sobota, 26 września 2015

7


Przebudzenie było najbardziej bolesnym doświadczeniem w moim życiu.
Gdy tylko się obudziłam i otworzyłam oczy, przeżyłam wstrząs. Czułam, jak ogień płynie moimi żyłami, jak każdy mięsień napina się się w ambarasie, oczekując decydującego ciosu. Całe ramię zdawało się być nabite drzazgami. U ustach czułam kwaśny posmak, jak gdybym wypiła jeden ze żrących kwasów. Gdy tylko światło dotarło do moich oczów, w mózg wbiło mi się tysiące igiełek. Prawie znów zemdlałam. Jęknęłam z bólu i szybko zacisnęłam powieki z powrotem. Co nie polepszyło sytuacji — ujrzałam złotą grzywę, skąpaną we krwi; lśniące oczy i ogień.
— Mackenzie, słyszysz mnie? — zapytał głos jakby z oddali, przytłumiony i podekscytowany. Kiwnęłam powoli głową. Zemdliło mnie.
Ktoś mnie dotknął. Nie było to miłe. Każdy mój nerw był napięty, a gdy poczułam dotyk miałam znów ochotę się rozpłakać. Tak, jakby ktoś przecinał skalpelem moja skórę.
— Musisz to wypić, dobrze? Pomoże ci — usłyszałam. Ktoś włożył mi rurkę do ust. Skoro nawet oddychanie sprawiało mi trudności i napawało nowymi dawkami bólu zamiast uspokajać, co będzie, jeżeli zrobię to co mi każą? Po chwili zebrałam się jednak w sobie, nie widząc żadnego wyjścia i wybiłam łyk napoju. Przez piekące gardło przepłynęła chłodna, górska woda. Przypomniały mi się biwaki, ogniska i spiekot dnia, gdy skakaliśmy do lodowatego jeziora. Nektar.
— Cud, że w ogóle żyje — odezwała się Annabeth . Jej głos zakłócały trzaski, jak w nienastrojonym radiu. — Bogowie nad nią czuwają.
— A dokładnie bóg Leo, jakbyś zapomniała...
— Zamknij się, Valdez — warknęła Juliet. — Gdybyś jej nie namówił, chimera by jej nie zaatakowała, ty idioto.
— Dokładniej to wina Percy'ego, bo zostawił ją w tyle — poprawiła ją Annabeth.
— Hej! — zaprotestował urażony Jackson. Zastanowiło mnie, ile osób jest w tym pokoju. I gdzie ja w ogóle jestem.
— Czy możecie się wszyscy zamknąć? A najlepiej wyjdźcie — powiedział tajemniczy chłopak. Z trudem odnalazłam właściwe imię: Will, syn Apolla. Zwrócił się do mnie, choć nie mogłam tego zobaczyć. — Potrzebujesz odpoczynku. Ramię ci wydobrzeje, nie będzie nawet śladu. Co do ugryzienia na łydce, w najgorszym wypadku zostanie ci blizna.
Nie zareagowałam, bo nie widziałam takiej potrzeby. Mój umysł spowijały czarne myśli. Prawie zginęłam dwa razy w ciągu dwóch tygodni. Za trzecim razem mogę nie mieć tyle szczęścia.


Było koło godziny dziesiątej, gdy znów się obudziłam. Całe ramię nieprzyjemnie piekło, ale już nie czułam się tak, jakbym wciągała siarkę i dym papierosowy nosem. Gardło nieco się odblokowało. Nie czułam prawej nogi i nawet nie próbowałam nią poruszać. Nadal mnie mdliło i byłam gotowa zapaść w sen na kolejne kilka godzin, by moje ciało samo poradziło sobie z trucizną. Bez użycia nawet najmniejszej cześć świadomości.
Ale mój umysł też zdawał się cierpieć. Śniłam koszmary, pełne ryków lwa, ognia i błyszczących oczów. A potem to wszystko się rozmywało, a ja widziałam tylko wyłaniający się z spalonej ziemi kwiat maku.
Miałam sucho w ustach. Z chęcią bym się czegoś napiła.
— Dzień dobry! — usłyszałam głos. Podskoczyłam, zakryłam się kołdrą aż do brody i wcisnęłam się do najdalszego kąta. Spałam na małej kanapie, wiec to na niewiele się zdało. — Ej, mała, co z tobą?
Co ze mną!? Leo siedział tuż obok mnie, niedbale rozrzucony i rozluźniony, jak gdyby nic się nie stało. Parę godzin temu, zdawało mi się, że już więcej się do mnie nie odezwie. Nie odezwie się do nikogo. Chimera buchnęła na niego ogniem, a on nawet nie osmalił sobie brwi. Czemu, do jasnej cholery, nie spłoną jak źdźbło trawy?
Jedno jest pewne — niech się do mnie nie zbliża.
Rozejrzałam się niespokojnie po pomieszczeniu. Królowało tu drewno, bez zwątpienia. Drewniana podłoga, drewniane ściany, drewniane krzesła przy drewnianym stole... Kanapa, na której leżałam, była jasna. Pachniało sosną i — jeśli się nie myliłam — winem. Był tu również kominek, nad którym była zawieszona głowa lamparta. Czy ona się ruszała? Obraz znów zaczął mi się rozmywać, jakbym miała okropną wadę wzroku.
To nie był domek Demeter.
— Jesteś w Wielkim Domu — odparł Leo, jakby czytał w moich myślach.— Potrzebowałaś spokoju po tym, jak prawie zabiła cię chimera.
Wszystkie wspomnienia wybuchnęły w mojej głowie. Las, potwór i Leo stający w płomieniach, oślepienie chimery... Po tym, jak mnie podniósł, straciłam przytomność. I obudziłam się dopiero o brzasku, prawie płonąc.
Znów ten cholerny ogień. Pisnęłam ze strachu i zacisnęłam powieki, ale wtedy zamiast pomieszczenia ujrzałam głowy chimery. Zemdliło mnie i otworzyłam gwałtownie oczy.
— Ej, mała, jesteś zielona na twarzy — zauważył chłopak i wyciągnął rękę w moim kierunku. Odruchowo się cofnęłam, moje mięśnie się napięły. Każdy nerw krzyczał "nie zbliżaj się do mnie". Leo wydał się zaskoczony i już otwierał usta, ale przeszkodził mu Will, który wygonił bruneta, nie próbując być nawet miłym.
Bogu niech będą dzięki za zły humor blondyna.
Może powinnam od teraz mówić bogom? Cholera, to zbyt skomplikowane.


Stanęłam nogi szybciej niż jakikolwiek śmiertelnik wcześniej. Bycie herosem ma jednak jakieś plusy — jeśli coś cię prawie zabije, po kilku dniach jesteś jak nowo narodzony. 
Fizycznie. Nie psychicznie.
Siedziałam na ławce w słońcu i przyglądałam się zawodom w zbieraniu truskawek. Dzieciaki Nike miały jakąś obsesję w współzawodnictwie. Mało nie pozabijały się, gdy zabrzmiał sygnał startu. Mój domek radził sobie całkiem nieźle i na razie prowadził — truskawki same wpadały do koszyków. A Leo został zdyskwalifikowany, gdy wyrwał cały krzaczek i już zabierał się do następnego. Po co bawić się w jakieś subtelności?
Usiadł obok mnie i wyciągnął w moją stronę krzaczek, na którym dyndały truskawki.
— Masz ochotę? — spytał. Pokręciłam głową. Nadal mało jadłam. Czasami czułam kwaśny posmak trucizny w ustach. Mało przyjemne i nie chciałam ryzykować wymiotami i spektakularnym czynem samobójczym zabijającym moje życie towarzyskie. 
— Ej no, naprawdę nie chciałem żebyś prawie zginęła. Miałaś się odprężyć — zaczął się usprawiedliwiać. Spojrzałam na niego zdziwiona. Kilka razy próbował mnie przeprosić, ale z niepowodzeniem, bo z jego ust wydobywały się jakieś jąkania i zamieniał temat. Tego jednak się nie spodziewałam. Chwyciłam za notatnik, który leżał obok mnie i  nabazgrałam parę słów.
Przecież mnie uratowałeś. Zawdzięczam ci życie.
Spojrzał na mnie krzywo. Już przed nim nie uciekałam. Po prostu unikałam jego dotyku. Dawno z nikim nie rozmawiałam przez dłuższy czas, i tym razem nie było mi to dane.
— Ty jeszcze masz czelność się do niej odzywać!? — Juliet, mogłabym przysięgać, wyrosła spod ziemi i chwyciła mnie za ramie, a drugą ręką wyrwała notatnik z ręki syna Hefajstosa. — Nie zbliżaj się do niej, Valdez.
Prowadziła mnie do naszego domku. Zerknęłam przez ramię. Leo patrzył jak odchodzimy, ale z jego twarzy nie mogłam nic odczytać.

Seriously? Muszę się na Was obrazić i wyzwać, żebyście komentowali?
Więc nasza Mackenzie ma duży problem, bo zaczęła bać się ognia? Ops. Zrobiłam to na umyślnie. Jeśli boi się nawet dotknąć Leosia, to ciekawe, jak zareaguje gdy dowie się o jego zdolnościach. Ja już wiem, bo napisałam to 10 sierpnia, a Wy się jeszcze będziecie męczyć. Obecnie pracuje nad drugą częścią i mam załamanie nerwowe nad paringami i fabułą, a dokładniej pobocznymi wątkami. Będzie krew. Dużo krwi.
Zostałam zastraszona przez Natalcie, że jeśli Kenzie i Leo nie będą razem, mój tyłek zostanie boleśnie okaleczony.
Jezu nie wiem, pojawił sie nawet pomysł rozwalenia Percabeth ale idk co o tym sądzić. Czuje, ze to spieprzę.
Jak tam moja książka? Mam w głowie tysiąc scenariuszy, a jeśli zyska ona popularność, to będzie druga i trzecia cześć. Na każdą mam już pomysł, mglisty ale jest.
Języki obce mnie dobijają. Jak na razie to tylko z nich pisze kartkówki, wkuwam słówka. Eh.
Lecę pisać 26 rozdział. Mam wenę, jupi!

1 komentarz:

  1. Oki doki, ja tam nie jestem taka ogarnięta w sprawie tego ff, albo raczej w kwestii postaci, you know why, ale czuję że Leo coś narobił w międzyczasie... idk
    "Jeśli coś cię prawie zabije, po kilku dniach jesteś jak nowo narodzony" this >>>>
    Cieszę się, że masz wenę skarbie :)

    ~Klaudia

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis