sobota, 26 września 2015

7


Przebudzenie było najbardziej bolesnym doświadczeniem w moim życiu.
Gdy tylko się obudziłam i otworzyłam oczy, przeżyłam wstrząs. Czułam, jak ogień płynie moimi żyłami, jak każdy mięsień napina się się w ambarasie, oczekując decydującego ciosu. Całe ramię zdawało się być nabite drzazgami. U ustach czułam kwaśny posmak, jak gdybym wypiła jeden ze żrących kwasów. Gdy tylko światło dotarło do moich oczów, w mózg wbiło mi się tysiące igiełek. Prawie znów zemdlałam. Jęknęłam z bólu i szybko zacisnęłam powieki z powrotem. Co nie polepszyło sytuacji — ujrzałam złotą grzywę, skąpaną we krwi; lśniące oczy i ogień.
— Mackenzie, słyszysz mnie? — zapytał głos jakby z oddali, przytłumiony i podekscytowany. Kiwnęłam powoli głową. Zemdliło mnie.
Ktoś mnie dotknął. Nie było to miłe. Każdy mój nerw był napięty, a gdy poczułam dotyk miałam znów ochotę się rozpłakać. Tak, jakby ktoś przecinał skalpelem moja skórę.
— Musisz to wypić, dobrze? Pomoże ci — usłyszałam. Ktoś włożył mi rurkę do ust. Skoro nawet oddychanie sprawiało mi trudności i napawało nowymi dawkami bólu zamiast uspokajać, co będzie, jeżeli zrobię to co mi każą? Po chwili zebrałam się jednak w sobie, nie widząc żadnego wyjścia i wybiłam łyk napoju. Przez piekące gardło przepłynęła chłodna, górska woda. Przypomniały mi się biwaki, ogniska i spiekot dnia, gdy skakaliśmy do lodowatego jeziora. Nektar.
— Cud, że w ogóle żyje — odezwała się Annabeth . Jej głos zakłócały trzaski, jak w nienastrojonym radiu. — Bogowie nad nią czuwają.
— A dokładnie bóg Leo, jakbyś zapomniała...
— Zamknij się, Valdez — warknęła Juliet. — Gdybyś jej nie namówił, chimera by jej nie zaatakowała, ty idioto.
— Dokładniej to wina Percy'ego, bo zostawił ją w tyle — poprawiła ją Annabeth.
— Hej! — zaprotestował urażony Jackson. Zastanowiło mnie, ile osób jest w tym pokoju. I gdzie ja w ogóle jestem.
— Czy możecie się wszyscy zamknąć? A najlepiej wyjdźcie — powiedział tajemniczy chłopak. Z trudem odnalazłam właściwe imię: Will, syn Apolla. Zwrócił się do mnie, choć nie mogłam tego zobaczyć. — Potrzebujesz odpoczynku. Ramię ci wydobrzeje, nie będzie nawet śladu. Co do ugryzienia na łydce, w najgorszym wypadku zostanie ci blizna.
Nie zareagowałam, bo nie widziałam takiej potrzeby. Mój umysł spowijały czarne myśli. Prawie zginęłam dwa razy w ciągu dwóch tygodni. Za trzecim razem mogę nie mieć tyle szczęścia.


Było koło godziny dziesiątej, gdy znów się obudziłam. Całe ramię nieprzyjemnie piekło, ale już nie czułam się tak, jakbym wciągała siarkę i dym papierosowy nosem. Gardło nieco się odblokowało. Nie czułam prawej nogi i nawet nie próbowałam nią poruszać. Nadal mnie mdliło i byłam gotowa zapaść w sen na kolejne kilka godzin, by moje ciało samo poradziło sobie z trucizną. Bez użycia nawet najmniejszej cześć świadomości.
Ale mój umysł też zdawał się cierpieć. Śniłam koszmary, pełne ryków lwa, ognia i błyszczących oczów. A potem to wszystko się rozmywało, a ja widziałam tylko wyłaniający się z spalonej ziemi kwiat maku.
Miałam sucho w ustach. Z chęcią bym się czegoś napiła.
— Dzień dobry! — usłyszałam głos. Podskoczyłam, zakryłam się kołdrą aż do brody i wcisnęłam się do najdalszego kąta. Spałam na małej kanapie, wiec to na niewiele się zdało. — Ej, mała, co z tobą?
Co ze mną!? Leo siedział tuż obok mnie, niedbale rozrzucony i rozluźniony, jak gdyby nic się nie stało. Parę godzin temu, zdawało mi się, że już więcej się do mnie nie odezwie. Nie odezwie się do nikogo. Chimera buchnęła na niego ogniem, a on nawet nie osmalił sobie brwi. Czemu, do jasnej cholery, nie spłoną jak źdźbło trawy?
Jedno jest pewne — niech się do mnie nie zbliża.
Rozejrzałam się niespokojnie po pomieszczeniu. Królowało tu drewno, bez zwątpienia. Drewniana podłoga, drewniane ściany, drewniane krzesła przy drewnianym stole... Kanapa, na której leżałam, była jasna. Pachniało sosną i — jeśli się nie myliłam — winem. Był tu również kominek, nad którym była zawieszona głowa lamparta. Czy ona się ruszała? Obraz znów zaczął mi się rozmywać, jakbym miała okropną wadę wzroku.
To nie był domek Demeter.
— Jesteś w Wielkim Domu — odparł Leo, jakby czytał w moich myślach.— Potrzebowałaś spokoju po tym, jak prawie zabiła cię chimera.
Wszystkie wspomnienia wybuchnęły w mojej głowie. Las, potwór i Leo stający w płomieniach, oślepienie chimery... Po tym, jak mnie podniósł, straciłam przytomność. I obudziłam się dopiero o brzasku, prawie płonąc.
Znów ten cholerny ogień. Pisnęłam ze strachu i zacisnęłam powieki, ale wtedy zamiast pomieszczenia ujrzałam głowy chimery. Zemdliło mnie i otworzyłam gwałtownie oczy.
— Ej, mała, jesteś zielona na twarzy — zauważył chłopak i wyciągnął rękę w moim kierunku. Odruchowo się cofnęłam, moje mięśnie się napięły. Każdy nerw krzyczał "nie zbliżaj się do mnie". Leo wydał się zaskoczony i już otwierał usta, ale przeszkodził mu Will, który wygonił bruneta, nie próbując być nawet miłym.
Bogu niech będą dzięki za zły humor blondyna.
Może powinnam od teraz mówić bogom? Cholera, to zbyt skomplikowane.


Stanęłam nogi szybciej niż jakikolwiek śmiertelnik wcześniej. Bycie herosem ma jednak jakieś plusy — jeśli coś cię prawie zabije, po kilku dniach jesteś jak nowo narodzony. 
Fizycznie. Nie psychicznie.
Siedziałam na ławce w słońcu i przyglądałam się zawodom w zbieraniu truskawek. Dzieciaki Nike miały jakąś obsesję w współzawodnictwie. Mało nie pozabijały się, gdy zabrzmiał sygnał startu. Mój domek radził sobie całkiem nieźle i na razie prowadził — truskawki same wpadały do koszyków. A Leo został zdyskwalifikowany, gdy wyrwał cały krzaczek i już zabierał się do następnego. Po co bawić się w jakieś subtelności?
Usiadł obok mnie i wyciągnął w moją stronę krzaczek, na którym dyndały truskawki.
— Masz ochotę? — spytał. Pokręciłam głową. Nadal mało jadłam. Czasami czułam kwaśny posmak trucizny w ustach. Mało przyjemne i nie chciałam ryzykować wymiotami i spektakularnym czynem samobójczym zabijającym moje życie towarzyskie. 
— Ej no, naprawdę nie chciałem żebyś prawie zginęła. Miałaś się odprężyć — zaczął się usprawiedliwiać. Spojrzałam na niego zdziwiona. Kilka razy próbował mnie przeprosić, ale z niepowodzeniem, bo z jego ust wydobywały się jakieś jąkania i zamieniał temat. Tego jednak się nie spodziewałam. Chwyciłam za notatnik, który leżał obok mnie i  nabazgrałam parę słów.
Przecież mnie uratowałeś. Zawdzięczam ci życie.
Spojrzał na mnie krzywo. Już przed nim nie uciekałam. Po prostu unikałam jego dotyku. Dawno z nikim nie rozmawiałam przez dłuższy czas, i tym razem nie było mi to dane.
— Ty jeszcze masz czelność się do niej odzywać!? — Juliet, mogłabym przysięgać, wyrosła spod ziemi i chwyciła mnie za ramie, a drugą ręką wyrwała notatnik z ręki syna Hefajstosa. — Nie zbliżaj się do niej, Valdez.
Prowadziła mnie do naszego domku. Zerknęłam przez ramię. Leo patrzył jak odchodzimy, ale z jego twarzy nie mogłam nic odczytać.

Seriously? Muszę się na Was obrazić i wyzwać, żebyście komentowali?
Więc nasza Mackenzie ma duży problem, bo zaczęła bać się ognia? Ops. Zrobiłam to na umyślnie. Jeśli boi się nawet dotknąć Leosia, to ciekawe, jak zareaguje gdy dowie się o jego zdolnościach. Ja już wiem, bo napisałam to 10 sierpnia, a Wy się jeszcze będziecie męczyć. Obecnie pracuje nad drugą częścią i mam załamanie nerwowe nad paringami i fabułą, a dokładniej pobocznymi wątkami. Będzie krew. Dużo krwi.
Zostałam zastraszona przez Natalcie, że jeśli Kenzie i Leo nie będą razem, mój tyłek zostanie boleśnie okaleczony.
Jezu nie wiem, pojawił sie nawet pomysł rozwalenia Percabeth ale idk co o tym sądzić. Czuje, ze to spieprzę.
Jak tam moja książka? Mam w głowie tysiąc scenariuszy, a jeśli zyska ona popularność, to będzie druga i trzecia cześć. Na każdą mam już pomysł, mglisty ale jest.
Języki obce mnie dobijają. Jak na razie to tylko z nich pisze kartkówki, wkuwam słówka. Eh.
Lecę pisać 26 rozdział. Mam wenę, jupi!

sobota, 19 września 2015

6


Skradałam się najciszej jak potrafiłam, jednak było to trudne biorąc pod uwagę konary, na których się potykałam i gałęzie, walące w moja tarczę.
Hełm nie był moim ulubionym nakryciem głowy, teraz to wiedziałam.
Serce tłukło mi się w piersi. Rozkazałam mu się zamknąć i uspokoić, bo bałam się, że rozwali mi żebra. Nie posłuchało.
Słyszałam mój zespół, który znikł mi z oczu. Miałam osłaniać tyły. Przed potworami i innymi półbogami. Percy zrobił to naumyślnie, ale nie chciałam się kłócić. Nie byłam jeszcze gotowa. A w tyłach nic minie groziło, taką miałam przynajmniej nadzieje.
Coś złamało gałąź za mą. Odwróciłam się szybko, wyciągając złoty miecz przed sobą. Zwilżyłam wargi językiem i próbowałam przełknąć ślinę, ale miałam całkowicie wysuszone w ustach . Tak, jakbym próbowała przełknąć piasek.
Na początku nie spostrzegłem niczego. A potem pojawił się zloty błysk wśród liści.
Nie miałam nawet czasu, by sięgnąć po gwizdek.
Zwierze skoczyło. Zasłoniłam się tarcza, gdy jego długie pazury próbowały wbić się w moje ciało. Siła uderzenia zwaliła mnie z nóg. Mój umysł gorączkowo przeszukiwał nazwy potworów, których znałam tak mało. W końcu dopasowałam odpowiednią.
Chimera.
Miała głowę lwa ze złotą grzywą, a gdy ja potrząsnęła kropelki krwi rozbryzgały się dookoła. Kozia sierść pokrywała jej tułowie, skąd wyrastała druga głowa zwierzęcia. Przednie łapy miała lwie, z długimi, ostrymi pazurami, natomiast tynie były kozie. Zamiast ogona wyrastał jej wielki, czarny wąż z kłami ociekającymi jadem. Na obrazku była jakaś milsza.
Znów zaatakowała, ale byłam szybsza i przetoczyłam się w lewo, tocząc się ze wzgórza. Poczułam promieniujący ból w nadgarstku, w dłoni z tarczą. Na szczęście nie zgubiłam miecza. Wstrzymałam łzy i wstałam, sięgając po gwizdek.
Zniknął.
Ogarną mnie paraliżujący strach. Jeśli nie wezwę Percy'ego, jeśli ktoś mnie nie znajdzie, to chimera mnie zabije. Nie chciałam polec z pazurów zmutowanego Aslana.
Potwór w mgnieniu oka znalazł się obok mnie. Zasłoniłam się tarczą i sama zaatakowałam. Ostrze miecza zraniło ją w przednią łapę. Z pionowego rozcięcia zaczęła sączyć się krew. Potwór zawył wściekły.
Ogarnął mnie jakiś dziwny chłód. Wszystko zwolniło – dosłownie. Jakby powietrze zgęstniało, a ja sama poruszała się o wiele szybciej. Mogłam się przypatrzeć mięśniom drgającym na plecach potwora. Tętno zwolniło. W uszach przestało mi szumieć, a ból w nadgarstku zelżał.
I wtedy wąż włączył się do akcji. Rozpraszał mnie, gdy starałam się skupić na głowie lwa. Koza tak samo – próbowała mnie kąsać, nadziać na swoje rogi. Jej zęby były ostre jak igiełki. Chimera skakała wokół mnie, męcząc i bawiąc się jakbym była myszką, a ona kotkiem. Jakimś cudem udało mi się przeżyć pierwsze pięć minut. W pewnym momencie nie zareagowałam dostatecznie szybko. Pazury chlasnęły moje ramię, pozostawiając cztery głębokie zadrapania, z których zaczęła płynąć krew. Całą siła woli zmusiłam się do zapomnienia i zahamowania promieniującego bólu. Ścisnęłam mocniej miecz, który był zaskakująco chłodny w mojej spoconej i – o dziwo – gorącej dłoni. Skupiłam się na głowie węża. Miał jadowitą truciznę, od której umierało się w dość bolesny sposób. Ale potwór jakby przeczuł, co zrobię. Przecież posiadał ludzką inteligencję. I zioną ogniem.
Skuliłam się za własną tarczą. Zaczęło robić się gorąco.  Tarcza i wzór na niej wyryty zaczęły się topić. Parzyła mnie w całe ramie i w uszkodzony nadgarstek. Jęknęłam z bólu, a nie często mi się to zdarza.
Koza musiała uderzyć swoimi rogami w topiąca się tarcze i przewróciłam się na plecy. Miecz wypadł mi z ręki, gdy próbowałam jakoś korzystnie upaść na ziemie. Hełm ześlizgnął się w głowy. Potwór stanął nade mną i napawał się tryumfem. Zaczęłam się cofać tyłem, łkając z bólu i bezradności. Panikowałam. Chód walki już opuścił moje ciało. Pozostał tylko ból, ten promieniujący, nie do zniesienia ból. Głowa węża wystrzeliła do przodu i jej długie kły zatopiły się w mojej łydce. Pisnęłam. Krew buchnęła z otworów, a moimi żyłam zaczęła płynąc trucizna, paląc każdy nerw. Moje ciało zaczęło odmawiać mi posłuszeństwa. Chimera wzięła głęboki oddech, gotowa mnie przypiec i potem zjeść jak soczysty kawałek karkówki.
I wtedy rozległy się krzyki. Potwór skierował swój śmiertelny oddech na chłopca, który biegł na czele. I zionął ogniem wprost na Leona Valdez'a. Miałam prawie bez wiotkie ciało, musiałam patrzeć jak jeden z nielicznych ludzi traktujących mnie normalnie spala się żywcem, próbując mnie uratować. Załkałam jeszcze głośniej.
A potem poczułam w piersi gulę ulgi lub przerażenia, gdy spostrzegłam, że Leo stoi nietknięty przez ogień, który nawet nie osmalił mu zbroi. Ugodził mieczem chimerę w żółte oczy, gdy ta stała jak zamurowana, zastanawiając się czemu ten nędzny herosik się nie spalił. Zawyła przeraźliwie i uciekła w przeciwną stronę, zostawiając nas w spokoju.
— Za nią idioci, co się tak gapicie!? — Chłopak wskazał mieczem za bestią, a jego towarzysze ruszyli w ślad za chimerą. Leo został i do mnie podbiegł. Zamroczona czułam, jak szybko przeciął czymś moją tarcze i wyswobodził poparzoną rękę.
— Trzymaj się mała, tylko mi tu nie umieraj — mruknął, gdy podniósł mnie jak szmacianą lalkę i popędził w stronę obozu.


Wy małe pierdoły, nie komentujecie. Obrażam się na Was.
Mam naprawdę pracowite dni ( dobra, w tym tygodniu się opierniczałam, mogłam sobie na to pozwolić). Odpieprzyło mi coś i teraz moja nauczycielka z polskiego prowadzi mnie do ogólnopolskiego konkursu. Fajnie. A zapewniłam ją, że dobrze pisze i że temat jest mi znany. Za każdym razem, jak siadam i zaczynam pisać, czuję się, jakbym się rozbierała, bo temat jest bardziej intymny niż podejrzewałam. Chyba nie dorosłam, by wybaczyć ludziom.
Anyway, zaczęłam prace nad autorska książka. Nie żartuje. Pomysłów miałam mnóstwo, każdy beznadziejny, ale tym razem już się nie wycofam. Głównie dlatego, że mam już ponad piec osób, które mają ją przeczytać i ocenić. Co ja najlepszego wyprawiam?
Zostałam przewodniczącą klasy, zgarnęłam już parę szóstek i nie mam gustu jeśli mam się ubrać do szkoły. Poza tym jak dźwigam tą torbę / ten plecak, to czuje się, jakby mi ramiona ze stawów wypadały.
Staram się nie czuć rozgoryczenia, że tak wiele osób miało komentować i się zachwycać, bo zapewniało, ze będzie czytać, a jest tylko moja wierna grupka. Jak mówię, staram się, ale mi nie wychodzi.
Jestem szczera, ops.
Dobra, i tak Was kocham. Ten cholerny fandom jest zbyt zajebisty, by go nie kochać.

sobota, 12 września 2015

5


To nie był dobry pomysł.
Tego wieczoru odbyła się bitwa o sztandar i mi — jako nowicjuszce — pozwolono tylko się przyglądać. Ale Leo mnie przekonał, żebym spróbowała. Niechętnie się zgodziłam.
Wiedziałam, zanim pokiwałam głową, że to skończy się nie dobrze. Powoli opanowywałam całokształt walki mieczem. Ciężko pracowałam i tym samym uciekałam od ćwiczeń ogrodniczych. Percy był naprawdę kochany, bo wspierał mnie przy każdym uderzeniu w jego miecz, zachęcając do walki i dawał rady. Annabeth często przychodziła, żeby na nas popatrzeć. Czasami przynosiła książkę i czytała, co jakiś czas odrywając wzrok i jakby od niechcenia nas obserwując. A czasami po prostu siadała i wodziła oczami, prawdopodobnie za swoim chłopakiem.
Jedno trzeba było przyznać – Percy miał niesamowite oczy.
Po prawie trzygodzinnym treningu jadłam ambrozję, żeby uzdrowić krwawiące zadrapania i zlikwidować liczne siniaki. Przez pierwsze dni mój nauczyciel czuł się paskudnie i przepraszał za mój stan. W końcu napisałam mu, żeby się zamknął i mnie nie oszczędzał. Coś drgnęło w tych jego zielonych oczach barwy morza. Od tej pory zaczął mnie traktować zwyczajnie. Tak jak każdego. A niewiele było takich ludzi.
Byłam samodzielna. Ale w byciu herosem potrzebowałam pomocy. Po kilku dniach treningu nadal nie byłam w stanie wytrącić trzynastolatkowi broni z ręki. Nie ma się czym szczycić.
Od wkuwania greki i słuchania greckiej mitologii bolała mnie głowa. Po każdej lekcji musiałam chwilę poleżeć w łóżku, żeby migrena przeszła. Ale wkrótce się przyzwyczaiłam.
Pracowałam ciężko, naprawdę ciężko. To, że jestem niema, nieznaczny, że jestem gorsza. Mam wyostrzony zmysł słuchu i potrafię szybko analizować. Annabeth odkryła to przy okazji i powiedziała, że to mój główny atut. Powinnam go wykorzystywać.
Właśnie ta dwójka pomagała mi najbardziej. I był jeszcze Leo.
Moje podejrzenia okazały się słuszne. Był od Hefajstosa. Był irytujący. I nie potrafiłam odkryć jego intencji. Pewnie czuł się głupio i próbował załagodzić swoją wpadkę z „nieśmiała i małomówną” wersją mnie. Nie rozumiałam tylko, dlaczego? Przecież nic się takiego nie stało. Byłam do tego przyzwyczajona.
Może powinnam nosić koszulkę z napisem „ Hej, jestem Mackenzie i nie potrafię mówić”.
Nerwowo bawiłam się mieczem, stukając w diament znajdujący się w rękojeści. Byłam w grupie Percy'ego i tylko to powstrzymywało mnie od tego, żeby nie uciec. Nie chciałam go zawieść.
— Dobra, robimy tak — powiedział chłopak, zwołując grupkę wokół jego osoby. Gdy doszło do mnie, kazał mi się nie stresować. Wszyscy przez to przechodzą.
— Broń tyłów. Gdyby coś się działo, po prostu... — Tutaj się zawahał. Zapewne chciał użyć słowa „krzycz” — ... daj jakiś znak.
Coś drgnęło w moim umyśle.. Pokazałam palcem, żeby chwilkę zaczekali i podbiegłam do centaura, wyciągając notatnik.
Przepraszam, ma pan może gwizdek? Potrzebuje jakiegoś znaku.
Zmarszczył brwi, po czym odpowiedział.
— Mów mi Chejron, moje dziecko. — Wręczył mi czerwony gwizdek na sznurku, który zawiesiłam sobie na szyi. Gdy już miałam odchodzić, zatrzymał mnie. — Gdybyś nie dawała rady, po prostu się wycofaj. Nikt cię nie będzie winił. A teraz leć. Powodzenia.
Ukłoniłam się na podziękowanie. Twarz Chejrona rozjaśnił cień uśmiechu, który natychmiast zgasł. Wróciłam do swojej drużyny i pokazałam im moją małą zdobycz. Percy wyszczerzył się.
— Mądra dziewczynka — pochwalił mnie. Wystawił rękę do środka okręgu, a inni położyli swoje na jego dłoni. Wielka plątanina rąk. — A teraz do dzieła drożyno! Założyłem się z Annabeth, że wygram, więc zróbcie co w waszej mocy, by wasz wódź nie okrył się hańbą. Skopmy im tyłki!
Rozległy się śmiechy i okrzyk wojenny, po czym usłyszałam sygnał i ruszyliśmy do lasu.

sobota, 5 września 2015

4


Gdy po tygodniu nie było widać żadnych efektów, powoli wszyscy zaczęli się niepokoić, choć tego po sobie nie pokazywali.
Byli okropnymi kłamcami i jeszcze gorszymi aktorami.
Przez całe życie uczyłam się jak wykorzystywać ciało i mimikę, aby bez słów się z kimś porozumiewać. Fałszywość w gestach była tak porażająca, że kręciło mi się w głowie. Nawet nie byli tego świadomi.
Siedziałam po turecku na trawie, niedaleko jeziora. Gdy patrzyłam w jego stronę, odbite promienie słoneczne raziły mnie w oczy. Kilka razy się sparzyłam i przestałam tam zerkać.
Próbowałam za radą Annabeth się rozluźnić.
— Medytacja powinna pomóc. To taki wgląd w samą siebie. Po prostu usiądź, zrelaksuj się i spróbuj poczuć to coś.
To głupie coś nie nadchodziło.
Siedziałam sztywno, w dłońmi skierowanymi w górę wewnętrzną stroną. Oddychałam głęboko i miarowo. Otworzyłam oczy. Przed sobą nic nie widziałam. Powinna tam być łodyga kwiatka. Przecież zakopałam ziarenko, nie? Teraz łodyżka powinna wystrzelić do góry jak w tej bajce o magicznej fasoli.
Już nie musi być do nieba. Wystarczy długość palca. Nie? To może paznokcia? Też za dużo?
Moje ramiona opadły. Położyłam łokcie na kolanach i schowałam twarz w dłoniach. Jestem beznadziejna.
— Hej. Aż tak źle?
Poznałam głos. Kiwnęłam głową, nadal nie patrząc na gościa, a on usiadł obok mnie.
— Kiedyś się uda — pocieszył mnie. Spojrzałam na niego z miną nie wyrażającą zbytniego entuzjazmu. — No hej, zostałaś uznana czy nie?
Wyciągnęłam notatnik, choć to było pytanie retoryczne. Nie mogłabym nie odpowiedzieć.
Jest jakaś mała szansa, że zaszła pomyłka? No wiesz, że przez przypadek mnie uznano.
— Wątpię. Ale to, że ci nie wychodzi, nie znaczy, że jesteś do bani. Wiem coś o tym.
Nie wyglądasz na filozofa.
— Mała, czy ty się ze mnie nabijasz? — Zmarszczyłam nos. Nie spodobało mi się słowo "mała" w jego ustach. — Dobra, nieważne. Chodzi mi o to, że masz wszytko co potrzeba. Jesteś jak nienaoliwiona i zardzewiała maszyna. Powoli w końcu mechanizm ruszy i się obudzi do życia. Zobaczysz.
Zostałam porównana do rozpadającej się ze starości maszyny. Super. Naprawdę pocieszające.
Skąd wiedziałeś, że jestem do bani?
Nie wyglądał na zbyt zadowolonego, gdy mu zadałam to pytanie. Uderzyłam go w ramie, gdy próbował się wykręcić.
— No dobra, nie bądź taka agresywna. Cały obóz o tym mówi.
Na mojej twarzy zastygło przerażenie. To jest aż tak dziwne? Skoro wszyscy o mnie gadają, to musi być jakiś konkretny powód. Znów schowałam twarz w dłoniach. Leo poklepał mnie po ramieniu.
— Nie przejmuj się tak. Ta cała sytuacja jest dziwna. Normalnie herosi przybywają do obozu, gdy mają dwanaście lat i to w eskorcie jakiegoś satyra, a ty masz siedemnaście, prawie natychmiast zostałaś uznana no i nie objawiasz żadnych mocy, choć powinnaś.
Dzięki Leo, pocieszyłeś mnie.
Wzruszył ramionami. Nie wydawał się zmieszany ani nawet speszony. Coś mnie w nim intrygowało. Nie zachowywał się tak, jakbym była kruchą i bezbronną laleczką z porcelany. Jakbym nie różniła się od jego sióstr.
— Zamierzasz teraz tu siedzieć i się zamartwiać? — spytał. Udałam, że się zastanawiam, po czym kiwnęłam głową. Wolałam to wszystko przetrawić. Sama.
Leo uśmiechnął się jak psychopata.
— Mam lepszy pomysł.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis