sobota, 26 grudnia 2015

Specjał świąteczny, czyli śnieg, okropny sweterek i spalone pierniki.


Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo czas uciekał mi przez palce. Uświadomiły mi to dopiero dzieci, które zaczęły piszczeć i skakać na widok białego puchu spadającego z nieba. Stanęłam na środku chodnika w Nowym Jorku, co nie było zbyt rozsądnym posunięciem z mojej strony. Byłam trącana przez oburzonych ludzi, gdy stałam z otwartą buzią i patrzyłam się w ciemne chmury, które zasnuły niebo. Padał śnieg. Poważnie. Gdy jeden płatek spadł na mój policzek i roztopił się, miałam już wyobrażenie, jak późno już jest. A nawet nie miałam ściągniętej playlisty świątecznej. Co za zaniedbanie z mojej strony!
Gdy wróciłam do domu, sporządziłam świąteczną listę przystrojoną rysunkami bombek i choinek. I upiekłam pierniki, których woń utrzymywała się w pokojach mojego domu przez dwa dni od skonsumowania ostatniego. Osobna lista została sporządzona na prezenty świąteczne. Najpierw sprezentowałam sobie, bo zobaczyłam tak obrzydliwy sweterek w renifery i płatki śniegu, że musiałam kupić sobie jeden egzemplarz. Drugi powędrował do taty, a że mnie mocno kocha, to założył.
Sporządziłam jeszcze trzecią listę, na której był tylko jeden punkt. Nadałam jej tytuł " CO MUSZĘ ZROBIĆ W OBOZIE HEROSÓW A CO JEST CHOLERNIE WAŻNE". Bardzo subtelne, czyż nie?
W zasadzie nie, to była moja sprawa życia i śmierci, trzymana w sekrecie jak druga twarz Hanny Montany. Pomijając to, że prowadziłam drugie, tajemne życie heroski, oczywiście.
W wolny od zajęć piątek wstałam o ósmej, będąc dumna z tego, że nie wyglądałam jak zombie z świątecznej wyprzedaży. Przez godzinę zastanawiałam się, czy herosi obchodzą Święta Bożego Narodzenia. Ja byłam katoliczką, więc spędzanie ostatnich dni Starego Roku z tatą i rodziną, było dla mnie sprawą oczywistą. Do tamtego roku, aż dowiedziałam się, że jestem córką starożytnej bogini, sprawy się nieco skomplikowały. A żeby to szlag trafił. W końcu zdecydowałam, że spędzam tam tylko wakacje i może przez pół roku zapomną o mojej wpadce, jeśli ta się wydarzy. Ubrałam swój okropny sweterek, wzięłam torebkę, kluczyki do samochodu i poszłam szastać pieniędzmi na prawo i lewo.
Wyszłam z galerii z naręczem toreb, które wpakowałam do mojego Cadillaca. I ruszyłam do następnej. Połowa tych toreb była dla mnie, taty lub Audrey, mojego małego super szczura, przebranego za psa. Trzeba mieć jakąś radość z życia! To podarunki, którymi pocieszę się, jeśli zbłaźnię się w Obozie Herosów. A jeśli stanie się coś odwrotnego, to będą moje trofea.
Spędziłam godzinę na włóczeniu się po sklepach, po czym skapitulowałam. Nie miałam cholernego pomysłu, co mogłabym kupić Leonowi. Płytę Beatlesów? Usiadłam w kafejce, zamawiając gorącą czekoladę i napisałam do taty. Nasza rozmowa wyglądała tak:
Ja: Musisz być szczery, bo mam dziewczyński problem.
Tata: Jestem w takich sprawach specjalistą.
Ja: Powiedzmy retorycznie, że gdybyś znał chłopaka przez dwa miesiące, ale zawdzięczał mu dość dużo, a potem w okresie świąt myślał, co mu kupić i czy cokolwiek mu kupić, bo jest na wpół starożytnym bogiem, to co byś zrobił?
Tata: Oczywiście to wszystko to pytanie retoryczne?
Ja: Tak.
Tata: Dałbym mu całusa.
Ja: Jesteś obrzydliwy! To tylko kolega.
Tata: Przecież to było pytanie retorycznie!
Ja: To nie zmienia faktu, że potrzepuje męskiej i fachowej rady, a ty mi wyskakujesz z całowaniem się.
Tata: Jesteś za młoda na całowanie. Mówiłem tylko o całusie w policzek. Kenz, co ci chodzi po ten nieczystej główce?
Tata: Albo nie pisz, nie chce wiedzieć.
Ja: Ponawiam odpowiedz: jesteś obrzydliwy. Jestem grzeczna.
Tata: Myślisz o całowaniu! Z języczkiem!
Ja: Boże, tato! Skończ! Myśl jak facet i powiedź mi co byś retorycznie chciał dostać?
Tata: Skarpetki.
Uderzyłam się w czoło płaską dłonią, skupiając na sobie wzrok starszej pani oraz pary, która obściskiwała się w rogu. Dziewczyna szepnęła coś na ucho swojemu chłopakowi, oboje zachichotali i zajęli się z powrotem zawartością swoich ust. Życzę im z całym szacunkiem, przyprawionym cynamonem, by dostali liszai. I z goryczą pragnę zauważyć, że to powinno starszą panią zdegustować bardziej niż moje zachowanie. Dopiłam — zimną już — czekoladę, zapłaciłam i wyszłam, kierując się do sklepu muzycznego. Nie macie nawet pojęcia, jak płyty winylowe są drogie, a szczególnie tak kultowych zespołów. Gdy wychodziłam z galerii, kierując się do mojego czerwonego cuda na czterech kółkach, zauważyłam kobietę. Miała ciemne włosy, splecione w koszyk, białe nauszniki, wydatne usta i brązowe oczy. Nosiła złoty płaszczyk, ciemne spodnie i wysokie buty, na których chodziła jak modelka mimo lodu na chodniku. Była mi aż nazbyt znajoma. Pytanie tylko, co ona tu robiła? Powinna mi dać spokój. Wczoraj dokładnie jej wytłumaczyłam, że idę na świąteczne zakupy, sama bez eskorty honorowej. I oczywiście, zrobiło jej się smutno. Ale co mnie to obchodziło, skoro nawet oddychać nie mogłam swobodnie, bo liczyła, ile powietrza zużywam? Zachowałam się więc bardzo dojrzale i schowałam się za choinką aż minęła mnie, patrząc na wystawy. Gdy zniknęła w jednym ze sklepów, popędziłam, ślizgając się na moich płaskich butach, do mojego auta. Był już nieco przyprószony śniegiem. Uruchomiłam silnik, włączyłam wycieraczki i ruszyłam z kopyta, zostawiając ją za sobą. Choć jeden dzień, czy to aż tak wiele?
W środę, dwudziestego trzeciego, zapakowałam wszystkie prezenty do samochodu, spławiłam "panią doskonałą", włożyłam swój najlepszy płaszczyk, obiecałam tacie, że nie będę się całować i ruszyłam w drogę do Obozu Herosów.
Włączyłam płytę ze świąteczną składanką, którą zrobiłam dwa tygodnie wcześniej. Kiedy usłyszałam pierwsze nuty "We Need a Little Christmas", poczułam, jak moje serce przepełnia ciepło. Śnieg zaczął prószyć z nieba, więc włączyłam wycieraczki. I tym razem z ręką na sercu, mogę powiedzieć, że całą drogę byłam skupiona na jeździe. Ostatnio, gdy się rozproszyłam, nieco przysnęłam i zaatakowały mnie mitologiczne stwory oraz wylądowałam w rowie. A nie chce porysować karoserii.
Byłam w połowie trzeciej płyty, kiedy dojechałam na miejsce. Westchnęłam i zaczęłam się zbierać do wyjścia. Gdy prawie wszystkie paczuszki zostały przeze mnie zabrane, zmarszczyłam brwi, widząc mały podarunek, który nie należał do mnie. Chwyciłam go i przeczytałam kilka słów, nakreślonych na samoprzylepnej kartce:
Daj to Leonowi ode mnie. Tata, xoxo.
Z niecierpliwością rozdarłam papier. Na kolana spadła mi koszulka w pomarańczowym kolorze, z napisem na piersi:
NIEZŁY ZE MNIE PŁOMYCZEK
Chwyciłam za komórkę, mając w głowie tylko jedno słowo i to właśnie napisałam do taty.
Ja: Nie.
Tata: Otworzyłaś jego prezent?
Ja: Nigdy mu tego nie dam, zapomnij.
Tata: Wiesz, że nie ładnie tak grzebać w cudzych rzeczach?
Ja: Jak ty w ogóle na to wpadłeś?
Tata: Zawiodłem się na tobie. Nie tak cię wychowałem.
Ja: Tato!
Tata: Dziś śpisz na wycieraczce.
Westchnęłam ciężko i zapakowałam prezent z powrotem. Wyciągnęłam długopis i kartkę, na której napisałam parę słów, że to od mojego taty. Czułam się, jakbym czekała na jakiś ważny sprawdzian i była pewna, że nie zdam. Wygramoliłam się na zimno i mróz z ekwipunkiem Świętego Mikołaja oraz skierowałam się do Obozu. Gdy tylko przekroczyłam granice, rozejrzałam się dookoła. Nie było śniegu. Słońce przyjemnie grzało, a w moim płaszczu zapewne wyglądałam jak bałwan. Stoczyłam się więc stromym zboczem i skierowałam do części mieszkalnej, porządnie się przy tym pocąc. Miałam pojecie, że tutaj pogoda jest kontrolowana, no ale... Święta bez śniegu? Czuło się jednak, że to końcówka grudnia, bo w cieniu drzew kryło się coś złowrogiego.
— Mackenzie! — wrzasnęła jedna z brunetek, pracująca w ogródku przy Domku Demeter. Wstała i wytarłszy dłonie w swoje ogrodniczki, uścisnęła mnie mocno. — Czemu jesteś tak ubrana? Przecież jest ciepło.
Wrzuciłam jej w ramiona górę toreb i rozebrałam się z płaszcza.
— To wszystko to prezenty? — spytała Miranda, patrząc zdziwionym wzrokiem na pakunki. Kiwnęłam głową. — Nie masz co robić z pieniędzmi?
Tu jest miejsce na przewrócenie oczami. Poszukałam w torbie małego pakunku i podałam jej. Miałam rozpiskę wszystkich osób z mojego domku, które były na świętach w obozie. Dziewczyna wzięła zaskoczona podarunek, a ja z uśmiechem na ustach podeszłam do reszty rodzeństwa. Oliver ściął włosy, a Katie je przyciemniła. Wyściskałam wszystkich, próbując na ich wymusić, by przyjęli prezenty. I non stop się rozglądałam.
— Szukasz Leona, co? — spytała z uśmiechem Katie. — Jest w Bunkrze. Chyba. Znaczy się na pewno.
Kiwnęłam powoli głową. W zasadzie, miałam jeszcze jedną sprawę do załatwienia, ale nikt nie mógł puścić pary z ust. Skierowałam się więc między domki, nie idąc jednak drogą ku Bunkrowi. Powtarzałam w głowie modlitwy o wsparcie u Boga, by się udało. Nie było trudno znaleźć jego domku. Zapukałam w drzwi, wstrzymując oddech.
Drzwi otworzył mi chłopiec o cudownej, oliwkowej skórze, ciemnych, rozczochranych włosach i czarnych oczach, które na widok mojej osoby zwęziły się w szparki. Tak, nigdy nie rozmawiałam za dużo z Nickiem di Angelo, bo zbyt rzadko bywał w obozie. Ale to była nadzwyczajna sytuacja. Wyciągnęłam notatnik w jego stronę.
Czy mógłbyś mi pomóc z jedną sprawą?
Nie wiem, jak to możliwe, ale zmrużył oczy jeszcze bardziej. Jestem pewna, że nic nie widział.
— Słuchaj Mackenzie, rozumiem, że jesteś tu raz na jakiś czas, ale musisz wiedzieć...
Muszę porozmawiać z Persefoną.
Punkt dla Atkinson, bo udało mi się go zaskoczyć. Parę razy zamrugał i przeczytał jeszcze raz prośbę. A raczej oświadczenie.
— Po co? I czy ja ci wyglądam na Hermesa?
Próbowałam się z nią skontaktować przez iryfon, ale to nie działa. Proszę Nico, mam pewną sprawę do załatwienia.
— Czyli jestem jakimś cholernym, boskim posłańcem, tak?
Proszę tylko o jedną rzecz. Potem usunę się w cień.
— To jakiś żart?
Pokręciłam przecząco głową. To była jedyna pozycja na liście  "CO MUSZE ZROBIĆ W OBOZIE HEROSÓW A CO JEST CHOLERNIE WAŻNE". I nie zamierzałam w najmniejszym stopniu łatwo odpuścić. Nico westchnął, ale wpuścił mnie do domku. Nie miałam nawet chwili, by pooglądać wnętrze domku, bo chłopak pociągnął mnie w głąb pomieszczenia, gdzie nie było praktycznie nic widać. Coś wymamrotał, czymś rzucił i w tafli wody ukazała się twarz Persefony. Bogini zajmowała się akurat malowaniem paznokci. Uściślenie: ktoś, kogo nie obejmowało moje lustro, malował jej paznokcie. Nico odchrząknął i dopiero wtedy bogini podniosłą wzrok.
— Nico — powiedziała zaskoczona, po czym zauważyła mnie. — Oh.
Tak, to było dobre określenie. Stanęłam przed zwierciadłem i podniosłam notatnik z pytaniem.
Możemy porozmawiać na osobności?
Bogini uśmiechnęła się i odprawiła służącego. Ja odwróciłam się, by poprosić o chwilę prywatności, ale Nico przepadł. Jak gdyby rozpłynął się w mroku.
— No więc, ktoś ma tutaj dość ciągłej uwagi? — spytała Persefona, oglądając swoje paznokcie. Nabazgrałam odpowiedź.
To wcale nie jest zabawne. Czy masz może jakieś pojęcie, co może ode mnie chcieć?
— Nie mieszam się do jej interesów, siostrzyczko. A ona nie dzieli się nimi ze mną. Musze ci jednak podziękować, bo zapewniasz mi chwilę upragnionego spokoju.
Czy z którymś poprzednim półbogiem było podobnie?
— Kochanie, mówiłam, że nie mam pojęcia o co jej chodzi... Mogę tylko podejrzewać i mam z całego serca nadzieje, że się mylę.
Aż tak źle? Zacisnęłam dłoń na notatniku. Miałam nadzieje, że uzyskam jakieś odpowiedzi, wyjaśnienie albo wskazówki. Ale to na nic.
— Powiem ci jedno: jeśli ona chce coś dostać, dostanie to.
Zmieniamy taktykę. Zaciskając wargi tak mocno, że byłam pewna, że zrobiły się siwe, napisałam oświadczenie.
Śnisz mi się po nocach. Jestem tobą w różnych sytuacjach niepoukładanych chronologicznie.
— Czekaj, chwilka, słucham? — zdziwiła się bogini, po raz pierwszy zwracając swoją całą uwagę na mnie, a nie na mokrych paznokciach. Uchwyciłam to, że mamy podobny zarys ust i podobnie marszczymy nos. — Jako w śnie jesteś mną?
Tak po prostu. Albo jestem porywana, albo jem granat, albo wrzeszczę na matkę, by nie traktowała mnie jak dziecko.
— Oj, to chyba niedobrze. Nie znam się na herosach, ale zazwyczaj śnią się wam przepowiednie czy coś, prawda?
Wzruszyłam ramionami. Od dziecka nie pamiętałam snów, dopiero gdy znalazłam się tutaj coś zaczęło się zmieniać. Przeżywałam te sny niejednokrotnie tak intensywnie jak prawdziwe życie. Czułam ból, smak, zapachy...Potrafiłam tam mówić, co było jednym plusem tych niespokojnych nocy.
— Spróbuje się coś dowiedzieć, ale nic nie obiecuje. Popytam tam i tu. Chyba Apollo powinien coś wiedzieć.
— Co Apollo powinien wiedzieć? — spytał Nico, pojawiając się nagle przy moim boku. Cholera. Persefona założyła ręce na piersi i przybrała groźny wyraz twarzy.
— Jak przekonać własnego syna, by nauczył cię zasad kultury i nie wrzynania się do rozmów innych osób.
— Po pierwsze: odwal się od Will'a — powiedział spokojnym głosem brunet. — Po drugie: to dlatego nigdy cię nie lubiłem. Koniec wizyty.
Zdołałam uchwycić tylko widok, gdy Persefona przewraca oczami. A potem ciemności. Nico odwrócił się do mnie z stanowczym wyrazem twarzy. Czy powinnam się bać?
Tak. Powinnam.
— Czego od niej chciałaś?
Informacji. I ich nie uzyskałam.
— Wiesz niecały rok o tym, kim jesteś — zaczął wolno Nico. — Ale jedno powinno ci być znajome: herosi nie zadają się z bogami. Nie żądają od nich odpowiedzi. To kosztuje. O co chodziło?
Będę pamiętać na przyszłość. To była drobnostka, jedno krótkie pytanko.
— Czyli mogę powiedzieć Leonowi?
Pokręciłam zbyt gwałtownie głową. Na usta Nica wpełzł uśmiech satysfakcji.
Nie mów nikomu. Musisz przyrzec, że nie powiesz nikomu.
— Wpakujesz się w kłopoty, Mackenzie. A ja nie chce mieć na głowie wściekłego Leona.
Jakby to było coś nowego. Proszę.
Po chwili milczenia syn Hadesa powiedział:
— Dobra, przyrzekam. Leo nigdy się nie dowie.
Odetchnęłam z ulgą, szybko go uścisnęłam i zanim zdołał mnie wyrzucić, wybiegłam ile sił w nogach z domku.
Szłam wolno, ze schowanymi dłońmi w kieszeni jeansów i prezentem obijającym się o moje biodro. Mimo tego, że slalomem krążyłam pomiędzy domkami pomniejszych bóstw, nie byłam obecna. Ocknęłam się tylko raz, stając przed domkiem Hypnosa i dokładnie obejrzałam wieniec maków. Mak. On też śnił mi się od miesięcy, był moim pierwszym kwiatem, który zmusiłam do kiełkowania. Napełniał mnie jakiś dziwnym lękiem, fascynacją i czułam smak tajemnicy w ustach, gdy na niego patrzyłam. Mak. To o nim zapomniałam wspomnieć Persefonie.
Ruszyłam przed siebie, analizując każdą chwilę z rozmowy z boginią. Co z tym wszystkim miał wspólnego Apollo? Wiem, że powiedział Demeter, gdzie znajduje się jego córka. To wszystko, co miał wspólnego z Persefoną. Żadnej wskazówki, niczego. Co wydedukowała Persefona? Dlaczego miała nadzieje, że się myli? Głowa mi pękała od zbyt wielu myśli. Chciałam się z kimś podzielić tym, co się teraz dzieje. Ale nie mogłam. Jestem pewna, że Annabeth by coś znalazła. Tylko pamiętałam umowę. Cicho sza. Nikt nie może się dowiedzieć. Nie powinien się dowiedzieć. Ale dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
Poczułam dreszcz, kiedy stanęłam przed Bunkrem 9. Nie było wcale tak zimno, jak w śmiertelnym świecie, a jednak wolałabym biegać półnago po śniegu niż wchodzić do tego bunkra. No cóż, nigdy nie byłam dzielna. Jak to mówił Percy, dzieci Demeter nigdy nie są zbyt potężne. Właściwe, to ten cytat dotyczy się tylko mnie. Mogłabym dostać nagrodę " Beznadziejny Heros Roku" albo "Beznadziejny Heros Stulecia". Nie wykluczone, że jedno i drugie wyróżnienie przypadłoby mojej osobie.
Wkroczyłam do Bunkru 9. Wszystko było po staremu: mnóstwo stołów zagraconych projektami, niedokończone maszyny. Do moich uszu dobiegły nuty The Beatles, piosenki, której nie kojarzyłam. A na ekranie widniał napis: "Leonowych Świąt". Uśmiechnęłam się pod nosem, ale doznałam zawodu. Pana domu nie było w tej sali, co oznaczało, że siedział w dalszych częściach Bunkra. Nigdy nie wchodziłam do nich sama, a z Leonem tylko raz na jakiś czas. Nienawidziłam być z dala od źródła światła, jeśli byłam akurat pod ziemią. A to można zaliczyć do tej kategorii.
Mogłam zawołać. Szkoda tylko, że jestem niemową.
Ruszyłam przed siebie, kierując się ciemnym tunelem, skąd — jak mi się wydawało — słyszałam dźwięki. Niech będzie błogosławiony wyostrzony słuch. Szłam wolno, wodząc ręką po wilgotnej ścianie z cegły, mrużąc oczy w chorobliwie zielonym świetle. Nie oglądam za dużo horrorów, ale instynkt podpowiadał mi, żeby wiać. Ale gdy jednak usłyszałam przekleństwo po hiszpańsku, upewniłam się, że idę w dobrym kierunku. Leo często przeklinał po hiszpańsku, kiedy mu coś nie wychodziło. Nawyk? Prawdopodobnie.
Weszłam do wielkiej hali, nieco jednak mniejszej, niż ta główna. I nogi przyrosły mi do ziemi, uniemożliwiając ucieczkę.
Połowę pomieszczenia zajmował wielki na kilka stóp potwór, zbudowany ze stali. Może to nie była stal? Złoto? Brąz? Jedno i drugie? Jego wielkie skrzydła był złożone przy bokach, ale nadal wyglądał przerażająco. Zwrócił ku mnie swój łeb, a mnie zakręciło w głowie na widok jego błyszczących, rubinowych oczu. A kiedy rozwarł paszczę i ukazał rzędy wielkich, ostrych zębów, prawie zemdlałam. Co to tutaj robiło? Jedno jest pewne: jak ze mną skończy, to po mnie nic nie zostanie. A tata spali pierniki, bo nigdy nie wie, kiedy je wyjąć. Strach tak mnie sparaliżował, nie nie byłam w stanie nawet ruszyć ręką, by odetkać miecz. Albo uciec. Preferuje to drugie.
— Mackenzie? — usłyszałam znajomy głos. Podniosłam wzrok trochę wyżej i w prawo, co pozwoliło mi zauważyć chłopaka siedzącego na karku smoka i owiniętego przewodami. — Co ty tu robisz?
Szybko wyplątał się z przewodów i poprawił włosy opadające mu na czoło. Przeciągnął się i dokładnie mi się przyjrzał. Ja natomiast skupiałam wzrok na kilkumetrowym jaszczurze. A ten debil się uśmiechnął.
— Ktoś tu się boi, co? Festus, zjedź ją.
Wielki gad rozwarł paszcze, zaklekotał i ruszył w moją stronę. Cofnęłam się o krok, odliczając sekundy do końca mojego życia. Puk, puk, puk. Z każdym odliczonym puknięciem serca nic się nie wydarzyło. Otworzyłam powoli oczy, które gwałtownie zacisnęłam, gdy potwór ruszył w moją stronę. Teraz patrzył się na mnie, łeb odchylił w bok i w pełnym oczekiwaniu milczeniu czekał na moją reakcje. Leo westchnął teatralnie.
— Mała, masz szczęście, że jesteś piękna, bo odwagą to ty nie grzeszysz.
Brunet ześlizgnął się z grzbietu i wylądował z gracją kota. Poklepał po łbie maszynę i powiedział:
— Mackenzie, poznaj Festusa. Spiżowy smok, jakbyś jeszcze nie zauważyła. — Poklepał Wielką Jaszczurkę pomiędzy oczyma. — Kto jest moim jedynym skarbem, moją miłością i sensem życia? No kto?
Patrzyłam na to ogłupiała. Pomijając to, że Leo zwracał się do tego smoka jak do dziecka, to sama obecność maszyny była zaskakująca. Byłam tu tysiące razy a nigdy nie słyszałam słowa o Wielkiej Miłości Leona. Festus, tak? Boże, Leo migdalił się z nim jak mój tata z moim psem, gdy mnie obgadywali i spiskowali przeciwko mnie. Valdez w końcu się ogarną i pozbierał resztki męskiej dumy, która mu pozostała i zwrócił się do mnie.
— A co ty tam masz?
Schowałam torbę za plecy, poza zasięg jego wzroku. Leo zbliżał się powoli, a ja powoli się cofałam, aż natrafiłam na ścianę. Cholera. Próbował mi wyrwać, to co trzymałam, ale była m nie ugięta. Na końcu odsunął się zrezygnowany, a ja pokazałam mu język.
— Wiesz co, Festusie? Zjedź ją jednak.
Uderzyłam go w ramię, a on się roześmiał. Hej, to nie było śmieszne! Czułam się jak w jakiś cholernych Igrzyskach Głodowych, a ten się jeszcze śmieje. Chyba rozmyśliłam się co do tego prezentu.
— Tak czy siak, nie mogę tego przyjąć — powiedział. A potem się zastanowił. —  Ja to naprawdę powiedziałem? Nieważne. Słuchaj mała, to słodkie, ale ja nic dla ciebie nie mam. Szczerze: zapomniałem. Nigdy nie obchodziłem Gwiazdki jakoś hucznie.
Odpisałam mu i podałam odpowiedź w notatniku.
Uratowałeś mi życie. Nie traktowałeś jak ofiarę i niepełnosprawną. Sprawiłeś mi miecz. Pomogłeś przełamać barierę. Wspierałeś i rozśmieszałeś w trudnych chwilach. Uznaj to jako rekompensatę i podziękowanie. I rozpakuj 24 grudnia. Tradycja musi być.
— To zbyt urocze, żeby było prawdziwe —  mruknął Leo. Czy on sobie ze mnie żartował? Jego uśmiech potwierdził mój zamysł. Wyciągnął ramiona w moją stronę. — Tęskniłem za tobą, mała.
W jednej chwili znalazłam się w jego objęciach. Jego ramiona otuliły mnie, a ja mogłam poczuć niewyjaśniony spokój. Wszystkie problemy, z jakimi się borykałam, wszystkie myśli, które kłębiły się w mojej głowie i spędzały sen z powiek... Zniknęły. Wiem, że by mi pomógł. Ale za jaką cenę? Nie mogłam pozwolić, by coś mu się stało. Więc zdecydowałam się milczeć.
— Wiesz, ja nie żartowałem, żebyś dzwoniła zanim przyjedziesz. Mógłbym wtedy na ciebie czekać. A tak, znalazłaś mnie przy pracach. Skończę tylko naprawiać Festusa i się z tond wyrwiemy. A przy okazji: masz nowe perfumy?
Uśmiechnęłam się pod nosem. Poważnie, Leo? Pamiętasz zapach moich perfum? Wypuścił mnie z objęć i poczochrał włosy. Skierował się do smoka, wspiął się na jego grzbiet i zaczął bawić się przewodami. Usiadłam na jednym z długich stołów i wsłuchiwałam się w jego opowieść.
— Pożyczyłem Festusa Jasonowi, żeby pomógł mu budować świątynie w Nowym Rzymie, tam, gdzie studiują Percy i Annabeth. Tylko oczywiście, ten tleniony blondyn spaprał robotę i zaniedbał moją kruszynkę.
Buchnęły iskry, a Festus zamruczał ostrzegawczo. Leo westchnął.
— Wiem, wiem, stary, jestem kretynem! Genialnym kretynem, ale jednak kretynem.
Znieruchomiał i zwrócił się w moją stronę:
— Czy ja to już kiedyś mówiłem? Dobra, nieważne.
Kontynuował opowiadanie, co działo się w obozie pod moją nieobecność. Uwielbiałam słuchać, jak paplał i pracował. To było jedno z najlepszych sposobów spędzania wolnego czasu, którymi zajmowałam się na wakacjach. Po jakiś piętnastu minutach, chłopak oznajmił, że skończył. Umył ręce i zniknął na chwilę z pola widzenia. Nieufnie gapiłam się na jaszczurkę, i coś mi się zdawało, że ona mnie też nie polubiła. Raczej on. Czy maszyny miały płeć?
— Gotowa? —  spytał Leo, wyłaniając się z ciemności. Kiwnęłam głową i wślizgnęłam się ze stolika, na którym siedziałam, jednakże pozostawiłam tam prezent. Leo podał mi swoje ramię, a ja je ujęłam. I wtedy coś połaskotało mnie w głowę.
Obydwoje spojrzeliśmy do góry. Festus trzymał w pysku gałązkę jemioły.
Ojej.
Reakcja Leona była identyczna. "Ojej" to świetne określenie tego, jak oboje się czuliśmy. A potem nasze spojrzenia się spotkały.
— Mała, czy ty się rumienisz?
Tak. Nie. Może. Dotknęłam zimną dłonią swoich policzek i zaklęłam w myślach, bo faktycznie były rozpalone. Leo starał się ukryć rozbawiony uśmiech.
Wyjęłam notatnik.
Na obronę mam to, ze tata zabronił mi się całować, okej?
Tym razem nawet się nie starał go ukryć i wyszczerzył się psychopatyczne.
— Rozmawiałaś z nim o całowaniu się ze mną?
Jezu, nie! To był jego pomysł. Znaczy się... Naprawdę nie mam pojęcia jak to wytłumaczyć i nie będę tego tłumaczyć.
— Okej — odparł Leo, próbując się opanować. Po chwili dodał poważnie. — Obawiam się, że Festus cie zje, jeśli mnie nie pocałujesz choćby w policzek. Tradycja musi być.
Valdez jest najbardziej irytującym człowiekiem, który chodzi po tej planecie i marnuje tlen.
Ale go pocałowałam. W policzek. Po czym miałam ochotę zapaść się pod ziemię, więc zrobiłam się czerwona jak mak. Leo natomiast był w jeszcze lepszym humorze. Złapał mnie za rękę i wyprowadził z Bunkra. Gdy tylko weszliśmy w część zamieszkałą, wrzasnął:
— Atkinson mnie pocałowała! Słyszycie to?!
Jezu, co za wstyd.
Było już dość ciemno, jak to w zimie. Wystarczy, że mrugniesz, a mrok spowija wszystko. Udałam się do pawilonu, gdzie zjadłam kolację z moim domkiem, a potem na ognisko. Jak się okazało, w Obozie Herosów nie obchodzono hucznie świąt śmiertelników, jak się tego spodziewałam. Ale rozpalono ognisko, gdzie rozdawano ajerkoniak i gorącą czekoladę. Ja wzięłam to drogie z uwagi na to, że prowadziłam. Rozpoczęły się śpiewy, ja ja obserwowałam iskry wzbijające się ku gwiazdom, oparta o ramię Leona.
I starałam się ignorować spojrzenia Nico, który spędzał czas  towarzystwie Will'a. Chłopak był chyba jedyną osobą w obozie, która potrafiła sprawić, by na jego twarzy zagościł uśmiech. I odwracać uwagę od mojej osoby.
I nagle rozbrzmiały pierwsze tony "Kaczuszek". Zerwałam się z miejsca, całkowicie przestając czuć senność. Chwyciłam Leona za rękę i próbowałam wyciągnąć do tańca.
— Mała, błagam cię, nie. Mam złe wspomnienia z "Kaczuszkami".
Przewróciłam oczami i siłą wepchnęłam go pomiędzy tańczących. Miał minę, jakbym była kolejną ofiarę jego mordu. Po ostatnich akordach, szepnął mi do ucha:
— Wisisz mi drugiego całusa za to upokorzenie.
Nie zarumieniłam się. Po prostu był bardzo ciepło. Rozbrzmiały pierwsze nuty "Give Me Love" Ed'a Sheerana, tym razem Leo wyciągnął mnie do tańca. I wcale nie było tak okropnie, jak to sobie wyobrażałam. Gdy obrócił mną w połowie piosenki i znów delikatnie objął, wyszeptał:
— Wesołych Świąt, Mackenzie.
Gdy upewniłam się, że nikt nie patrzy, pocałowałam go w policzek. Uśmiechnęłam się na widok jego zaskoczonej miny. A potem kołysaliśmy się pod gwieździstym niebem.

2 komentarze:

  1. Okej, to było mega słodkie <3 Nie mogę się doczekać Leckenzie (tak się nazywa ten pairing?). Z niecierpliwością czekam na drugą część ;* Zastanawiam się tylko, czy ten specjał wlicza się do historii.
    Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku,
    Absailer

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wattpadowicze ochrzcili pairning LENZIE ♥
      Yep, specjał zalicza się do calutkiej historii. I bedzie wspominany w drugiej części.

      Usuń

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis