sobota, 5 września 2015

4


Gdy po tygodniu nie było widać żadnych efektów, powoli wszyscy zaczęli się niepokoić, choć tego po sobie nie pokazywali.
Byli okropnymi kłamcami i jeszcze gorszymi aktorami.
Przez całe życie uczyłam się jak wykorzystywać ciało i mimikę, aby bez słów się z kimś porozumiewać. Fałszywość w gestach była tak porażająca, że kręciło mi się w głowie. Nawet nie byli tego świadomi.
Siedziałam po turecku na trawie, niedaleko jeziora. Gdy patrzyłam w jego stronę, odbite promienie słoneczne raziły mnie w oczy. Kilka razy się sparzyłam i przestałam tam zerkać.
Próbowałam za radą Annabeth się rozluźnić.
— Medytacja powinna pomóc. To taki wgląd w samą siebie. Po prostu usiądź, zrelaksuj się i spróbuj poczuć to coś.
To głupie coś nie nadchodziło.
Siedziałam sztywno, w dłońmi skierowanymi w górę wewnętrzną stroną. Oddychałam głęboko i miarowo. Otworzyłam oczy. Przed sobą nic nie widziałam. Powinna tam być łodyga kwiatka. Przecież zakopałam ziarenko, nie? Teraz łodyżka powinna wystrzelić do góry jak w tej bajce o magicznej fasoli.
Już nie musi być do nieba. Wystarczy długość palca. Nie? To może paznokcia? Też za dużo?
Moje ramiona opadły. Położyłam łokcie na kolanach i schowałam twarz w dłoniach. Jestem beznadziejna.
— Hej. Aż tak źle?
Poznałam głos. Kiwnęłam głową, nadal nie patrząc na gościa, a on usiadł obok mnie.
— Kiedyś się uda — pocieszył mnie. Spojrzałam na niego z miną nie wyrażającą zbytniego entuzjazmu. — No hej, zostałaś uznana czy nie?
Wyciągnęłam notatnik, choć to było pytanie retoryczne. Nie mogłabym nie odpowiedzieć.
Jest jakaś mała szansa, że zaszła pomyłka? No wiesz, że przez przypadek mnie uznano.
— Wątpię. Ale to, że ci nie wychodzi, nie znaczy, że jesteś do bani. Wiem coś o tym.
Nie wyglądasz na filozofa.
— Mała, czy ty się ze mnie nabijasz? — Zmarszczyłam nos. Nie spodobało mi się słowo "mała" w jego ustach. — Dobra, nieważne. Chodzi mi o to, że masz wszytko co potrzeba. Jesteś jak nienaoliwiona i zardzewiała maszyna. Powoli w końcu mechanizm ruszy i się obudzi do życia. Zobaczysz.
Zostałam porównana do rozpadającej się ze starości maszyny. Super. Naprawdę pocieszające.
Skąd wiedziałeś, że jestem do bani?
Nie wyglądał na zbyt zadowolonego, gdy mu zadałam to pytanie. Uderzyłam go w ramie, gdy próbował się wykręcić.
— No dobra, nie bądź taka agresywna. Cały obóz o tym mówi.
Na mojej twarzy zastygło przerażenie. To jest aż tak dziwne? Skoro wszyscy o mnie gadają, to musi być jakiś konkretny powód. Znów schowałam twarz w dłoniach. Leo poklepał mnie po ramieniu.
— Nie przejmuj się tak. Ta cała sytuacja jest dziwna. Normalnie herosi przybywają do obozu, gdy mają dwanaście lat i to w eskorcie jakiegoś satyra, a ty masz siedemnaście, prawie natychmiast zostałaś uznana no i nie objawiasz żadnych mocy, choć powinnaś.
Dzięki Leo, pocieszyłeś mnie.
Wzruszył ramionami. Nie wydawał się zmieszany ani nawet speszony. Coś mnie w nim intrygowało. Nie zachowywał się tak, jakbym była kruchą i bezbronną laleczką z porcelany. Jakbym nie różniła się od jego sióstr.
— Zamierzasz teraz tu siedzieć i się zamartwiać? — spytał. Udałam, że się zastanawiam, po czym kiwnęłam głową. Wolałam to wszystko przetrawić. Sama.
Leo uśmiechnął się jak psychopata.
— Mam lepszy pomysł.

1 komentarz:

  1. okay, widzę że powoli się rozkręca więc sdfghjklkjhgf
    Ten taki lekki sarkazm Mackenzie w tym rozdziale, coś mi przypomina ale idk co. Spędzę całą noc, zastanawiając się, ok.
    Strasznie krótki ten rozdział, no ale nie będę Ci tego wypominać kochanie, bo jeśli dobrze kojarzę, to w 2 części rozdziały będą dłuższe, więc przeżyję ♥
    Boję się pomysłu Leo hahahaha

    Tęsknię mocno,
    Klaudia xx

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis