sobota, 31 października 2015

12


Leo pokazał mi dużą część bunkra, ale wkrótce musieliśmy wracać. Juliet i tak już pewnie dostawała białej gorączki. Na szczęście nie zauważyła mojego zniknięcia, bo była zajęta grą, która robiła się coraz bardziej brutalna.
Zapamiętać — nigdy nie grać w siatkę z półbogami, którzy maja nadzwyczajne zdolności swoich rodziców. Bo nie skończy się tylko na siniakach.
Z tego, co zobaczyłam, wywnioskowałam, że Leo jest geniuszem. Potrafi zrobić coś z niczego. Całkiem przydatne.
Poprawiłam zapięcie zegarka. Stałam przed ścianą wspinaczkową i zdecydowanie nie miałam ochotę na nią wejść. I dodatkowo nie zachęcało do tego to, że wypluwała z siebie lawę.
Bosko.
Percy poklepał mnie po ramieniu.
— Będzie dobrze.
Coś czułam, że nie ma racji. Został moim osobistym nauczycielem, towarzyszącym mi we wszystkich ćwiczeniach. Prócz strzelania z łuku, bo tego nienawidził.
Przełknęłam ślinę i ostrożnie podeszłam do ściany. Nie pierwszy raz widziałam na oczy ścianę wspinaczkową. Chodziliśmy na nią od czasu do czasu ze znajomymi. Tyle że tamta się nie ruszała, nie wypluwała lawy i nie pragnęła mojej śmierci. I  była jakaś asekuracja. I kaski. W Obozie Herosów to była wersja hart.
Chwyciłam pierwszego wybrzuszenia i postawiłam na ścianie prawą nogę. Podciągnęłam się. Teraz już nie mogłam zawrócić. Obok mnie wielki pęcherz pękł i wylała się z niego lawa. Zemdliło mnie. Zamknęłam oczy, by się uspokoić i ruszyłam dalej. Co jakiś czas musiałam uskakiwać przed lawą  i mocno się chwytać, bo wydawało mi się, że ściana chce mnie zepchnąć. Ale jakoś sobie radziłam.
Aż nie dotarłam do połowy. Wtedy się zaczęło.
Zrobiło mi się słabo. Mięśnie boleśnie się napięły, a chłód i gorąc atakowały na zmianę moje ciało. Pot zaczął wstępować na moje czoło, a wzrok się mącić.
Co się do cholery dzieje? Czułam się tak, jakbym nie mogła kontrolować własnego ciała. Jakbym była marionetką na sznurkach. Mój umysł pracował, a ciało nie. Zaczęłam z tym walczyć. Ale nie potrafiłam.
Gorąca lawa wytrysnęła kilka metrów wyżej niż moja lewą ręką. Zmusiłam się całą siłą woli, by oderwać dłoń. Za późno zareagowała. Gorąca lawa wpłynęła na moją skórę, gdzie porobiły się pęcherze. Pisnęłam z bólu. Tak, jakby ktoś włożył mi rękę w ogień. Dopiero wtedy zareagowała i oderwała się od ściany. A ja straciłam równowagę.
Upadek był okropny. Poczułam się, jakby wypluto ze mnie każdy atom tlenu. Nie byłam w stanie odetchnąć. W płucach mnie paliło. Każda kość zdawała się oddzierać od skóry i rozpadać. Świat był wielką, błękitna plamą.
Jakoś udało mi się złapać oddech. I najwyraźniej połamałam sobie wszystkie żebra, bo bolało jak cholera. Dźwięki mnie otaczały. Brzmiały jakby pogłośniła na full radio, a potem przyłożyła poduszkę do głośnika. Przytłumione. Nie rozumiałam słów. Po prostu były.
Coś przełknęłam. Mój umysł, który się na chwile włączył, zakodował sobie smak czekolady z piankami. Takie, jaki piłam razem z tatą w każde Boże Narodzenie. To tradycja.
Umysł zaczął mi się rozjaśniać. Wzrok wyostrzać. Ogień w płucach powoli mijał. Dostrzegłam znajome twarze. Bardzo zaniepokojone twarze.
— Mackenzie, musimy porozmawiać — oznajmiła Annabeth. Percy spojrzał na nią zdziwiony.
— Żartujesz sobie? Właśnie spadła z kilkunastu metrów, a ty chcesz jej przesłuchanie robić?
Annabeth nie odpowiedziała. Jej oczy zdawały się ciemniejsze i bardziej przejęte niż zazwyczaj. Percy chciał się z nią kłócić i zaczął to robić, ale ona uciszyła go gestem dłoni i po prostu zaczęła odchodzić. Rad nie rad, pomógł mi się podnieść i ruszyłam za Annabeth do Wielkiego Domu, podczas drogi podgryzając ambrozję.
Annabeth kazała mi usiąść przy stoliku na werandzie, a sama weszła do środka i wróciła z laptopem w dłoni. Tak dawno nie widziałam niczego cywilizowanego, że aż mnie zatkało z wrażenia. Blondynka włączyła go i usiadła obok mnie.
— To niebezpieczne, ale będzie nieco szybciej niżbyś pisała — powiedziała. Kiwnęłam głową. Wiedziałam, że to nieco irytujące, czekać na odpowiedź nieraz nawet minutę.
Córka Ateny odchrząknęła.
— Co się stało na górze?
Położyłam palce na klawiaturze i zaczęłam pisać. Szybko. Bardzo szybko. Palce same stukały we właściwe litery bez udziału mojej świadomości.
Sama nie wiem. Tak jakbym straciła panowanie nad ciałem, jakbym mdlała i  chciała to powstrzymać, ale nie wiedziała jak. Ręce nie chciały mnie słuchać. Wzrok się zamglił i nie potrafiłam nic zobaczyć. To było okropne. Taki specyficzny paraliż.
— Jak ci idzie kontrolowanie roślin?
Przełknęłam ślinę. Nie lubiłam tego tematu. Nikt praktycznie o to się pytał, jeśli nie wliczając w to Domku 4 i Leona, gdy przychodził mnie dopingować i patrzyć na moje poczynania.
Nie najlepiej. Nie potrafię tego zrobić, choćbym się bardzo starała.
— Jakie to uczucie?
Zamyśliłam się.
Trochę tak, jakbyś próbowała odkręcić butelkę, ale ci nie wychodziło. Tylko umysłem.
Annabeth nalała nam wody do szklanek. Chwyciłam swoją i wypiłam do połowy.
— Obserwowałam cię, Mackenzie — zaczęła. — To dziwne, że dotrwałaś do siedemnastki i nigdy nie spotkałaś żadnego potwora. Tak, jakby Mgła na ciebie też działa. Na treningach z Percy'm masz spóźniony refleks. Stwierdzono u ciebie ADHD?
Tak. I dysekcje też.
— Nie robisz praktycznie błędów. Czytanie też ci idzie dobrze.
Wiesz, kiedy nie potrafi się mówić i czyta się i czyta, bo to jedyna rozrywka, to człowiek się uczy. Też byś się nauczyła, gdyby litery były jedynym sposobem porozumiewania się ze światem.
Po raz pierwszy, odkąd ją poznałam, Annabeth wyglądała na speszoną. Szybko się pozbierała i zadała kolejne pytanie.
— A co z potworami? Zastanów się dobrze. Żadnego nigdy nie widziałaś? Nie pamiętasz żadnych dziwnych wydarzeń z dzieciństwa? Nic?
Nic sobie nie przypominam. Tata chyba nawet  nie wiedział, że mama jest boginią. Mówił, że po prostu odeszła. Nic więcej.
Dziewczyna przez długą chwilę myślała. Zdążyłam wypić całą szklankę wody, gdy w końcu się odezwała.
— Musisz to zrobić — oznajmiła. — Musisz sprawić, żeby rośliny zaczęły rosnąć. Wymagam tego od ciebie. Myślę, że coś cię blokuje. Ale pogadamy wtedy, gdy ci się uda.
Jej oczy były śmiertelnie poważne.


Happy Halloween

sobota, 24 października 2015

11



Grzebałam w ziemi, co moim paznokciom się nie podobało.
Siedziałam w ogródku przy domku Demeter i pieliłam. Dość prymitywne zajęcie, ale uspokajało. To pozwalało mi nie patrzeć, jak moje rodzeństwo ćwiczy ze sobą walkę. Jak wielkie korzenie oplatają nogi przeciwnika, jak upada a potem odwdzięcza się z nawiązką. Nawet inni herosi, nie spod czwórki, przychodzili popatrzeć i dopingować swoich ulubieńców. A ja babrałam się w ziemi.
Czemu nie potrafię wyhodować zmutowanej rośliny?
Podrapałam się po policzku, zostawiając na niej błotnistą smugę. Coś było nie tak, tylko nie potrafiłam odnaleźć dziurki od klucza. Gdybym to zrobiła, znalazłabym rozwiązanie.
Brakowało mi muzyki. Brakowało mi głosu Ed'a Sheeran'a, Birdy, Lany Del Rey, Elliott'a Smith'a... Wszystkich wykonawców, których słuchałam, jeżdżąc samochodem, spacerując, zasypiając... Brakowało mi internetu i kontaktu ze znajomymi. Brakowało mi taty, choć zapewnili mnie, że go poinformują a Mgła zrobi swoje. Brakowało mi elektryczności. Aparatu, bym mogła uwiecznić to, co widywałam teraz każdego ranka. Brakowało mi smaku parzonej kawy i lodów, które zazwyczaj jadałam na mieście, gdy wychodziłam z książką, by poczytać.
Nie mogłam przywyknąć do życia herosa. Bez elektryczności. Na łonie natury. W ciągłym przerażeniu, że chimera jednak mnie znajdzie i dokończy to, co zaczęła.
Ugryzienie na łydce było teraz dwoma różowymi punkcikami, jakby przed chwilą oderwałam za wcześnie strupa.
Przerażenie zostało.
Całe życie mieszkałam w mieście, które w samo w sobie nie było bezpieczne. Na ulicach wałęsali się bezdomni, błagając o grosze bogatych biznesmenów. Tu przepych łączył się z ubóstwem. I nagle zostaje wcięta z tego świata i przyklejona byle jak na zdjęciu Obozu Herosów. To nie było miłe. To było przerażające. Zwłaszcza, jeżeli nigdy nie okazywałam znaków, że mam jakieś boskie zdolności. Percy mógł wstrzymać oddech na wiele minut i rozmawiać z rybami. Annabeth śmiertelnie bała się pająków i była od zawsze uzdolniona w zakresie architektury. Nawet dzieciom Demeter jakoś się powodziło — ich roślinki wzrastały szybciej, a maleństwa myślały, że to przez szczęście.
Nawet we własnej specjalnej szkole czułam, że coś ze mną nie tak. Że odstaje. Gdybym tylko chciała...
Pokręciłam głową. Nie, to niedorzeczne. Irytujący kosmyk włosów wypadł mi z francuza i opadł na twarz. Wyrwałam upartego chwasta i wrzuciłam go do koszyka obok.
Tego się nie da wyrwać i pozbyć. To nie jest roślina.


Unikałam ognisk i po każdej kolacji wracałam do domu, żeby trochę postudiować mity. Ale nie mogłam ominąć większość obowiązków i wątpliwych dla mnie przyjemności.
Z góry wam mówię — nienawidzę siatkówki. Nienawidzę sportu. Nie nadaje się do tego. W moim mózgu czai się zakodowana myśl — i tak nie odbijesz. I wiecie co? Zazwyczaj tak jest. Odkąd w trzeciej klasie dostałam piłką nożną w twarz i byłam zamroczona przez następne kilka minut, zniechęciłam się do dyscyplin sportowych. No może badminton był wyjątkiem, choć gdybym się bardzo postarała, wybiłabym sobie zęby. 
Tak więc siedziałam wśród rozemocjonowanego tłumu, który wrzeszczał i wyzywał." Jak mogłeś tego nie odbić, idioto!?", " Co za palant!", "Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam". I jeszcze jedno brzydkie określenie o grze, którego nie będę przytaczać. I tak te trzy cytaty są złagodzone.
Leo usiadł obok mnie i spytał:
— Naprawdę cię to ciekawi?
Spojrzałam na niego znudzona. Moja mina mówiła sama za siebie. Leo wyszczerzył się i machnął ręką, po czym wstał. Rzuciłam szybkie spojrzenie na Juliet, która właśnie odbierała piłkę.
— Za jakieś pół godziny zrobi się ciekawiej, więc wrócimy — oznajmił Leo. — A teraz chce ci coś pokazać.
Wszystko lepsze byle nie siatkówka. Ruszyliśmy w drogę. Leo gwizdał pod nosem, a ja rzucałam na niego ukradkowe spojrzenia. O co mu chodziło? Nadal nie potrafiłam go rozgryźć.
Nagle mnie olśniło. W jego towarzystwie czułam się tak... swobodnie. Niewielu było takich ludzi w obozie. Percy w końcu się przełamał, choć głównie spędzaliśmy czas na treningach. Już nie traktował mnie tak, jakby była ze szkła. Annabeth tak samo, choć nadal raczyła mnie  ukradkowymi spojrzeniami, których nie mogłam ni jak odczytać. W swoim domku nie czułam się tak swobodnie — każdy uważał, by nie stała mi się krzywda, a to nasiliło się po wpadce z chimerą.
Sprawa miała się zupełnie inaczej w przypadku Leona. Nie potrafiłam zrozumieć intencji tego chłopaka. To nie był flirt. Znałam się na tym. Jego sylwetka ciała, jego ton głosu... Nie, to nie było to. Znam się na flircie. Jak się jest siedemnastolatką w wielkim mieście, nieraz zaczepiają cię na ulicy, gwiżdżą albo trąbią na ciebie jak przechodzisz. Mężczyźni są wtedy tacy specyficzni. Nawet gdy robią to twoi znajomi. Wtedy nie wiesz, czy masz uciec, trzasnąć ich w twarz czy się przyłączyć. Nie, to nie był flirt. Może czuł się winny? A możne to była zwykła uprzejmość i chciał mieć po prostu nową koleżankę.
Rozluźniłam się. Czemu zawsze przyjmuje jeden z tych ciemnych scenariuszy? On po prostu był miły.
Gdy doszliśmy do lasu, stanęłam jak wryta. Siatkówka miała jednego poważnego przeciwnika — las. Tu hodowane był potwory, na których uczyliśmy się walki. Więc chyba zawrócę i ucieknę. Z godnością, oczywiście.
Leo stanął i spojrzał na mnie zdziwiony. Zacisnęłam rękę na pierścionku, a diament wbijał mi się w skórę. Chyba znów zrobiłam się zielona.
— Och... — westchnął Leo, gdy poskładał wszystkie elementy w całość. — Nie martw się, tam gdzie idziemy, nie ma potworów. Ufasz mi?
Wyciągnął rękę. Mój bezimienny przyjaciel zapiszczał w głowie "On powinien się spalić!". Dopiero teraz do mnie dotarło, że głos brzmi niepokojąco podobnie do Juliet. Podniosłam głowę i wymijając chłopaka, ruszyłam do lasu. Wkrótce znów Leo wysunął się na prowadzenie i razem kroczyliśmy dobrze wydeptaną ścieżką.
Doszliśmy do nagiej, wapiennej ściany. I co? To wszystko? Ciągnął mnie taki kawał, żebym zobaczyła kawałek bardzo ładnej skały?
Chłopak wyszczerzył się i przyłożył swoją dłoń do ściany. Zapłonęły na niej ogniste linie. Z fascynacją przyglądałam się, jak łączą się i powstaje zarys wielkiej bramy. Ciemnowłosy pchnął drzwi.
— Panie przodem.
Weszłam do wielkiego pomieszczenia. Pierwszy w oczy rzucał się bałagan. Sama nie byłam zbytnią fanką fanatycznej czystości, bo lubiłam siedzieć otoczona swoimi rzeczami, ale tu był po prostu syf. Ale on zaraz spadł na drugi plan. Mnóstwo stołów ciągnęło się w ciemność, nawet gdy wysiliłam wzrok nie byłam w stanie dostrzec ich końca. Mnóstwo maszyn, które widziałam pierwszy raz w życiu. Był tam też rydwan domku Hefajstosa, który widziałam wczoraj na wyścigach. Miał uszkodzone koło, bo domek Demeter przywołał wyjątkowo paskudną roślinę, która owinęła się wokół pojazdu i uniemożliwiła mu zwycięstwo. Na środku hali wysiał wieki magiczny ekran, był jednak wyłączony.
Zaniemówiłam. Dosłownie wrosłam w ziemię, nie będąc w stanie się ruszyć.
— Witaj w Bunkrze 9.

sobota, 17 października 2015

10



Leo przyglądał mi się z daleka, ale ja udawałam, że go nie widzę. Po prostu nie podnosiłam głowy, choć kątem oka widziałam jego sylwetkę. To działo się dłuższą chwilę. Albo zerkał i gdy go na tym przyłapywałam, nie odwracał wzroku tylko mi machał, albo gapił się bezczelnie a wtedy ja nie reagowałam. Poza tym nie miałam czasu i inne sprawy były ważniejsze. Znów siedziałam i znów ćwiczyłam. Zaczynałam poważnie się martwić. Po tylu dniach powinno przynajmniej widać jakiś efekt. Byłam beznadziejnym rolnikiem.
W końcu podszedł i usiadł naprzeciw mnie. Wysilił się na uśmiech.
— Siemka, mała.
Uśmiechnęłam się najlepiej jak potrafiłam. Już nawet nie przeszkadzało mi, że nazywał mnie "mała". Przeszkadzała mi tylko jedna rzecz, która znajdowała się we mnie. Niech ten głupi kwiatek w końcu się pojawi.
— Ej, nie załamuj się — powiedział. — Wiem, że już ci to mówiłem tysiąc razy, ale w końcu się uda. To nie jest maszyna, że przewidzisz, jak się zachowa.
Wyciągnął kilka zabawek z pasa, który zawsze nosił przy sobie i zaczął się nieświadomie nimi bawić. Nie byłam pewna, czy jest tego świadomy. Jego ręce "cudotwórcy" żyły własnym życiem i najwyraźniej też miały ADHD. Westchnął ciężko.
— Dlatego tak czasami jest. Życie, uczucia, przyroda... To nie jest zaprogramowana maszyna. Niestety. Kwiatki, drzewka i tak dalej —gdyby dało to się jakoś zmodyfikować, żeby zrobiły to co chcemy i kiedy chcemy, byłoby prościej.
Wyciągnęłam notatnik. Cieszyłam się, że będę mogła z kimś dziś pogadać. Nie było nawet dziesiątej, a moje  zajęcia zaczynają się dopiero o jedenastej, więc przyszłam tu ćwiczyć. Uciekając od Juliet, od wzroku rodzeństwa wyczekujących na to, bym w końcu zmusiła rośliny do kiełkowania. To była najprostsza cecha dzieci Demeter. A ja tego nie potrafiłam. Diament w moim pierścionku błyszczał dumnie w blasku słońca, kiedy pisałam na kartce papieru.
Okej, zgadzam się z niektórymi słowami, ale nie z tym o przyrodzie.
— Nie? — powiedział. — Oświeć mnie w takim razie, panienko agricultor.
Zmarszczyłam nos. Nie znam hiszpańskiego. Mam nadzieje, że mnie nie obraził, bo inaczej dostałby po mordzie.
Musisz popatrzeć na to w inny sposób. W zasadzie, to przyroda jest takim wielkim mechanizmem. Zaprogramowana, żeby co roku robić do samo. W jesieni zasypiać, zimę przespać, we wiosnę się obudzić a w lecie żyć. Wszystko jest tak samo. Tak samo rośną wszystkie róże, tulipany, kwiatki, drzewka i tak dalej. Wszystko działa w przyrodzie, Leo. To ja jestem zepsuta. I chyba nie umiesz naprawiać ludzi.
Dałam mu czas, aby przeczytał.
— Nie, nie potrafię. Ale mogę spróbować. — Uniosłam brwi w geście zapytania. — Żartuje, mała. Ale ty nie jesteś zepsuta. Tylko nienaoliwiona. A co do przyrody... Hm, maszyny się nie psują tak szybko. Jeśli kwiatek nie dostanie wody, to zwiędnie.
Prychnęłam.
To tak, jakbyś klął na samochód za to, że nie jedzie, a ma pusty bak.
— Hej, zeszliśmy z tematu! — upomniał mnie. — Mówiliśmy o tym, że jesteś beznadziejna.
Dzięki za przypomnienie, Leo.




Był piękny dzień. Biegałam, bawiłam się, żartowałam, śmiałam... Czułam się tak całkowicie inna. Beztroska. Jakbym nie była sobą.
No bo faktycznie nią nie byłam. Byłam ubrana w grecką suknie, zupełnie nie przypominająca prześcieradeł, którymi opasywali się uczniowie, gdy odgrywali scenki z mitów greckich. Włosy luźno spadały mi na ramiona, stopy miałam bose a w rękach pełno kwiatów. Zbierałam je na łące, gotowa później usiąść w cieniu i pleść z nich wianek. Brakowało mi tu jednak czegoś. Wielkiego efektu halo.
I nagle wśród małych stokrotek wyrósł narcyz. Zaparło mi dech w piersiach. Takiego pięknego jeszcze w życiu nie widziałam. Jego kolory wydawały się tak żywe, a jednocześnie tak delikatne, jakby...
Zagryzłam wargę. Nie wolno mi było. Matka zakazała.
Ale ona ciągle taka jest. Nie rób tego, nie rób tamtego. Zwiąż włosy. Zjedź całą owsiankę. Nie siedź za długo w promieniach słonecznych.
Zdecydowanym ruchem zerwałam kwiat. Cale życie mi przecież nie będzie mówić, co mam robić, bo jej...
Ziemia pod moimi stopami zadrżała. Zachwiałam się.
A potem spostrzegłam ruch. Krzyknęłam, ale ktoś zasłonił mi usta dłonią. A potem ciemność.
Obudziłam się zalana potem, z kwasowym posmakiem w ustach. Odruchowo chwyciłam za palec serdeczny prawej ręki. Pierścień był. Odetchnęłam z ulga. To tylko sen. Przedawkowałam kawę i mity przed spaniem.
Tylko sen.


Zaczynam być podekscytowana, bo wkraczamy w rozdziały, które będą bardzo ważne w następnej części. I właśnie to taki rozdział. Ogólnie w pierwszej części są takie detale, tutaj nic nie znaczące, a w drugiej części to będzie podstawa. I pojawi się spojler, co będzie w drugiej części, choć wątpię, by ktoś zgadł. Wiedzą o tym moje siostry, bo przygotowałam się dość skrupulatnie do następnej części. A one mi pomagały.
Wiecie, że jesteśmy w połowie części? Skończy się ona pod koniec grudnia, potem specjał świąteczny, dwa miesiące przerwy i jedziemy z kolejnymi rozdziałami, o wiele ekscytującymi! No dobra, zaczynam pisać 8 rozdział 2 części i szczerze? Sama nie wiem co się tam dzieje i nie mam jak to wyjaśniać. Ah, i pojawi się Nico! Którego nie ma w tej części, ef.
Oh i od 12 rozdziału pojawi się coś baardzo ważnego i od tego momentu rozdziały będę powiązane.
I chciałabym podziękować za 1k wyświetleń! Jestem wdzięczna za wszystkie pozytywne komentarze, którymi mnie raczycie. No nie wiem co powiedzieć.
Do następnego xxx
PAMIĘTAJCIE O KOMENTARZACH  ♥

sobota, 10 października 2015

9



Wieczorem było ognisko. Odmówiłam wzięcia w nim udziału, choć dziewczyny się upierały. W końcu nie wytrzymałam tych jęków i próśb i posłałam im miażdżące spojrzenie. Dały sobie spokój.
Wzięłam długi, gorący prysznic. Umyłam włosy. Ubrałam na siebie jedną z pożyczonych z domku Afrodyty koszul nocnych, których miały pod dostatkiem i opatuliłam się szczelnie szlafrokiem. W całym domku czuć było kokosowym żelem pod prysznic. Wślizgnęłam się pod kołdrę z jednym egzemplarzem porywającej powieści. Był to mity greckie i rzymskie, które obiecałam, że przeczytam. W sumie to nie miałam wyboru, jeśli chciałam przeżyć dłużej niż tydzień.
Przekopałam się właśnie przez historię Herkulesa i usiłowałam nie zasnąć, gdy ktoś zapukał do drzwi. Zmarszczyłam brwi. Nikt z domku Demeter by nie pukał, tylko wszedł. I wszyscy są na ognisku, pieką pianki i kiełbaski. I świetnie się bawią.
Wyśliznęłam się spod kołdry. Ciepło, które nagromadziło się podczas mojego wylegiwania, uleciało. Ale wiąż chciało mi się spać, co przypomniało mi o rankach, gdy chcąc nie chcą musiałam wstać do szkoły. Poprawiłam szlafrok i otworzyłam drzwi.
— Cześć, mogę wejść? — spytał Leo. Zlustrowałam go wzrokiem. W ręku trzymał małą paczuszkę, szczelnie zapakowaną — Hej, mała, nie obczajaj mnie, tylko zaproś do środka.
Zmarszczyłam nos i wpuściłam go do domku. Poczułam się bardzo niekomfortowo w mokrych włosach, samej cienkiej koszuli nocnej i puchatym szlafroku. Mógł mnie uprzedzić. Podeszłam do szuflady i wyciągnęłam notatnik.
Czemu nie jesteś na ognisku razem ze wszystkimi?
— Panowała tam dość chłodna atmosfera. Łapiesz? — Jeden z jego kącików ust uniósł się do góry. Ja za to uniosłam brwi. — Przyniosłem ci coś.
Podał mi paczuszkę. Gdy ją odbierałam, musnęłam jego palce. Próbowałam się nie skrzywić, gdy w mojej głowie odezwał się piskliwy głosik "On powinien się spalić!". Ściągnęłam ozdobny papier i na mojej otwartej dłoni pojawiło się pudełko. Na biżuterię. Wstrzymałam oddech i je otworzyłam. W środku znajdował się złoty pierścionek ze srebrnym kamieniem.
Skoro on przynosi mi biżuterie, to oznacza jedno.
Leo, gdzie jest mój miecz?
 Uśmiechnął się. No nie! Ja go zabije. Prawdopodobnie zniszczył moją broń a teraz przynosi mi coś takiego, żeby mu wybaczyła.
— Włóż go na palec — odpowiedział na pytanie. Wyciągnęłam pierścionek z pudełka i wsunęłam na serdeczny palec. Obręcz dopasowała się idealnie do mojego rozmiaru. Pierścień był cholernie piękny, ale wolałabym odzyskać swój miecz.
— Teraz naciśnij kamień — polecił chłopak. Zrobiłam to. W jednym oka mgnieniu trzymałam w dłoni to, co Leo ode mnie pożyczył. Gapiłam się oszołomiona, po czym zdałam sobie sprawę, że mam otwarte usta. S Spojrzałam na Leona, który uśmiechał się dumnie i pomachał mi rękoma przed twarzą.
— Pamiętasz? Ręce cudotwórcy. Teraz znów naciśnij kamyk.
Miecz znów skurczył się do rozmiarów pierścionka. Wsunęłam go na palec.
 Leo, dziękuje, nie wiem co powiedzieć...
— To była prawdziwa przyjemność. Możemy teraz normalnie rozmawiać? — Kiwnęłam głową. Nadal będę utrzymywała dystans, bo ten facet przecież miał spłonąć. Usiedliśmy na moim łóżku, ja dość sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, a on rozłożył się, jakby był w domu. — Opowiedz, jak dałaś sobie radę przez te całe siedemnaście lat? I jak się tu dostałaś?
Zagryzłam wargę, po czym kiwnęłam powoli. Nie miałam najmniejszej ochoty się dzielić się z kimś moim życiem, ale jednak Leo skonstruował dla mnie ten pierścionek. Byłam mu coś winna.
Moja dłoń śmigała po papierze, uwieczniając historię, a on mi się przyglądał. Mokre włosy opadły mi na twarz, ale ich nie odgarniałam. Po chwili nawet dyskomfort spowodowany obecnością chłopaka przestał się liczyć. Zatopiłam się w wspomnieniach.
Wyrwałam kartkę i podałam ją chłopakowi. Notatnika potrzebowałam, gdyby zadawał pytania w trakcie. A znałam go na tyle długo, że wiedziałam że to nastąpi.
Mieszkam razem z tatą. Codziennie, żeby dostać się do szkoły, muszę przejeżdżać przez Manhattan. Od kiedy pamiętam. Zrobiłam prawo jazdy, więc mogłam zrezygnować z autobusów, co było wybawieniem. Wracałam dość późno po zajęciach, już było ciemno, gdy sobie przypomniałam, że zapomniałam czegoś kupić. Zatrzymałam się przy markecie, wzięłam co trzeba i wróciłam do auta. Okropnie chciało mi się spać. Chyba się zgubiłam, bo w ogóle nie kojarzyłam okolicy. Musiałam źle skręcić albo coś. Straciłam czujność i coś wybiegło na ulicę. Skręciłam i wpadłam w rów. Rozcięłam sobie skórę na brwią i nie widziałam nic prócz krwi. Gdy wydostałam się z auta, coś zaczęło się podkradać w moją stronę. Chwyciło mnie za nogawkę i rozdarło spodnie. Kopnęłam to w łeb i zaczęłam uciekać. Co jakiś czas to mnie dopadało, a potem było ich więcej i więcej... Nie pamiętam dokładnie, jak się tu dostałam. Ale jak zrobiłam jeden z kroków, te stwory walnęły w barierę i nie mogły mi zrobić krzywdy. Doczołgałam się jakość do Wielkiego Domu i tam mnie znaleźli. Obudziłam się poskładana w całość :)
            Ku mojemu zdziwieniu Leo nie zadał ani jednego pytania. Jego usta poruszały się gdy czytał tekst.


— Wow — mruknął. — I co, przez całe życie nic nie dręczyło, żadne potwory, nic, kompletnie nic?
Pokiwałam głową. Nie przypominałam sobie żadnych dziwnych sytuacji. Może tata jakieś pamiętał z czasów, gdy byłam mała. Ale chyba nigdy nie przejawiałam żadnych niepokojących oznak, prócz dysleksji i ADHD. Gdy próbowałam coś wymyślić, nawet jakiś żart, którym kiedyś mnie uraczył, chłopak zmienił temat, całkowicie mnie dezorientując.
— Mogę cię jeszcze o coś spytać? — odezwał się po chwili zamyślenia. — Dlaczego nie poszłaś na ognisko?
Ciepło opuściło moje ciało, ręce zaczęły się pocić. Znów poczułam kwas w ustach, oczami wyobraźni ujrzałam potwora, który brał powietrze w swoje płuca, by zadać ostateczny cios.
Po tym, co stało się ostatnio... Boję się ognia.
Gapił się w kartkę przez dobrą minutę. Po czym odchrząknął i oddał mi notatnik.
— Musze już iść — powiedział, unikając kontaktu wzrokowego. — Twoje rodzeństwo zaraz przyjdzie i pewnie będą myśleć, że nie wiadomo co robiliśmy.
Zmarszczyłam brwi i zanim dążyłam zapytać go, co ma na myśli, wyszedł.


Nie mogłam zasnąć ponownie, gdy przyśnił mi się ogień i czerwony mak. Standard. Zimne powietrze omiatało moją sylwetkę, a ja skuliłam się  podciągnęłam nogi bliżej siebie. Siedziałam na schodkach do Domku 4 i gapiłam się w niebo. Coś się zmieniło. Prawie niewidoczna zmiana, ale i tak ją wyczułam. Znałam doskonale swój umysł, swoje ciało.
Coś się zmieniło we mnie. Pytanie tylko co?

sobota, 3 października 2015

8


— Co za tupet — mruknęła Juliet. Prawie setny raz złorzeczyła na Leona, a ja leżałam na swoim łóżku ze wzrokiem wbitym w sufit. — Czemu on się tak ciebie uczepił...
Przymknęła oczy. Znów kręciło mi się w głowie, ale teraz przynajmniej nie byłam się zielona na twarzy. Robię postępy.
Moja przybrana siostra krzątała się, zbierając brudne ubrania braci z podłogi. Zazwyczaj nie posuwała się do takich sposobów — jako zastępcza grupowa domku, najzwyczajniej brała ich za uszy i kazała sprzątać, choćby krwawili z otwartej rany.
Sama zastanawiałam się czemu on się tak mnie uczepił. Nie było we mnie nic szczególnego. W byciem półbogiem też byłam beznadziejna. Skoro nie potrafię sprawić, by głupi kwiatek wystrzelił z małego nasionka, to jak ja sobie poradzę, gdy jakiś potwór mnie zaatakuje? Już dałam pokaz swojej siły — prawie zostałam spalona i zamordowana przez zmutowanego lwa. I to na terenie obozu, gdzie powinnam być bezpieczna, bo bariera...
Zmarszczyłam brwi. Juliet właśnie krzyknęła, że go zabije. Nie byłam pewna, czy chodzi o Leona czy o któregoś z moich braci. Skoro magiczna bariera sprawiała, że żaden potwór nie był wstanie się przez nią przedrzeć, sprawiając, że Obóz Herosów był jednym z dwóch miejsc, gdzie półbogowie czuli się bezpieczni, to jak, na Styks, ta cholerna chimera znalazła się w lesie?
Wspomnienie ognia zdominowało mój umysł. Mimowolnie potarłam ramię, gdzie jeszcze wczoraj widniał blady ślad po oparzeniu. Jedno przeżycie sprawiło, że bałam się ognia. Nie mogłam przebywać blisko niego, mimo tego, że dawał ciepło. Wspomnienia wymykały się wtedy spod kontroli.
Nigdy. Więcej. Ognia.



Miecz błyszczał w słońcu, a ja opierałam się o drzewo. Moje dłonie same pracowały. Umysł potrzebował zajęcia, na którym musiałam się skupić w samotności i nie wyglądać na kogoś, kto stara zachować się wszelki dystans do każdego. Potrzebowałam tego. Zazwyczaj otaczała mnie całkowita cisza, szczególnie w szkole. To była jedna z tych placówek dla nastolatków mających problemy z mową, słuchem lub wzrokiem. Było mnóstwo osób takich jak ja. Przynajmniej ta myśl podtrzymywała mnie na duchu. Nie jestem sama.
Teraz się okazało, że jednak jestem, bo do mojej szkoły nie uczęszczał żaden heros.
Zerwałam kolejny kwiatek i dodałam go do wianka. Uspokajało mnie to. Kończyłam już drugi, a pierwszy leżał obok mnie. Plecy mnie zaczynały boleć, ale nie zwracałam na to zbytniej uwagi. Kofeina krążyła moimi żyłam poprzez wypicie dwóch kaw rano, a jednak czułam się senna. Ta cholerna monotonia, która...
— Cześć mała, mogę się dołączyć?
Nawet nie zdążyłam kiwnąć głową, a Leo już rozkładał się na miękkiej trawie. Wziął skończony wianek i zaczął go obracać w palcach.
— Odstresowujesz się? — spytał, a ja kiwnęłam głową, ignorując to, że takie słowo nawet nie istniało — Czy po prostu od wszystkich uciekasz?
Zerwałam jeszcze jeden kwiatek, nieco gwałtowniej. Co mu było do tego?
— Nawet zbrzydło ci rozmawianie ze mną — westchnął — Juliet wysysa z ciebie całą radość z życia?
Spiorunowałam go wzrokiem. Uśmiechał się bezczelnie, a na głowę założył mój wianek. Biel stokrotek kontrastowała z jego ciemnymi włosami.
— Dobra, nie bulwersuj się tak, przepraszam. — Jego ton głosu nie brzmiał tak, jakby żałował. — Nadal ci nie idzie ze wskrzeszaniem kwiatków?
Pokręciłam głową. Nadal nie szło mi najlepiej i ani razu się nie udało. Moje kwiatki pozostawały martwe, zagrzebane kilka centymetrów pod ziemią w postaci nasionka. Leo wziął mój miecz i wyważył go sobie w dłoni.
— Mogę go pożyczyć? — spytał, przyglądając się szlachetnemu kamieniowi w rękojeści. Zrobiłam wielkie oczy. — Ej, spokojnie mała, nie zamierzam go zabrać, tylko nieco udoskonalić. Jest nieco nieporęczny — odparł, po czym pomachał swoimi dłońmi przed moja twarzą. — Widzisz te ręce? Potrafią zdziałać cuda. Tylko mi zaufaj.
Zagryzłam wargę. Przywiązałam się do tego miecza. Uratował mi w końcu życie, co jest dziwne, bo nie potrafię się nim posługiwać. Nie chciałabym go stracić tylko dlatego, że dziecku Hefajstosa nie udał się eksperyment.
Ale i tak kiwnęłam głową. Leo porwał moją broń i pognał do swojej pracowni z wiankiem stokrotek na głowie.
Nie miałam serca mu tego uświadomić.


No to kto chce Leosia w wianku ze stokrotek na głowie?
.
.
.
.
.
.
template by oreuis