sobota, 26 grudnia 2015

Specjał świąteczny, czyli śnieg, okropny sweterek i spalone pierniki.


Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo czas uciekał mi przez palce. Uświadomiły mi to dopiero dzieci, które zaczęły piszczeć i skakać na widok białego puchu spadającego z nieba. Stanęłam na środku chodnika w Nowym Jorku, co nie było zbyt rozsądnym posunięciem z mojej strony. Byłam trącana przez oburzonych ludzi, gdy stałam z otwartą buzią i patrzyłam się w ciemne chmury, które zasnuły niebo. Padał śnieg. Poważnie. Gdy jeden płatek spadł na mój policzek i roztopił się, miałam już wyobrażenie, jak późno już jest. A nawet nie miałam ściągniętej playlisty świątecznej. Co za zaniedbanie z mojej strony!
Gdy wróciłam do domu, sporządziłam świąteczną listę przystrojoną rysunkami bombek i choinek. I upiekłam pierniki, których woń utrzymywała się w pokojach mojego domu przez dwa dni od skonsumowania ostatniego. Osobna lista została sporządzona na prezenty świąteczne. Najpierw sprezentowałam sobie, bo zobaczyłam tak obrzydliwy sweterek w renifery i płatki śniegu, że musiałam kupić sobie jeden egzemplarz. Drugi powędrował do taty, a że mnie mocno kocha, to założył.
Sporządziłam jeszcze trzecią listę, na której był tylko jeden punkt. Nadałam jej tytuł " CO MUSZĘ ZROBIĆ W OBOZIE HEROSÓW A CO JEST CHOLERNIE WAŻNE". Bardzo subtelne, czyż nie?
W zasadzie nie, to była moja sprawa życia i śmierci, trzymana w sekrecie jak druga twarz Hanny Montany. Pomijając to, że prowadziłam drugie, tajemne życie heroski, oczywiście.
W wolny od zajęć piątek wstałam o ósmej, będąc dumna z tego, że nie wyglądałam jak zombie z świątecznej wyprzedaży. Przez godzinę zastanawiałam się, czy herosi obchodzą Święta Bożego Narodzenia. Ja byłam katoliczką, więc spędzanie ostatnich dni Starego Roku z tatą i rodziną, było dla mnie sprawą oczywistą. Do tamtego roku, aż dowiedziałam się, że jestem córką starożytnej bogini, sprawy się nieco skomplikowały. A żeby to szlag trafił. W końcu zdecydowałam, że spędzam tam tylko wakacje i może przez pół roku zapomną o mojej wpadce, jeśli ta się wydarzy. Ubrałam swój okropny sweterek, wzięłam torebkę, kluczyki do samochodu i poszłam szastać pieniędzmi na prawo i lewo.
Wyszłam z galerii z naręczem toreb, które wpakowałam do mojego Cadillaca. I ruszyłam do następnej. Połowa tych toreb była dla mnie, taty lub Audrey, mojego małego super szczura, przebranego za psa. Trzeba mieć jakąś radość z życia! To podarunki, którymi pocieszę się, jeśli zbłaźnię się w Obozie Herosów. A jeśli stanie się coś odwrotnego, to będą moje trofea.
Spędziłam godzinę na włóczeniu się po sklepach, po czym skapitulowałam. Nie miałam cholernego pomysłu, co mogłabym kupić Leonowi. Płytę Beatlesów? Usiadłam w kafejce, zamawiając gorącą czekoladę i napisałam do taty. Nasza rozmowa wyglądała tak:
Ja: Musisz być szczery, bo mam dziewczyński problem.
Tata: Jestem w takich sprawach specjalistą.
Ja: Powiedzmy retorycznie, że gdybyś znał chłopaka przez dwa miesiące, ale zawdzięczał mu dość dużo, a potem w okresie świąt myślał, co mu kupić i czy cokolwiek mu kupić, bo jest na wpół starożytnym bogiem, to co byś zrobił?
Tata: Oczywiście to wszystko to pytanie retoryczne?
Ja: Tak.
Tata: Dałbym mu całusa.
Ja: Jesteś obrzydliwy! To tylko kolega.
Tata: Przecież to było pytanie retorycznie!
Ja: To nie zmienia faktu, że potrzepuje męskiej i fachowej rady, a ty mi wyskakujesz z całowaniem się.
Tata: Jesteś za młoda na całowanie. Mówiłem tylko o całusie w policzek. Kenz, co ci chodzi po ten nieczystej główce?
Tata: Albo nie pisz, nie chce wiedzieć.
Ja: Ponawiam odpowiedz: jesteś obrzydliwy. Jestem grzeczna.
Tata: Myślisz o całowaniu! Z języczkiem!
Ja: Boże, tato! Skończ! Myśl jak facet i powiedź mi co byś retorycznie chciał dostać?
Tata: Skarpetki.
Uderzyłam się w czoło płaską dłonią, skupiając na sobie wzrok starszej pani oraz pary, która obściskiwała się w rogu. Dziewczyna szepnęła coś na ucho swojemu chłopakowi, oboje zachichotali i zajęli się z powrotem zawartością swoich ust. Życzę im z całym szacunkiem, przyprawionym cynamonem, by dostali liszai. I z goryczą pragnę zauważyć, że to powinno starszą panią zdegustować bardziej niż moje zachowanie. Dopiłam — zimną już — czekoladę, zapłaciłam i wyszłam, kierując się do sklepu muzycznego. Nie macie nawet pojęcia, jak płyty winylowe są drogie, a szczególnie tak kultowych zespołów. Gdy wychodziłam z galerii, kierując się do mojego czerwonego cuda na czterech kółkach, zauważyłam kobietę. Miała ciemne włosy, splecione w koszyk, białe nauszniki, wydatne usta i brązowe oczy. Nosiła złoty płaszczyk, ciemne spodnie i wysokie buty, na których chodziła jak modelka mimo lodu na chodniku. Była mi aż nazbyt znajoma. Pytanie tylko, co ona tu robiła? Powinna mi dać spokój. Wczoraj dokładnie jej wytłumaczyłam, że idę na świąteczne zakupy, sama bez eskorty honorowej. I oczywiście, zrobiło jej się smutno. Ale co mnie to obchodziło, skoro nawet oddychać nie mogłam swobodnie, bo liczyła, ile powietrza zużywam? Zachowałam się więc bardzo dojrzale i schowałam się za choinką aż minęła mnie, patrząc na wystawy. Gdy zniknęła w jednym ze sklepów, popędziłam, ślizgając się na moich płaskich butach, do mojego auta. Był już nieco przyprószony śniegiem. Uruchomiłam silnik, włączyłam wycieraczki i ruszyłam z kopyta, zostawiając ją za sobą. Choć jeden dzień, czy to aż tak wiele?
W środę, dwudziestego trzeciego, zapakowałam wszystkie prezenty do samochodu, spławiłam "panią doskonałą", włożyłam swój najlepszy płaszczyk, obiecałam tacie, że nie będę się całować i ruszyłam w drogę do Obozu Herosów.
Włączyłam płytę ze świąteczną składanką, którą zrobiłam dwa tygodnie wcześniej. Kiedy usłyszałam pierwsze nuty "We Need a Little Christmas", poczułam, jak moje serce przepełnia ciepło. Śnieg zaczął prószyć z nieba, więc włączyłam wycieraczki. I tym razem z ręką na sercu, mogę powiedzieć, że całą drogę byłam skupiona na jeździe. Ostatnio, gdy się rozproszyłam, nieco przysnęłam i zaatakowały mnie mitologiczne stwory oraz wylądowałam w rowie. A nie chce porysować karoserii.
Byłam w połowie trzeciej płyty, kiedy dojechałam na miejsce. Westchnęłam i zaczęłam się zbierać do wyjścia. Gdy prawie wszystkie paczuszki zostały przeze mnie zabrane, zmarszczyłam brwi, widząc mały podarunek, który nie należał do mnie. Chwyciłam go i przeczytałam kilka słów, nakreślonych na samoprzylepnej kartce:
Daj to Leonowi ode mnie. Tata, xoxo.
Z niecierpliwością rozdarłam papier. Na kolana spadła mi koszulka w pomarańczowym kolorze, z napisem na piersi:
NIEZŁY ZE MNIE PŁOMYCZEK
Chwyciłam za komórkę, mając w głowie tylko jedno słowo i to właśnie napisałam do taty.
Ja: Nie.
Tata: Otworzyłaś jego prezent?
Ja: Nigdy mu tego nie dam, zapomnij.
Tata: Wiesz, że nie ładnie tak grzebać w cudzych rzeczach?
Ja: Jak ty w ogóle na to wpadłeś?
Tata: Zawiodłem się na tobie. Nie tak cię wychowałem.
Ja: Tato!
Tata: Dziś śpisz na wycieraczce.
Westchnęłam ciężko i zapakowałam prezent z powrotem. Wyciągnęłam długopis i kartkę, na której napisałam parę słów, że to od mojego taty. Czułam się, jakbym czekała na jakiś ważny sprawdzian i była pewna, że nie zdam. Wygramoliłam się na zimno i mróz z ekwipunkiem Świętego Mikołaja oraz skierowałam się do Obozu. Gdy tylko przekroczyłam granice, rozejrzałam się dookoła. Nie było śniegu. Słońce przyjemnie grzało, a w moim płaszczu zapewne wyglądałam jak bałwan. Stoczyłam się więc stromym zboczem i skierowałam do części mieszkalnej, porządnie się przy tym pocąc. Miałam pojecie, że tutaj pogoda jest kontrolowana, no ale... Święta bez śniegu? Czuło się jednak, że to końcówka grudnia, bo w cieniu drzew kryło się coś złowrogiego.
— Mackenzie! — wrzasnęła jedna z brunetek, pracująca w ogródku przy Domku Demeter. Wstała i wytarłszy dłonie w swoje ogrodniczki, uścisnęła mnie mocno. — Czemu jesteś tak ubrana? Przecież jest ciepło.
Wrzuciłam jej w ramiona górę toreb i rozebrałam się z płaszcza.
— To wszystko to prezenty? — spytała Miranda, patrząc zdziwionym wzrokiem na pakunki. Kiwnęłam głową. — Nie masz co robić z pieniędzmi?
Tu jest miejsce na przewrócenie oczami. Poszukałam w torbie małego pakunku i podałam jej. Miałam rozpiskę wszystkich osób z mojego domku, które były na świętach w obozie. Dziewczyna wzięła zaskoczona podarunek, a ja z uśmiechem na ustach podeszłam do reszty rodzeństwa. Oliver ściął włosy, a Katie je przyciemniła. Wyściskałam wszystkich, próbując na ich wymusić, by przyjęli prezenty. I non stop się rozglądałam.
— Szukasz Leona, co? — spytała z uśmiechem Katie. — Jest w Bunkrze. Chyba. Znaczy się na pewno.
Kiwnęłam powoli głową. W zasadzie, miałam jeszcze jedną sprawę do załatwienia, ale nikt nie mógł puścić pary z ust. Skierowałam się więc między domki, nie idąc jednak drogą ku Bunkrowi. Powtarzałam w głowie modlitwy o wsparcie u Boga, by się udało. Nie było trudno znaleźć jego domku. Zapukałam w drzwi, wstrzymując oddech.
Drzwi otworzył mi chłopiec o cudownej, oliwkowej skórze, ciemnych, rozczochranych włosach i czarnych oczach, które na widok mojej osoby zwęziły się w szparki. Tak, nigdy nie rozmawiałam za dużo z Nickiem di Angelo, bo zbyt rzadko bywał w obozie. Ale to była nadzwyczajna sytuacja. Wyciągnęłam notatnik w jego stronę.
Czy mógłbyś mi pomóc z jedną sprawą?
Nie wiem, jak to możliwe, ale zmrużył oczy jeszcze bardziej. Jestem pewna, że nic nie widział.
— Słuchaj Mackenzie, rozumiem, że jesteś tu raz na jakiś czas, ale musisz wiedzieć...
Muszę porozmawiać z Persefoną.
Punkt dla Atkinson, bo udało mi się go zaskoczyć. Parę razy zamrugał i przeczytał jeszcze raz prośbę. A raczej oświadczenie.
— Po co? I czy ja ci wyglądam na Hermesa?
Próbowałam się z nią skontaktować przez iryfon, ale to nie działa. Proszę Nico, mam pewną sprawę do załatwienia.
— Czyli jestem jakimś cholernym, boskim posłańcem, tak?
Proszę tylko o jedną rzecz. Potem usunę się w cień.
— To jakiś żart?
Pokręciłam przecząco głową. To była jedyna pozycja na liście  "CO MUSZE ZROBIĆ W OBOZIE HEROSÓW A CO JEST CHOLERNIE WAŻNE". I nie zamierzałam w najmniejszym stopniu łatwo odpuścić. Nico westchnął, ale wpuścił mnie do domku. Nie miałam nawet chwili, by pooglądać wnętrze domku, bo chłopak pociągnął mnie w głąb pomieszczenia, gdzie nie było praktycznie nic widać. Coś wymamrotał, czymś rzucił i w tafli wody ukazała się twarz Persefony. Bogini zajmowała się akurat malowaniem paznokci. Uściślenie: ktoś, kogo nie obejmowało moje lustro, malował jej paznokcie. Nico odchrząknął i dopiero wtedy bogini podniosłą wzrok.
— Nico — powiedziała zaskoczona, po czym zauważyła mnie. — Oh.
Tak, to było dobre określenie. Stanęłam przed zwierciadłem i podniosłam notatnik z pytaniem.
Możemy porozmawiać na osobności?
Bogini uśmiechnęła się i odprawiła służącego. Ja odwróciłam się, by poprosić o chwilę prywatności, ale Nico przepadł. Jak gdyby rozpłynął się w mroku.
— No więc, ktoś ma tutaj dość ciągłej uwagi? — spytała Persefona, oglądając swoje paznokcie. Nabazgrałam odpowiedź.
To wcale nie jest zabawne. Czy masz może jakieś pojęcie, co może ode mnie chcieć?
— Nie mieszam się do jej interesów, siostrzyczko. A ona nie dzieli się nimi ze mną. Musze ci jednak podziękować, bo zapewniasz mi chwilę upragnionego spokoju.
Czy z którymś poprzednim półbogiem było podobnie?
— Kochanie, mówiłam, że nie mam pojęcia o co jej chodzi... Mogę tylko podejrzewać i mam z całego serca nadzieje, że się mylę.
Aż tak źle? Zacisnęłam dłoń na notatniku. Miałam nadzieje, że uzyskam jakieś odpowiedzi, wyjaśnienie albo wskazówki. Ale to na nic.
— Powiem ci jedno: jeśli ona chce coś dostać, dostanie to.
Zmieniamy taktykę. Zaciskając wargi tak mocno, że byłam pewna, że zrobiły się siwe, napisałam oświadczenie.
Śnisz mi się po nocach. Jestem tobą w różnych sytuacjach niepoukładanych chronologicznie.
— Czekaj, chwilka, słucham? — zdziwiła się bogini, po raz pierwszy zwracając swoją całą uwagę na mnie, a nie na mokrych paznokciach. Uchwyciłam to, że mamy podobny zarys ust i podobnie marszczymy nos. — Jako w śnie jesteś mną?
Tak po prostu. Albo jestem porywana, albo jem granat, albo wrzeszczę na matkę, by nie traktowała mnie jak dziecko.
— Oj, to chyba niedobrze. Nie znam się na herosach, ale zazwyczaj śnią się wam przepowiednie czy coś, prawda?
Wzruszyłam ramionami. Od dziecka nie pamiętałam snów, dopiero gdy znalazłam się tutaj coś zaczęło się zmieniać. Przeżywałam te sny niejednokrotnie tak intensywnie jak prawdziwe życie. Czułam ból, smak, zapachy...Potrafiłam tam mówić, co było jednym plusem tych niespokojnych nocy.
— Spróbuje się coś dowiedzieć, ale nic nie obiecuje. Popytam tam i tu. Chyba Apollo powinien coś wiedzieć.
— Co Apollo powinien wiedzieć? — spytał Nico, pojawiając się nagle przy moim boku. Cholera. Persefona założyła ręce na piersi i przybrała groźny wyraz twarzy.
— Jak przekonać własnego syna, by nauczył cię zasad kultury i nie wrzynania się do rozmów innych osób.
— Po pierwsze: odwal się od Will'a — powiedział spokojnym głosem brunet. — Po drugie: to dlatego nigdy cię nie lubiłem. Koniec wizyty.
Zdołałam uchwycić tylko widok, gdy Persefona przewraca oczami. A potem ciemności. Nico odwrócił się do mnie z stanowczym wyrazem twarzy. Czy powinnam się bać?
Tak. Powinnam.
— Czego od niej chciałaś?
Informacji. I ich nie uzyskałam.
— Wiesz niecały rok o tym, kim jesteś — zaczął wolno Nico. — Ale jedno powinno ci być znajome: herosi nie zadają się z bogami. Nie żądają od nich odpowiedzi. To kosztuje. O co chodziło?
Będę pamiętać na przyszłość. To była drobnostka, jedno krótkie pytanko.
— Czyli mogę powiedzieć Leonowi?
Pokręciłam zbyt gwałtownie głową. Na usta Nica wpełzł uśmiech satysfakcji.
Nie mów nikomu. Musisz przyrzec, że nie powiesz nikomu.
— Wpakujesz się w kłopoty, Mackenzie. A ja nie chce mieć na głowie wściekłego Leona.
Jakby to było coś nowego. Proszę.
Po chwili milczenia syn Hadesa powiedział:
— Dobra, przyrzekam. Leo nigdy się nie dowie.
Odetchnęłam z ulgą, szybko go uścisnęłam i zanim zdołał mnie wyrzucić, wybiegłam ile sił w nogach z domku.
Szłam wolno, ze schowanymi dłońmi w kieszeni jeansów i prezentem obijającym się o moje biodro. Mimo tego, że slalomem krążyłam pomiędzy domkami pomniejszych bóstw, nie byłam obecna. Ocknęłam się tylko raz, stając przed domkiem Hypnosa i dokładnie obejrzałam wieniec maków. Mak. On też śnił mi się od miesięcy, był moim pierwszym kwiatem, który zmusiłam do kiełkowania. Napełniał mnie jakiś dziwnym lękiem, fascynacją i czułam smak tajemnicy w ustach, gdy na niego patrzyłam. Mak. To o nim zapomniałam wspomnieć Persefonie.
Ruszyłam przed siebie, analizując każdą chwilę z rozmowy z boginią. Co z tym wszystkim miał wspólnego Apollo? Wiem, że powiedział Demeter, gdzie znajduje się jego córka. To wszystko, co miał wspólnego z Persefoną. Żadnej wskazówki, niczego. Co wydedukowała Persefona? Dlaczego miała nadzieje, że się myli? Głowa mi pękała od zbyt wielu myśli. Chciałam się z kimś podzielić tym, co się teraz dzieje. Ale nie mogłam. Jestem pewna, że Annabeth by coś znalazła. Tylko pamiętałam umowę. Cicho sza. Nikt nie może się dowiedzieć. Nie powinien się dowiedzieć. Ale dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
Poczułam dreszcz, kiedy stanęłam przed Bunkrem 9. Nie było wcale tak zimno, jak w śmiertelnym świecie, a jednak wolałabym biegać półnago po śniegu niż wchodzić do tego bunkra. No cóż, nigdy nie byłam dzielna. Jak to mówił Percy, dzieci Demeter nigdy nie są zbyt potężne. Właściwe, to ten cytat dotyczy się tylko mnie. Mogłabym dostać nagrodę " Beznadziejny Heros Roku" albo "Beznadziejny Heros Stulecia". Nie wykluczone, że jedno i drugie wyróżnienie przypadłoby mojej osobie.
Wkroczyłam do Bunkru 9. Wszystko było po staremu: mnóstwo stołów zagraconych projektami, niedokończone maszyny. Do moich uszu dobiegły nuty The Beatles, piosenki, której nie kojarzyłam. A na ekranie widniał napis: "Leonowych Świąt". Uśmiechnęłam się pod nosem, ale doznałam zawodu. Pana domu nie było w tej sali, co oznaczało, że siedział w dalszych częściach Bunkra. Nigdy nie wchodziłam do nich sama, a z Leonem tylko raz na jakiś czas. Nienawidziłam być z dala od źródła światła, jeśli byłam akurat pod ziemią. A to można zaliczyć do tej kategorii.
Mogłam zawołać. Szkoda tylko, że jestem niemową.
Ruszyłam przed siebie, kierując się ciemnym tunelem, skąd — jak mi się wydawało — słyszałam dźwięki. Niech będzie błogosławiony wyostrzony słuch. Szłam wolno, wodząc ręką po wilgotnej ścianie z cegły, mrużąc oczy w chorobliwie zielonym świetle. Nie oglądam za dużo horrorów, ale instynkt podpowiadał mi, żeby wiać. Ale gdy jednak usłyszałam przekleństwo po hiszpańsku, upewniłam się, że idę w dobrym kierunku. Leo często przeklinał po hiszpańsku, kiedy mu coś nie wychodziło. Nawyk? Prawdopodobnie.
Weszłam do wielkiej hali, nieco jednak mniejszej, niż ta główna. I nogi przyrosły mi do ziemi, uniemożliwiając ucieczkę.
Połowę pomieszczenia zajmował wielki na kilka stóp potwór, zbudowany ze stali. Może to nie była stal? Złoto? Brąz? Jedno i drugie? Jego wielkie skrzydła był złożone przy bokach, ale nadal wyglądał przerażająco. Zwrócił ku mnie swój łeb, a mnie zakręciło w głowie na widok jego błyszczących, rubinowych oczu. A kiedy rozwarł paszczę i ukazał rzędy wielkich, ostrych zębów, prawie zemdlałam. Co to tutaj robiło? Jedno jest pewne: jak ze mną skończy, to po mnie nic nie zostanie. A tata spali pierniki, bo nigdy nie wie, kiedy je wyjąć. Strach tak mnie sparaliżował, nie nie byłam w stanie nawet ruszyć ręką, by odetkać miecz. Albo uciec. Preferuje to drugie.
— Mackenzie? — usłyszałam znajomy głos. Podniosłam wzrok trochę wyżej i w prawo, co pozwoliło mi zauważyć chłopaka siedzącego na karku smoka i owiniętego przewodami. — Co ty tu robisz?
Szybko wyplątał się z przewodów i poprawił włosy opadające mu na czoło. Przeciągnął się i dokładnie mi się przyjrzał. Ja natomiast skupiałam wzrok na kilkumetrowym jaszczurze. A ten debil się uśmiechnął.
— Ktoś tu się boi, co? Festus, zjedź ją.
Wielki gad rozwarł paszcze, zaklekotał i ruszył w moją stronę. Cofnęłam się o krok, odliczając sekundy do końca mojego życia. Puk, puk, puk. Z każdym odliczonym puknięciem serca nic się nie wydarzyło. Otworzyłam powoli oczy, które gwałtownie zacisnęłam, gdy potwór ruszył w moją stronę. Teraz patrzył się na mnie, łeb odchylił w bok i w pełnym oczekiwaniu milczeniu czekał na moją reakcje. Leo westchnął teatralnie.
— Mała, masz szczęście, że jesteś piękna, bo odwagą to ty nie grzeszysz.
Brunet ześlizgnął się z grzbietu i wylądował z gracją kota. Poklepał po łbie maszynę i powiedział:
— Mackenzie, poznaj Festusa. Spiżowy smok, jakbyś jeszcze nie zauważyła. — Poklepał Wielką Jaszczurkę pomiędzy oczyma. — Kto jest moim jedynym skarbem, moją miłością i sensem życia? No kto?
Patrzyłam na to ogłupiała. Pomijając to, że Leo zwracał się do tego smoka jak do dziecka, to sama obecność maszyny była zaskakująca. Byłam tu tysiące razy a nigdy nie słyszałam słowa o Wielkiej Miłości Leona. Festus, tak? Boże, Leo migdalił się z nim jak mój tata z moim psem, gdy mnie obgadywali i spiskowali przeciwko mnie. Valdez w końcu się ogarną i pozbierał resztki męskiej dumy, która mu pozostała i zwrócił się do mnie.
— A co ty tam masz?
Schowałam torbę za plecy, poza zasięg jego wzroku. Leo zbliżał się powoli, a ja powoli się cofałam, aż natrafiłam na ścianę. Cholera. Próbował mi wyrwać, to co trzymałam, ale była m nie ugięta. Na końcu odsunął się zrezygnowany, a ja pokazałam mu język.
— Wiesz co, Festusie? Zjedź ją jednak.
Uderzyłam go w ramię, a on się roześmiał. Hej, to nie było śmieszne! Czułam się jak w jakiś cholernych Igrzyskach Głodowych, a ten się jeszcze śmieje. Chyba rozmyśliłam się co do tego prezentu.
— Tak czy siak, nie mogę tego przyjąć — powiedział. A potem się zastanowił. —  Ja to naprawdę powiedziałem? Nieważne. Słuchaj mała, to słodkie, ale ja nic dla ciebie nie mam. Szczerze: zapomniałem. Nigdy nie obchodziłem Gwiazdki jakoś hucznie.
Odpisałam mu i podałam odpowiedź w notatniku.
Uratowałeś mi życie. Nie traktowałeś jak ofiarę i niepełnosprawną. Sprawiłeś mi miecz. Pomogłeś przełamać barierę. Wspierałeś i rozśmieszałeś w trudnych chwilach. Uznaj to jako rekompensatę i podziękowanie. I rozpakuj 24 grudnia. Tradycja musi być.
— To zbyt urocze, żeby było prawdziwe —  mruknął Leo. Czy on sobie ze mnie żartował? Jego uśmiech potwierdził mój zamysł. Wyciągnął ramiona w moją stronę. — Tęskniłem za tobą, mała.
W jednej chwili znalazłam się w jego objęciach. Jego ramiona otuliły mnie, a ja mogłam poczuć niewyjaśniony spokój. Wszystkie problemy, z jakimi się borykałam, wszystkie myśli, które kłębiły się w mojej głowie i spędzały sen z powiek... Zniknęły. Wiem, że by mi pomógł. Ale za jaką cenę? Nie mogłam pozwolić, by coś mu się stało. Więc zdecydowałam się milczeć.
— Wiesz, ja nie żartowałem, żebyś dzwoniła zanim przyjedziesz. Mógłbym wtedy na ciebie czekać. A tak, znalazłaś mnie przy pracach. Skończę tylko naprawiać Festusa i się z tond wyrwiemy. A przy okazji: masz nowe perfumy?
Uśmiechnęłam się pod nosem. Poważnie, Leo? Pamiętasz zapach moich perfum? Wypuścił mnie z objęć i poczochrał włosy. Skierował się do smoka, wspiął się na jego grzbiet i zaczął bawić się przewodami. Usiadłam na jednym z długich stołów i wsłuchiwałam się w jego opowieść.
— Pożyczyłem Festusa Jasonowi, żeby pomógł mu budować świątynie w Nowym Rzymie, tam, gdzie studiują Percy i Annabeth. Tylko oczywiście, ten tleniony blondyn spaprał robotę i zaniedbał moją kruszynkę.
Buchnęły iskry, a Festus zamruczał ostrzegawczo. Leo westchnął.
— Wiem, wiem, stary, jestem kretynem! Genialnym kretynem, ale jednak kretynem.
Znieruchomiał i zwrócił się w moją stronę:
— Czy ja to już kiedyś mówiłem? Dobra, nieważne.
Kontynuował opowiadanie, co działo się w obozie pod moją nieobecność. Uwielbiałam słuchać, jak paplał i pracował. To było jedno z najlepszych sposobów spędzania wolnego czasu, którymi zajmowałam się na wakacjach. Po jakiś piętnastu minutach, chłopak oznajmił, że skończył. Umył ręce i zniknął na chwilę z pola widzenia. Nieufnie gapiłam się na jaszczurkę, i coś mi się zdawało, że ona mnie też nie polubiła. Raczej on. Czy maszyny miały płeć?
— Gotowa? —  spytał Leo, wyłaniając się z ciemności. Kiwnęłam głową i wślizgnęłam się ze stolika, na którym siedziałam, jednakże pozostawiłam tam prezent. Leo podał mi swoje ramię, a ja je ujęłam. I wtedy coś połaskotało mnie w głowę.
Obydwoje spojrzeliśmy do góry. Festus trzymał w pysku gałązkę jemioły.
Ojej.
Reakcja Leona była identyczna. "Ojej" to świetne określenie tego, jak oboje się czuliśmy. A potem nasze spojrzenia się spotkały.
— Mała, czy ty się rumienisz?
Tak. Nie. Może. Dotknęłam zimną dłonią swoich policzek i zaklęłam w myślach, bo faktycznie były rozpalone. Leo starał się ukryć rozbawiony uśmiech.
Wyjęłam notatnik.
Na obronę mam to, ze tata zabronił mi się całować, okej?
Tym razem nawet się nie starał go ukryć i wyszczerzył się psychopatyczne.
— Rozmawiałaś z nim o całowaniu się ze mną?
Jezu, nie! To był jego pomysł. Znaczy się... Naprawdę nie mam pojęcia jak to wytłumaczyć i nie będę tego tłumaczyć.
— Okej — odparł Leo, próbując się opanować. Po chwili dodał poważnie. — Obawiam się, że Festus cie zje, jeśli mnie nie pocałujesz choćby w policzek. Tradycja musi być.
Valdez jest najbardziej irytującym człowiekiem, który chodzi po tej planecie i marnuje tlen.
Ale go pocałowałam. W policzek. Po czym miałam ochotę zapaść się pod ziemię, więc zrobiłam się czerwona jak mak. Leo natomiast był w jeszcze lepszym humorze. Złapał mnie za rękę i wyprowadził z Bunkra. Gdy tylko weszliśmy w część zamieszkałą, wrzasnął:
— Atkinson mnie pocałowała! Słyszycie to?!
Jezu, co za wstyd.
Było już dość ciemno, jak to w zimie. Wystarczy, że mrugniesz, a mrok spowija wszystko. Udałam się do pawilonu, gdzie zjadłam kolację z moim domkiem, a potem na ognisko. Jak się okazało, w Obozie Herosów nie obchodzono hucznie świąt śmiertelników, jak się tego spodziewałam. Ale rozpalono ognisko, gdzie rozdawano ajerkoniak i gorącą czekoladę. Ja wzięłam to drogie z uwagi na to, że prowadziłam. Rozpoczęły się śpiewy, ja ja obserwowałam iskry wzbijające się ku gwiazdom, oparta o ramię Leona.
I starałam się ignorować spojrzenia Nico, który spędzał czas  towarzystwie Will'a. Chłopak był chyba jedyną osobą w obozie, która potrafiła sprawić, by na jego twarzy zagościł uśmiech. I odwracać uwagę od mojej osoby.
I nagle rozbrzmiały pierwsze tony "Kaczuszek". Zerwałam się z miejsca, całkowicie przestając czuć senność. Chwyciłam Leona za rękę i próbowałam wyciągnąć do tańca.
— Mała, błagam cię, nie. Mam złe wspomnienia z "Kaczuszkami".
Przewróciłam oczami i siłą wepchnęłam go pomiędzy tańczących. Miał minę, jakbym była kolejną ofiarę jego mordu. Po ostatnich akordach, szepnął mi do ucha:
— Wisisz mi drugiego całusa za to upokorzenie.
Nie zarumieniłam się. Po prostu był bardzo ciepło. Rozbrzmiały pierwsze nuty "Give Me Love" Ed'a Sheerana, tym razem Leo wyciągnął mnie do tańca. I wcale nie było tak okropnie, jak to sobie wyobrażałam. Gdy obrócił mną w połowie piosenki i znów delikatnie objął, wyszeptał:
— Wesołych Świąt, Mackenzie.
Gdy upewniłam się, że nikt nie patrzy, pocałowałam go w policzek. Uśmiechnęłam się na widok jego zaskoczonej miny. A potem kołysaliśmy się pod gwieździstym niebem.

20


Zaprzeczyłam, gdy spytał, czy zostaje. Chęć powrotu do domu i zobaczenia taty, była tak silna, że nie zatrzymywała mnie w obozie. Dlatego ostatniego dnia poszłam przed śniadaniem do Wielkiego Domu i oznajmiłam, że wyjeżdżam.
— Zawsze jesteś mile widziana w Obozie — powiedział Chejron, siedząc na wózku inwalidzkim w swoim gabinecie. — Gdy tylko będziesz miała problem, skontaktuj się ze mną lub Annabeth. Wiesz dlaczego.
Kiwnęłam głową. Ciągle myślałam o słowach Annabeth, ale nie miałam zamiaru się z nią kontaktować. Nie potrafiłabym.
Podziękowałam i ruszyłam na śniadanie. W pawilonie jadalnym było pełno obozowiczów. Wepchnęłam się pomiędzy Kate a Dan'a i poprosiłam o sałatkę owocową i szklankę soku pomarańczowego. Po czym wstałam i poszłam złożyć ofiarę swojej matce.
Gdy wróciłam, Percy i Annabeth rozdawali paciorki. Ja dostałam swój pierwszy i z zaskoczeniem zauważyłam, że jest wyrzeźbiony na nim czerwony mak.
— Rada uznała, że to będzie najlepsze – wyjaśniła mi córka Ateny, gdy dostałam swój naszyjnik. — W końcu ci się udało.
Potem wzięła mnie na bok i powiedziała:
— Pamiętaj, że zawsze  będziesz mogła do mnie zadzwonić przez Iryfon. Albo do Percy'ego. Będziemy w San Franisco, ale jakoś postaramy się ci pomóc.
Co robicie w San Francisco?
Odpowiedział Percy, który przeczytał odpowiedź nad ramieniem swojej dziewczyny.
— Studia w Nowym Rzymie to taka wspaniała sprawa! — odpowiedział z udawanym optymizmem.
— Przypominam, że to był twój pomysł, Glonomóżdżku  — powiedziała Annabeth.
— Racja, ale skąd mogłem wiedzieć, że trzeba się tam uczyć? 
Annabeth westchnienia i zignorowała pytanie, zwracając się do mnie:
— Po prostu zadzwoń, okej?
Kiwnęłam głowa i wróciłam do śniadania.
Nienawidzę pożegnań. Ale się pożegnałam. Zostałam uściskana przez tysiące ramion i o dziewiątej ruszyłam na Wzgórze Herosów, gdzie czekał mój samochód, wyreperowany przez dzieciaki z Domku Hefajstosa.
Leo siedział przy fontannie i podniósł się, gdy zobaczył, że go spostrzegłam. Podeszłam do niego.
— Cześć mała, przyszedłem cię odprowadzić.
Wyciągnęłam notatnik z tylnej kieszeni i podałam mu.
To ty nie wyjeżdżasz?
— Nie. Odkąd tu przyjechałem, co rok tu zostaje.
Nie pytałam dlaczego. Jedna tajemnica mi wystarczyła. Choć pewnie wszyscy o tym wiedzieli prócz mnie, co nie usprawiedliwia go przed ukrywaniem przede mną sekretu. Ruszyliśmy w stronę Wzgórza Herosów, a Leo nic nie mówił, tylko szedł przy moim boku, niosąc plecak z moim skromnym dobytkiem.
Gdy zobaczyłam mojego Cadillac Eldorado rocznik 1959 serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Kochałam ten stary samochód, dźwięk jego silnika. Zarysowania z lakieru znikły, tapicerka wyglądała na wymienioną. Leo poklepał karoserie i powiedział.
— To dobry samochód. Trochę go ulepszyłem i wstawiłem chwytnik na kawę, bo wiem, że ją lubisz.
Rzuciłam mu się w ramiona. Na początku był nieco oszołomiony, ale potem sam przytulił mnie mocno. Poczułam znajomy zapachu smaru, benzyny...
— Czyli miedzy nami okej, mała? — spytał, a ja kiwnęłam głową. Czułam się zażenowana, gdy tylko pomyślałam, jak zachowałam się wczoraj. — Pisz często i wpadnij na święta. Ogólnie to wpadaj kiedy chcesz, tylko zadzwoń, bo muszę cię umówić. Mam napięty grafik.
Uśmiechnęłam się. Jeszcze przez chwilę tak staliśmy, a czas nieubłaganie minął. Odsunęłam się od niego i otarłam łzę z policzka. Leo podał mi kluczyki. Otworzyłam samochód i położyłam mój plecak na przednim siedzeniu. Zapięłam pasy.
— I ćwicz alfabet — upomniał mnie. Wystukałam ”Dobrze, tato". Uśmiechnął się i w geście migowym pokazał „Kocham cię”, po czym zniżył rękę prawie do samej ziemi. Rozszyfrowałam „Kocham cię, mała”. Uśmiechnęłam się promiennie. Wystukałam wiadomość paznokciem o karoserie.
Ja ciebie też.
Po czym wsadziłam kluczyki w stacyjkę i przekręciłam. Silnik zamruczał. Ruszyłam na drogę, raz odwracając się, by mu pomachać. Widziałam, jak w lusterku jego sylwetka maleje i całkowicie znika. Westchnęłam ciężko i nacisnęłam gaz.
Nie słuchałam muzyki, co zazwyczaj robiłam, gdy siadałam za kółkiem. Leo odwalił kawał dobrej roboty nad moim autem. Byłam mu za to wdzięczna. Muszę podrzucić tam też samochód taty.
Kiedy zaparkowałam przed domem, czułam, jak w gardle mnie drapie. Zgasiłam silnik i otworzyłam drzwi, stając na nogach zrobionych z waty. Trawnik był wykoszony, gdzieniegdzie była też rosa. Weszłam na schodki i przycisnęłam dzwonek do drzwi.
Otworzył mi ubrany w swojej czerwono-czarnej koszuli w kratkę, spranych jeansach i ciemnych włosach w nieładzie. Uśmiechnęłam się z trudem, tłumiąc łzy. Przez chwilę na mnie patrzył, jakby oceniał, czy to na pewno jego córka, a potem wziął mnie w ramiona. Tama pękła, a ja rozpłakałam się.
— Masz mi sporo do opowiedzenia, moja herosko— powiedział po opanowaniu emocji. Kiwnęłam głową, ale go nie wypuściłam z objęć. Mój pies przybiegł i zaczął szczekać, skacząc po mnie i domagając się uwagi.
To było niezwykłe lato. W kolejne czekały mnie łzy, ból i trudne decyzje. Ale na razie byłam małym herosem swojego ojca, trzymającym w ramionach cały swój świat.

No to z wielkim przytupem kończymy pierwszą część. Chciałabym Wam za wszystko podziękować. Za wyświetlenia, komentarze, w których były słowa krytyki jak i uznania, głosy. Za to, że towarzyszyliście Mackenzie i Leonowi aż do dziś. I oczywiście zapraszam Was na kontynuację. Jutro ukarze się notka organizacyjna i datą premiery. Szczerze: na początku byłam pewna by zrobić sobie przerwę do początku lutego, ale teraz jestem tak podekscytowana i chce się z Wami podzielić tym wszystkim, że pewność siebie znika. Muszę to skonsultować z moimi doradcami oraz z Wami Pytanko numeru brzmi: kiedy chcecie kontynuacje?
Specjał Świąteczny opublikuje dziś o 20.00. Miał być jutro, ale to będzie już po świętach Przygotujcie więc kocyk, kakałko i pół godzinny, bo jest rozkosznie długi, tajemniczy i... romantyczny. Tak, będzie Lenzie! I pewna wskazówka dotycząca drugiej części.
Uwielbiam "Between Th Bars". Moja wakacyjna piosenka, którą poznałam za pośrednictwem "Suck in Love".
Kocham Was. Czekam na komentarze i opinie. Biorę się za promocję fanfika i mam nadzieje, że mi pomożecie :) Do napisania xxx

sobota, 19 grudnia 2015

19


Zamiatałam podłogę, kiedy przyszedł do Domku i nie zwracając na wzrok Juliet, spytał:
— Możesz się na chwilę wyrwać?
Spojrzałam na Katie, która kiwnęła głową. Porwałam swój notatnik z szafki nocnej i ruszyłam za nim. Dotarliśmy do miejsca, gdzie zazwyczaj ćwiczyłam. Mak nadal tam rósł, nie zważając na to, że pora kwitnięcia tego kwiatu dawno przeminęła. Na widok jego krwistoczerwonych płatków przeszły mnie ciarki. Zamrugałam powiekami i uczucie znikło. Usiedliśmy pod drzewem.
Leo wziął głęboki oddech i wypalił:
— Tylko się na mnie nie złość, okej? — Spojrzałam na niego zaskoczona. — Próbowałem ci to powiedzieć od dłuższego czasu, ale nie mogłem. Może się bałem, że już nigdy się do mnie nie odezwiesz.
Zmarszczyłam brwi. O co mu chodziło? Tak speszonego widziałam go ostatnio, kiedy weszłam do Bunkra 9 i spostrzegłam, że Leo nie ma ubrania. Z tego dnia pamiętam tylko ból nosa, gdy próbowałam szybko wyjść, nie trafiłam w otwór wejściowy i zaryłam twarzą o beton.
— Nadal boisz się ognia? — spytał. Kiwnęłam potwierdzająco głową. Na ogniskach wciąż trzymałam się na uboczu, tak daleko od płomieni, jak tylko byłam w stanie. Po pewnym czasie reszta domku zrozumiała co się dzieje i przestali nalegać, by przysiadłam się bliżej. Na sam widok ogniska dostawałam zawrotów głowy.
Leo miał minę, jakby miał uciec i wrócić dopiero za trzy dni. Wytarł dłonie w spodnie i przez chwilę nic nie mówił, jakby się faktycznie bił ze sobą, czy zwiać czy nie. Po chwili wyciągnął dłonie jakby o coś prosił. Uskoczyłam do tyłu, zasłaniając oczy dłonią, gdy znad jego rąk wystrzelił w górę płonień .
Moje serce dosłownie omal nie wyskoczyło z piersi. Gdy minął pierwszy szok, odsunęłam rękę od oczu. Leo miał minę, jakby miał się rozpłakać, a nad jego dłonią nadal tańczył płomyk ognia. Przełknęłam ślinę, ale spostrzegłam, że w ustach mam kompletnie sucho.
— Mackenzie? — szepnął cicho. Pokręciłam głową, bo chciałam, by obraz chimery znikł sprzed moich oczu. Nic nie rozumiałam. Leo zgasił płomień i zwrócił się do mnie.
— Po prostu mnie wysłuchaj, dobrze? — spytał błagalnie, ale ja na niego nie patrzyłam. Nie mogłam. Gdy nie zareagowałam, Leo i tak zaczął się tłumaczyć – Ja się taki urodziłem, dobra? To nie moja wina, nie prosiłem się o to. Ostatni dzieciak, który się taki urodził, spalił Londyn, ale... — Westchnął ciężko i przeczesał palcami włosy. – Mam władze nad ogniem. On nie może zrobić mi krzywdy, dlatego ta chimera mnie nie spopieliła. Sam też mogę przywołać ognień. Nie mówiłem ci, dlatego — zakończył. Dopiero po chwili dotarło do mnie, dlaczego. Zachowywałam się, jakby był trędowaty i trzymałam się z daleka. Nie miało już znaczenia, że mnie uratował. Nie powiedział mi i to stanowiło sedno sprawy. Zacisnęłam palce na notesie, którego krawędzie boleśnie wbijały mi się w skórę.
Nie mogłam. Nie potrafiłam na niego spojrzeć. Całe cierpienie, jakie wywołało spotkanie z chimerą powróciło. Gorzki smak porażki, że nie dałam rady, że spanikowałam. Nie potrafię się podnieść i iść dalej, zapominając i udając, że wszystko jest dobrze i nic takiego się nie stało. Pod tym względem byłam wrakiem, którego nikt nie może zreperować. Nawet złote ręce Leona.
Byłam beznadziejnym herosem. Byłam nieudolnym dzieckiem Demeter, która nie może opanować najprostszych czynności. Byłam beznadziejną przyjaciółką, bo odwracam się od niego, gdy tylko poznałam jego tajemnice.
Chciałam wstać i odejść. Tylko że... nie potrafiłam.
Nie wiedziałam, co czułam. Rozgoryczenie, przerażenie i strach czy ulgę, że ta sprawa się wyjaśniła i nie musiałam każdego dnia zastanawiać się, dlaczego nie spłoną żywcem.
Wiedziałam, że jeśli się teraz nie przełamie, będzie mnie to ścigało do końca życia. Będę wstawała rano ze strachem w duszy, a on sam w końcu mnie zniszczy. Tylko ta decyzja nadeszła zbyt szybko. Nigdy nie będę wolna.
Zacisnęłam wargi i zatrzymałam powietrze w płucach. Powoli, bardzo powoli, spojrzałam na niego. Jego opalona twarz była blada. Ciemne oczy, w których zazwyczaj tliło się szaleństwo i chęć zdobycia świata za pomocą maszyn, były przygaszone. Kąciki ust spuszczone w dół. Leo, który zawsze był tym wyluzowanym i sypał kiepskimi kawałami, był teraz spięty i poważny.
Podniosłam się i powoli zbliżyłam się. Ujrzałam iskierkę nadziei w jego oczach. Podniósł dłonie i ogień znów zamigotał. Opanowałam chęć ucieczki w najdalsze zakątki świata i wypuściłam powoli powietrze. Serce waliło mi o żebra, tak, że zaczęłam się obawiać, że zaraz się połamią. Zaczęłam wpatrywać się w ogień z niejaką fascynacją, dozą lęku i zachwytu.
Powoli, bardzo powoli, dotknęłam swoimi rękami jego palców. Były przyjemnie ciepłe, tak, jak pamiętałam. Nic się nie zmieniło. To był ten sam Leo, którego znałam. Tylko teraz był męskim odpowiednikiem czarodziejki W.I.T.C.H.
Uśmiechnęłam się blado, gdy napięcie opuściło moje ciało. Jednak byłam wolna.


Nie mam pojęcia, czy piosenka pasuje, ale jestem zdesperowana bo nie mogłam znaleźć odpowiedniej, a moje zasoby muzyczne co do soundtracków to Jasmine, Oh Wonder i Edek. Aktualnie słucham nowego ep Ariany. Święta!
Specjał już gotowy i czeka na 27 grudzień, by go opublikować. Nie chciałam tego robić przed 20 rozdziałem, bo wydarzenia się nieco odnoszą do niego. A więc piątek ostatni rozdział pierwszej części. Ale zleciało, co? Ale nie ma co się przejmować, bo następna część jest tak ekscytująca, a rozdziały tak długie, ze będziecie zadowoleni.
Do napisania xxx

sobota, 12 grudnia 2015

18


Moje marzenie spełniło się. Gdy obudziłam się następnego dnia, Steve okazał się być stokrotką.
Od tego czasu minęło sześć dni, a ja zaczęłam żałować, że przez całe wakacje zamartwiałam się tym, że głupie zielska nie są podatne mojemu umysłowi. Ale to nic w porównaniu z pytaniami Annabeth. Gdy tylko wróciła z Percy'm, zaciągnęła mnie do Wielkiego Domu, gdzie odbyłyśmy dyskusję.
Usiadła naprzeciw mnie z złączonymi rękami  na blacie, a ja przypomniałam sobie seriale, gdzie przesłuchiwano bohaterów na komisariacie. Tam to było profesjonalnie, a w naszym wypadku był to stół do pokera i głowa lamparta na ścianie. Co nie polepszyło sytuacji, bo nadal czułam się spięta, choć nie miałam czym. W zasadzie.
— Jak się poczułaś, kiedy ci się udało?
Długo myślałam, zanim odpisałam. Tym razem Pan D. nie pożyczył laptopa blondynce, więc wróciliśmy do tradycyjnych metod.
Jakby ktoś rozwiązał mi ręce po długim czasie, gdy miałam je skrępowane i musiałam się znów uczyć ich używać.
Annabeth kiwnęła głową, jakby dobrze rozumiała o czym mówię. Ale chyba tak raczej nie było.
— A teraz? Ja ci idzie?
Musze się skupić, żeby to zrobić, ale mi się udaje.
— A próbował treningów? Jest jakoś inaczej?
Może troszeczkę, ale nadal nie jestem świetna. Czemu uważasz, że jak przełamałam się raz, teraz powinnam być idealnym herosem?
— Nie uważam tak — odpowiedziała mi. — Po prostu próbuje to zrozumieć. Jesteś szczególnym przypadkiem.
Poczułam się tak, jak jeden z pacjentów doktora House'a.
— Próbowałam się czegoś dowiedzieć. Próbowałam zrozumieć. Przeglądnęłam całą mitologię, wszystkich herosów po kolei, żeby zrozumieć, czemu jest wokół ciebie tyle Mgły. I nie znalazłam nic. Zazwyczaj historia kołem się toczy. Herosi maja podobne próby na przestrzeni czasu, ale to co tobie się przydarzyło... — Pokręciła głową. — Nic z tego nie rozumiem. Czy bogowie nagle zaczęli tworzyć nowe wzorce? I jak ta chimera dostała się do Obozu, bo raczej nikt jej nie wezwał. Jestem tego pewna, bo wszyscy byli zaszokowani, gdy Leo wyniósł cię w ramionach z lasu.
Pamiętałam to jak przez mgłę. Tylko zamazane kształty, jego krzyk. I to, że... nie spalił się. Zwilżyłam wargi językiem.
— I te potwory, które opisywałaś, gdy się tu znalazłaś. Ja... ja nie sądzę, żebym coś przeoczyła, ale nigdzie nie ma o nich wzmianki. Więc miałam teorie, że jak raz przełamiesz tą blokadę, to będzie koniec. Odblokujesz się. Bo ty wiesz kiedy reagować, jak reagować, ale coś cie tłumi. Jestem w tym obozie od ponad dziesięciu lat, uwierz, znam się na tym. Widziałam wiele treningów, wiele beznadziejnych przypadków. Ale ty... jesteś jedną wielką zagadką. Tak, jakby coś cię trzymało na smyczy... Musze się zastanowić.
Wbiła wzrok w ścianę naprzeciwko. Oczy jej pocieniały, dłonie zacisnęły w pięści. Gdy nie odezwała się od piętnastu minut, zostawiłam ją w takim stanie, czując, jak szczęście z dokonanego przeze mnie sukcesu mnie opuszcza.
Potem nogi zaniosły mnie do stajni, gdzie natknęłam się na Percy'ego rozmawiającego z Mrocznym. Chłopak nielegalnie przemycił dla niego cukier. Sam domyślił się, o co chodzi.
— Próbuj to zignorować, po prostu Annabeth chce dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. I nie martw się — dowie się. Jestem tego pewny.
Aż tak was niepokoje?
Po jego minie poznałam, że tak.
Leo też nie poprawiał mi humoru. Spoglądał na mnie kątem oka, po czym otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślał i kręcił głową. Udawałam, że tego nie zauważam, ale z każdym razem przez moje ciało przebiegał niewyjaśniony dreszcz. Było w tym coś złowrogiego.
Dowiedziałam o co chodzi dzień przed wyjazdem.

sobota, 5 grudnia 2015

17


Kolejny piękny dzień. Zostało dwa tygodnie do zakończenia wakacji.
Mój domek był zagracony projektami. Katie i Miranda kłóciły się co do wystroju, ale w końcu, po długich naradach i "dyplomatycznych" negocjacjach, wystartowały. Ja nie brałam udziału. Musiałam mieć opanowanie zdolności dziecka Demeter, a wątpię żeby do nich zaliczało się plątanie pod nogami.
Leo — co było dla mnie nieco przerażające — skracał swój czas przeznaczony na pracę w Bunkrze 9 na rzecz mojej osoby. Siedzieliśmy więc w miejscu, gdzie najbardziej lubiłam przebywać, to znaczy na wzniesieni, skąd widać było zatokę, opierając się o drzewo i rozmawialiśmy. A ja od czasu do czasu skupiałam się na wyhodowaniu roślinki. Dzisiaj to akurat była Emily.
Próbowałam nakłonić Leona do założenia wianka mojego aktorstwa, ale jakoś mi nie szło. Chłopak uważał, że to uwłacza jego męskości. Gdy mu przypomniałam, że kiedyś już to zrobił, obraził się i nie odzywał się tak długo, jak mu na to pozwalało jego ADHD. Czyli jakieś pięć minut, co i tak było rekordem w jego wykonaniu.
Oddychałam głęboko, próbując się uspokoić i wyzwolić moc, która we mnie drzemie i nie chce się obudzić, kiedy odezwał się i wszystko poszło w diabli.
— Lubię jak to robisz.
Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego ze zmarszczonymi brwiami. Uśmiechnął się nieco.
— To to wszystko — wyjaśnił błyskotliwie. Wykonał bliżej nieokreślony gest lewą ręką, bo na prawej się opierał. — Skupiasz się i w ogóle, taka pełna nadziei, choć tyle razy się nie udało i zapewne tym razem się nie uda.
Pokazałam mu środkowy palec. To nie było zabawne. Rozumiałam — jako jedna z nielicznych — jego poczucie humoru, ale czasami powinien się zamknąć.
— Hej, tylko się nie obrażaj.
Napisałam odpowiedź w notatniku i podałam mu.
Czemu ludzie nie mogą zostać aresztowani za to, że są irytujący?
Zmrużył oczy.
— To jakaś aluzja do mnie?
Tak.
Położył mi rękę na mojej dłoni. Jak zwykle była przyjemnie ciepła.
— Ej, ja w ciebie wierzę, mała. Nie poddawaj się. Łatwo przychodzi wiara w to, czego się pragnie.
Uniosłam brwi.

Kłamstwo nie staje się prawdą tylko dlatego, że wierzy w nie więcej osób.

— Wiara nie potrzebuje dla siebie żadnego ma­terial­ne­go potwierdzenia.
Serio, Leo? Zamierzasz się bić cytatami? To nie skończy się dobrze. Czytam więcej książek w ciągu miesiąca niż ty w ciągu całego roku.
— To nie było miłe, mała.
Nie starałam się być miła.
Wbiłam wzrok w horyzont. Powoli miałam dość. Zastanawiałam się, czy gdybym teraz wyjechała z Obozu Herosów, opuściła to miejsce, choć stało się dla mnie czymś ważnym, czy mogłabym żyć dalej tak jak kiedyś? Czy potwory nadal by mnie mijały, nadal nie widziałabym przez Mgłę, nie bała się, czy jutro będę żywa czy też nie? Czy mogłabym opuścić to miejsce i nadal wierzyć w jednego Boga, czy mogłabym zapomnieć o tym, że moją matką jest starożytna bogini... Mogłabym myśleć tak jak tata : że odeszła i zostawiła nas na zawsze. To byłoby prostsze. Czy sama mogłam nałożyć Mgłę na swoje oczy, sprawiając, by ten cały świat zniknął? Ile razy stawałam przed Wielkim Domem z notatnikiem w ręce, gotowa oznajmić Chejronowi, że chce odejść i być niczego nieświadoma, tak jak dawniej. Nie chciałam mieć tego życia. Jest okropne.
Wtedy poczułam dotyk jego palców na skórze mojej dłoni.
— Spróbuj jeszcze raz. Dla mnie. Ostatni raz.
Przed oczami stanęły mi teraz te dobre strony. Chód wody z jeziora, kiedy wypadłam z kajaku i spanikowałam, a więc Percy  wskoczył do jeziora, by mnie uratować, a potem śmiał się tak bardzo, że rozbolał go brzuch. Wzrok Annabeth, kiedy potknęłam się przed Domkiem Ateny, niosąc stertę książek, którą chciałam oddać. Smak pianek pieczonych na ognisku i dziwne śpiewy autorstwa Domku Apollina. Tą dziką radość, kiedy udało mi się trafić w sam środek tarczy na treningu łucznictwa. Te wszystkie wariactwa, które wyprawialiśmy z Leonem, tyko po to, żeby dokuczyć Juliet. Jak wychodziłam cała w smarze z Bunkra 9, jak łączyliśmy nietypowe jedzenie i próbowaliśmy, jak smakują. Jak zabierał mi pierścionek i prowokował do walki, co zawsze  kończyło się siniakami, guzami  i  zadrapaniami. To uczucie, w jaki sposób mnie łaskotał, gdy się załamywałam niepowodzeniami, i kazał mi przysięgać, że spróbuje znowu, i znowu i znowu...
Ciepło jego dłoni napełniło mnie jakąś nieznaną siłą. Dziwny ucisk w okolicy żołądka zamienił się w ciepłe uczucie, które rozlało się po całym ciele aż po czubki palców. Miałam zaciśnięte gardło, kiedy ciężko westchnęłam. A potem otworzyłam oczy i twardo w myślach rozkazałam:
Rośnij.
Ziemia pękła. Szybko wystrzeliła z niej łodyga, która urosła w oczach, zrobiła się zielona i wyprostowała się. A potem pojawił się maleńki guzek na jej końcu, który powiększył się i pękł. Ze środka wypadły pomięte czerwone płatki, które natychmiast się wyprostowały i utworzyły kielich.
Mak.
Patrzyłam ogłupiała na niego. A potem przeniosłam wzrok na Leona, który podniósł się z pozycji półleżącej. On też był tak zdezorientowany jak ja, ale udało mu się wydusić z siebie:
— Udało ci się. Cholera, Mackenzie, zrobiłaś to.
Zrzuciłam mu się w ramiona. Zaskoczony, zaczął się śmiać. Oczy zaczęły mnie piec, ale nie powstrzymałam tego. Rozpłakałam się z radości, wylewając dwa miesiące stresu, paniki i smutku razem ze łzami. Ramiona chłopaka otoczyły mnie. Poczułam zapach smaru, dymu i czegoś jeszcze. Uśmiechnęłam się i dopiero po długiej chwili oderwałam się od niego.
— Idiotko, czemu płaczesz, ciesz się! — wrzasnął. — Pora oznajmić to światu.
Wstaliśmy i otrzepaliśmy się z trawy. Czułam rozpierająca mnie energię, zmysły mi się wyostrzyły. Puściłam się biegiem w dół zbocza, czując, że teraz wszystko powinno się wyjaśnić i ułożyć.
Jednak przez jedną sekundę poczułam niepokój, niewyjaśniony strach, przypominając sobie barwę i rodzaj kwiatu. To uczucie miało wyjaśnić się dopiero kilka miesięcy później, ale na razie byłam najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem.

No i co? Mackeznie i Leo idą oblewać sukces!
Zostało 19 dni do świąt, czujecie to?
Jestem naprawdę podekscytowana drugą częścią, non stop gadam o niej wszystkim, którzy nie mają pojęcia o czym mówię. I nie słuchają. A ja skacze jak najęta, zachwycam się Leosiem i prawie sikam ze szczęścia.
Taki morał z rozdziału: miejcie nadzieje, bo nadzieja to połowa sukcesu.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis