sobota, 28 listopada 2015

16


Uczyłam się alfabetu Morse'a, ćwiczyłam walkę z mieczem i zbierałam truskawki. Na początku sierpnia Percy pojechał w odwiedziny do mamy, więc miałam zajęcia ze swoim domkiem, co nie poprawiało mi wcale humoru, bo wszyscy świetnie sobie radzili, prócz mnie. Mój refleks poszedł w cholerę i nie zamierzał wcale wracać. Pozostało mi tylko zmusić rośliny do kiełkowania.
Moje rozmowy z Leonem stały się coraz częstsze. Byłam zaskoczona, jak dobrze się rozumiemy. Tylko przez Juliet nie było to odbierane jako "przyjacielska pogawędka".
— On się przy tobie ciągle kręci — mruczała co jakiś czas. — Nie podoba mi się to.
Ignorowałam ją. Ona po prostu miała zbyt bujną wyobraźnie.
Co do bruneta, tylko raz udało mu się odpłynąć tak jak tego pamiętnego dnia, gdy zaczęłam się uczyć alfabetu Morse'a. Byłam zła, zmęczona, zirytowana i w ogóle napięcie przedmiesiączkowe nie dawało mi spokoju, więc włóczyłam się po obozie bez konkretnego celu. Moje nogi zaprowadziły mnie aż do lasu. Wtedy po raz pierwszy weszłam w gęstwinę drzew bez niczyjej obecności, samiutka jak palec.
Jeśli tu oczekujecie fragmentu o heroicznym przemierzaniu lasu i przezwyciężaniu własnych lęków, to się zawiedziecie. Prawie posikałam się ze strachu, gdy zwykły ptak wyleciał z zarośli. I bogom dziękowałam, kiedy w końcu znalazłam się przed Bunkrem 9.
Kiedy weszłam, rozlegały się tony The Beatles. Tej piosenki jednak nie znałam. Leo uwielbiał pracować, słuchając tego zespołu. Dlaczego? Nie wiem. Nigdy go o to nie spytałam. Ale jeśli słychać było muzykę, to dobrze. Przynajmniej tutaj jest. I mój spacer śmierci nie poszedł na marne.
Stał na środku warsztatu, zagraconego jak zwykle. I to nieruchomo. Potarłam ramiona, jakby było mi zimno i zaczęłam iść w jego stronę, co do łatwych nie należało, bo musiałam wymijać różne części, góry śrubek i młotków. Przez cały ten czas Leo nie poruszył się.
Stanęłam pół metra za nim i powoli, bardzo powoli, położyłam mu rękę na ramieniu. Podskoczył.
— Hej mała. Przestraszyłaś mnie.
Głos mu drżał. Odchrząknął, ale nadal na mnie nie spojrzał, zrobił to dopiero, gdy przycisnęłam jego ramie.
— Co jest? — spytał. Musiał wyczytać coś z mojej twarzy. — Ej mała, spokojnie, nic mi nie jest.
Piosenka się zmieniła. Myślałam, że jednak nic nie powie, ale zatrzymał się nagle i spojrzał mi prosto w oczy.
— Możesz mi coś obiecać?
Kiwnęłam powoli głową, chowając ręce do kieszeni, żeby nie widział, jak drżą.
— Po prostu mnie nie zostaw, okej?
Obiecałam. I na tym dyskusja się zakończyła.
Otrząsnęłam się ze wspomnień. Leo drzemał obok mnie, a ja skupiałam się na nasionku, które powinno wykiełkować. To wszystko trwało zbyt długo, jak na mój gust.
W końcu zrezygnowana szturchnęłam chłopaka.
— Wcale nie spałem —ziewnął, rozciągając się. — Udało ci się?
Pokręciłam smętnie głową, obracając w palcach długopis.
— Mogę cie o coś spytać? — Nie rozumiałam, po co zadawał te pytanie. Nawet jak się nie zgadzałam, to on i tak pytał. — Co byś chciała tak najbardziej?
Zamyśliłam się, po czym napisałam odpowiedź.
Żeby Steve wykiełkował :)
Uśmiechnął się.
— A poza tym?
Zagryzłam wargę, po czym powoli napisałam odpowiedź.
Chciałabym umieć się śmiać. Podobno to cudowne uczucie. 
Miał minę, jakby było mu szkoda, że nie jest matką chrzestną z Kopciuszka.


Zazwyczaj nie mam koszmarów. To kolejna rzecz, jaka niepokoi Annabeth w mojej osobie. Ale jeśli są, to są nie do wytrzymania.
Siedziałam na progu wejścia do ogrodu. Ale to była tylko nazwa. Stały tu tylko dwa posągi. Pocierałam ramiona, nie mogąc się na niczym skupić. Byłam w Podziemiu okropnie długo, a bez dostępu do światła zaczęłam wariować. Moje włosy już nie były tak miękkie i aksamitne jak kiedyś, obojczyki sterczały niebezpiecznie, jakby miały zaraz przebić skórę. Nie jadłam od bardzo, bardzo długiego czasu.
Ktoś się do mnie dosiadł. Nawet nie drgnęłam, kiedy jego ramie zetknęło się z moim.
—Więc wkrótce stąd odejdziesz — powiedział Hades. Ja tylko kiwnęłam głową i dalej wpatrywałam się w rzekomy ogród. Wcale nie poprawiło mi to nastroju, ale lepsze to niż nic.
— Mógłbym zatrudnić ogrodnika — odezwał się znowu. Teraz na niego spojrzałam, a nasze spojrzenia się skrzyżowały. Miał intensywnie czarne oczy, które w ostatnich dniach zaczęły mnie peszyć. Tym razem nie oderwałam wzroku. Podał mi coś, a ja spojrzałam z na swoje dłonie. Połówka granatu.
Bóg wstał i odszedł, zostawiając mnie samą, a ja powróciłam do swojego zajęcia. Jak tak dalej pójdzie, to sama zamienię się w rzeźbę.
Moje usta dotknęły owocu. Zjadłam prawie cały, gdy spostrzegłam się, co zrobiłam. Wyplułam ostatni kęs, a gdy tylko pestki dotknęły spękanej ziemi, zamieniły się w diamenty.
Patrzyłam z przerażeniem, jak moja złocista skóra blednie, żyły stają się czarne i widoczne pod skórą. Wrzasnęłam.
Obudziłam się, zalana potem.

Trochę nic się nie dzieje i przynudzam, ale to taki refleksyjny rozdział. Zazwyczaj dzieciaki, które żyją w dobrych warunkach, chcą nowy telefon, laptop i ciuchy (ja też się do nich zaliczam, i nie ukrywam że jest inaczej). A Kenzie chce się tylko raz roześmiać...
Z perspektywy czasu ten rozdział jest chyba najważniejszy w drugiej części. Ale ciiii.
Zaczęłam pisać specjał świąteczny. Bo przecież już prawie Boże Narodzenie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis