuje, będzie jeszcze dziwniej. Zniszczę Was psychicznie, a Wy mnie znienawidzicie. Poczekajmy jakieś trzy, cztery rozdziały...
W porównaniu z tym, co tam się będzie działo, to o właśnie przeczytaliście, jest okropne nudne.
Ale... skojarzcie fakty moi drodzy.... Coś się tutaj kryje między wierszami :)
Do napisania x

sobota, 9 stycznia 2016

21


CZĘŚĆ II — JAK ROZPĘTALIŚMY DRUGĄ WOJNĘ TROJAŃSKĄ


Spóźniała się już dwa dni. Miała taki zwyczaj, żeby nie zjawiać się w porę o ustalonej godzinie, ale zazwyczaj to było dziesięć minut. Ale dwie doby?
Leo otarł pot z czoła. Coś mu nie pasowało. Próbowali go przekonać, że nic jej nie jest. Może jej coś wypadło i zjawi się później? Tak czasami się zdarza.
Ale on czuł coś innego. Może to za sprawą ADHD snuł intrygi i ciemne scenariusze, nie mogąc się powstrzymać. W każdym razie, minuty i godziny ciągnęły się w nieskończoność, jakby ktoś zalał smołą mechanizmy zegarów, by poruszały się wolniej.
Brakowało mu jego małej przyjaciółki. Choć miała grubo ponad metr siedemdziesiąt.
Nie widział jej od ferii wielkanocnych. I tak była tylko chwilę. Nic specjalnego. Czy bolało go to, że wybrała życie w świecie śmiertelników zamiast szkolić się tutaj? Przecież tego potrzebowała.
Rozumiała go jak nikt inny. Gdyby coś jej się stało...
Rzucił kluczem francuskim i podniósł się z klęczek. Umył ręce i wypadł z Bunkra 9 tak gwałtownie, że potknął się o najbliższą gałąź. Zaklął i ruszył biegiem do Wielkiego Domu.
— Potrzebuje furgonetki — palnął na dzień dobry, wpadając do gabinetu Chejrona, który porządkował jakieś papiery.
— Nie — odpowiedział centaur, nawet na niego nie spojrzawszy.
— No weź — jęknął chłopak, wykręcając sobie palce. — Wystarczą mi góra trzy godziny. Chce się upewnić, że nic jej nie jest.
Mężczyzna skierował na niego swoje inteligentne oczy i przemówił głosem, który według niego miał wyrażać koniec dyskusji.
— Nie jest tak bezbronna, za jaką ją masz. Da sobie radę. A ty wracaj na zajęcia.
Leo wiedział, że nic nie utarguje i tylko straci czas. Kątem oka spostrzegł na komodzie obok pęk kluczy. Gdy centaur wrócił do porządkowania, chłopak westchnął teatralnie, odwrócił się na pięcie, zagarnął zdobycz i wyszedł. Najpierw szedł powoli, a potem puścił się biegiem w kierunku Wzgórza Herosów, gdzie stały furgonetki.
Nieźle, zupełnie nieźle. Mógłby kraść zawodowo, co może okazać się pomocne, bo gdy Chejron spostrzeże, że zakosił klucze, wyleje go na zbyty pysk.
Dawno nie prowadził. Musiał sobie przypomnieć jak to się robi, a potem ruszył, łamiąc zapewne ograniczenie prędkości. Wstukał do GPS-u jej adres zamieszkania i ruszył wyznaczoną trasą.
Na podjeździe nie było samochodu. Leo zmówił szybką modlitwę o to, by ktokolwiek był w domu i zapukał do drzwi.
Otworzył mu mężczyzna w garniturze, z poluzowanym krawatem i rozpiętą koszulą przy gardle. Kiedyś zapewne jego włosy miały identyczny odcień jak włosy Mackenzie, ale teraz widniały w nich nieliczne siwe pasemka.
Gdy Leo tylko go zobaczył, wiedział, że coś jest nie tak.


♦ 

Chciałam zaparkować, tyle że na podjeździe już ktoś to zrobił. Zacisnęłam palce na kierownicy. Świetnie. Jakiś palant zaparkował na moim miejscu, a ja będę zmuszona zaparkować na chodniku, jakbym była tu tylko przyjazdem. Nie dość, że miałam kiepski dzień, to jeszcze to.
A potem zauważyłam logo na furgonetce i omal nie posłałam psa moich sąsiadów do Podziemia. Rozchyliłam wargi ze zdumienia, zamrugałam parę razy, ale logo nie zniknęło.
Obóz Herosów.
Zaparkowałam samochód na chodniku i chwyciłam torebkę z siedzenia obok, nie spuszczając wzroku z pojazdu. Zamknęłam własny, po czym podeszłam do tego, który stał na podjeździe. Zajrzałam do środka. Kluczyki tkwiły w stacyjce, a przy lusterku zwisał odświeżacz powietrza w kształcie truskawki. Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się na pięcie. Moje obcasy wbijały się w trawnik, kiedy szłam na skróty do drzwi. Otworzyłam je i weszłam ostrożnie do środka. Zamknęłam cicho drzwi, rzuciłam kluczki do szufladki i zdjęłam obcasy. Moje stopy dotknęły zimnej posadzki. Po całym dniu byłam tak wykończona, że nie chciało mi się podnosić nóg, a tym bardziej zanieść walizkę do samochodu i siedzieć tam przez następną godzinę, by dojechać na Long Island, gdzie zapewne dotrę już po kolacji, gdzie wszyscy będą kłaść się spać a ja...
Stanęłam nieruchomo, wpatrując się w postacie w pomieszczeniu. Tata podniósł się i cmoknął mnie w czoło.
— Jak tam? — spytał beztrosko. Ja jednak dostrzegłam zamaskowaną troskę na jego twarzy. Wzruszyłam ramionami, znów utkwiwszy wzrok w przybyszu. Tata najwyraźniej zrozumiał i ulotnił się z pomieszczenia.
— Rany, wyglądasz okropnie — przywitał się Leo. Nawet się nie wysiliłam, by zaprzeczyć. Rzeczywiście, wyglądałam okropnie. Zerwana o świcie, cały dzień na nogach, bez chwili wytchnienia. Miałam nadzieje, że w wakacje to się zmieni. Nadzieja matką głupich. Teraz miałam cały dzień do dyspozycji, gdy wcześniej połowę doby zabierała mi szkoła. Złożyłam ręce na piersi, nie bardzo wiedząc, co zrobić.
Nie widziałam go tyle miesięcy, a jedynie co czułam, to zakłopotanie. Gdyby usłyszał moje myśli, chyba by pękną ze śmiechu.
— Musiałem sprawdzić, co z tobą. Miałaś być dwa dni temu w obozie. Wszyscy się martwią. Co się stało? — powiedział bardzo szybko. Usiadłam na sofie i sięgnęłam po notatnik, który leżał na niskim stoliczku. Zawsze w przypadkowych miejscach było pełno zeszytów i długopisów, na wypadek, gdybym nie miała na czym odpowiedzieć. Od czasu, gdy dowiedziałam się, jaki wpływ ma na życie herosów komórka, używałam ją z rozsądkiem.
Byłam zajęta. Przepraszam. 
— Przepraszam? — oburzył się chłopak. — Wszyscy umierają ze strachu, że coś ci się stało, a ty mnie przepraszasz?
Przepraszam...
— Czy możesz w końcu przestać przepraszać, mała?! — odwarknął. Nie wiem czemu, ale uśmiechnęłam się. Nie jestem pewna, ale chyba odbywaliśmy już podobną dyskusję wcześniej.
Przepraszam. Jezu, Leo, jak widzisz, nic mi nie jest. Przyjadę do Obozu jutro, okej? 
— Czemu dopiero jutro? — zdziwił się. — Przecież możesz przyjechać dzisiaj. Co cię zatrzymuje? 
Jeśli usiądę za kierownicą, to zasnę. Nie mam ochoty wylądować w rowie. Ostatnio, jak to zrobiłam, okazało się, że moja matka jest starożytną boginią, więc wybacz, ale nie, dziękuje. 
Poczułam wyrzuty sumienia, gdy tylko podałam mu notatnik. No ale, hej, wakacje są po to, żeby się wysypiać! A ja zdecydowanie potrzebuje twardego snu, bez żadnych cholernych wskazówek i proroctw.
— Czy ty próbujesz się ze mną kłócić, mała? Co się z tobą dzieje? — spytał. Zabolał mnie wyraz jego twarzy.
Trochę się pozmieniało w moim życiu, odkąd wróciłam z obozu. 
— Na przykład?
Zabrzmiał dzwonek do drzwi. Mój pies — Audrey — podniósł alarm, szczekając tak głośno, że moje uszy mogły by krwawić. Przełknęłam ślinę. Jest zbyt późno na odwiedziny znajomych — moich i taty — więc to musiała być tylko jedna osoba.
Rozległy się głosy w przedpokoju, stukot szpilek i do sali weszła kobieta w eleganckiej sukni o koloru zboża. Ciemne włosy, zazwyczaj spięte, opadały jej na ramiona kaskadą. Gdy zobaczyła mnie i Leona w salonie, z jej pełnych ust znikł słodki uśmiech, a w oczach zapalił się zimny płomyk, który natychmiast znikł.
Mina Valdeza była bezcenna, gdy rozpoznał moją matkę.

◊ 
To zaczynamy przygodę. Czy ktoś się spodziewał takiego początku? Jestem taka podekscytowana, zobaczycie, będzie fajnie. Dla mnie, bo nie mam pojęcia co Wy o tym wszystkim pomyślicie.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis