sobota, 29 sierpnia 2015

3




Siedziałam i zajadałam się truskawkami, które zebrałam. Najpierw dokładnie je umyłam, a potem pożyczyłam książkę od Ellie. Domek 6 ma ich po sam dach i z chęcią wypożyczyli mi coś, co nie było o architekturze.  Akurat ta była o reinkarnacji. Tak przynajmniej wywnioskowałam z krótkiego opisu na tyle okładki. Przebrnęłam przez dziesięć pierwszych stron i nadal nie pojmowałam sensu. Urodziła się martwa, a na następnej stronie już żyła.* Może coś źle czytam?
Podniosłam wzrok, wbijając go w krajobraz przed sobą. Kilka osób kąpało się w jeziorze. Sama zapragnęłam schodzić się  w przyjemnie zimnych wodach. Pod powierzchnią świat był magiczny. Włosy zabawie kłębiły się wokół głowy, policzki były wpychane drogocennym powietrzem... Pod wodą nikt nie mógł mówić. No, dobra, Percy był wyjątkiem. Chodzi mi o to, że pod wodą wszyscy byli tacy jak ja.
Chyba zaczynam być przewrażliwiona.
Kolejny dzień i moje zdolności z zakresu rolnictwa są zakopane pod ziemią i nadal nie chcą wykiełkować. Zaczynałam się irytować. Zazwyczaj jestem cierpliwa, ale to przekraczało już wszelkie granice. Dwunastolatek potrafi sobie poradzić, a ja nie?
— Nie zawracaj tym sobie głowy, kochanie — odpowiedziała na moje pytanie Juliet, plotąc francuza z moich ciemnych włosów. — Pięć lat to jest różnica, nie twierdze, że nie. Ale wiesz, lepiej kogoś uczyć od małego, szybciej pojmuje. Potrzeba czasu, żebyś się rozkręciła.
Nabazgrałam parę słów i podałam je dziewczynie.
Oby. Bo jeśli nie, będę musiała pisać petycję o zmianę boskiego rodzica.
Roześmiała się.


— Obawiam się, że to niemożliwe.
Wtedy wbiegł Dan, obwieszczając, że Romeo Julii już przybył. Dziewczyna spłonęła rumieńcem i wybiegła z domku. I tyle ją widziałam.
Miałam jeszcze godzinę do szermierki. Percy zapewniał, że nie da mi za bardzo w kość, ale jakoś nie byłam w stanie to uwierzyć. Na widok mojej miny, wybuchnął śmiechem i stwierdził, że przynajmniej się postara.
Podskoczyłam, gdy się odezwał. Znowu mnie zaskoczył.
— No cześć. Wolne?
Pokazał na trawę obok mnie. Ciekawe, co by zrobił, gdym pokręciła głową. Ale tego nie zrobiłam. Usiadł i rozłożył się wygodnie na trawie.
— Co czytasz? — rzucił. Pokazałam mu okładkę. — Nie znam.
Ależ mi niespodzianka, pomyślałam. Już wyczuwałam, że coś się szykuje i że on nie przyszedł tutaj po to, żeby porozmawiać o książkach, których nie czytał.
— Okej, słuchaj, naprawdę przepraszam. Za tą koszulkę i za to, co było wieczorem. Między nami wszystko w porządku?Wyjęłam notatnik z tylnej kieszeni spodni. Nakreśliłam na nim parę słów i mu go wręczyłam.
Nic mi się nie stało. Czy możesz w końcu przestać przepraszać?
Jego prawy kącik ust podniósł się w górę.
— Przepraszam.
Wymownie spojrzałam w niebo. Jeśli ma mnie zamiar denerwować, niech sobie idzie. Proszę.
— Ile takich tygodniowo zużywasz, co? — Potrząsnął niebieskim notatnikiem, po czym mi go oddał, żebym odpisała.
Zależy, ile z kim "rozmawiam" i jak często to robię. I od grubości. Czy ja wiem, może jeden albo dwa na tydzień, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Czemu pytasz?
— Bez powodu — odparł, wzruszając ramionami. Rozległ się dźwięk, coś, co przypominało gong. Chwila mojej wolności minęła i musiałam się psychicznie nastawić na to, że Percy zleje mój tyłek. Czyli czas na szermierkę.Wzięłam swój notatnik wraz z długopisem i włożyłam go do tylnej kieszeni. Wstałam i otrzepałam się z trawy i ziemi. Chłopak zrobił to samo.
— Czy ja ci się przedstawiłem? — Pokręciłam głową. Chłopak stanął na baczność, po czym się skłonił. Wyciągnął prawą dłoń i uśmiechnął się szelmowsko. Zamrugałam zaskoczona. Dopiero po chwili pojęłam, o co mu chodzi. Położyłam mu swoją rękę na jego wyciągniętej. Miał ciepłe dłonie, w przeciwieństwie do moich.
— Leo Valdez, do usług panienki — powiedział, po czym musnął wargami moją dłoń. I zwiał.
Patrzyłam w oszołomieniu, jak się oddala. Zastanawiałam się, czy od zawsze był taki dziwny, czy dopiero w obozie kompletnie mu odbiło.



◊ 
* Mowa o książce "Jej wszystkie życia" autorstwa Kate Atkinson. Ciekawostka: nazwisko Mackenzie jest takie same na cześć właśnie tej autorki

Opóźnienie trzy godzinne, za co przepraszam, bo dopiero teraz mam chwilę żeby coś dodać. Mam w domu wielkie malowanie, i akurat dzisiaj był mój pokój i musiałam sprzątać i wszystko segregować, co zajęło mi prawie cztery godziny. Yep, jestem chomikiem i musiałam się pozbyć tych wszystkich pierdół. Do tego mam w komputerze wirusa dzięki kochanej Ewelince ( moja sis dla niewtajemniczonych), i dostaje szału jak go włączam co trawa już prawie tydzień i... Ok, daje sobie spokój.
Czy ktoś łaskawie może wytłumaczyć mojej mamie, ze ja wiem bardziej co jest modne, bo oglądam tumblra, zagraniczne youtuberki i blogi niż "czerwony dywan" w pytaniu na śniadanie? Dziękuje.
Ten tydzień nie należy do najszczęśliwszych, bo chodzenie od lekarza do lekarza i po czterech latach nadal nie wiedzą co mi do cholery jest :))))))))))
Jedyny plus to te dni spędzone z Gabrysią aka jedna z moich bff ( znów dla niewtajemniczonych).

Jak Wam się podoba rozdzialik? Leo jest uroczy ok djfadjghdfjgfdhg.
Kocham Was, xxx

sobota, 22 sierpnia 2015

2


Nic mi nie wychodziło i gdy dotarłam do swojego łóżka, byłam totalnie wyczerpana.
Wszyscy zapewniali, że mi się uda. Potrzebowałam jedynie czasu i praktyki. Każdy miał takie początki.
Jakoś im nie wierzyłam.
Gdy padłam twarzą w dół na poduszkę, od razu zaczęły mi się kleić powieki. Mogłam zasnać nawet w tej chwili — brudna, spocona i ubłocona. Byle by spać. Ale i to nie było mi dane.
— Oh, Mackenzie, daj spokój, nie możesz być aż tak zmęczona.
Jestem, uwierz mi. Machnęłam ręką na Juliet, a ta prychnęła zniesmaczona.
— Pójdziesz na ognisko, czy ci się podoba czy nie. Będzie fajnie, zobaczysz.
Wgryzłam się w poduszkę. Nie chciało mi się. Wolałabym pospać. Sama, z własnej woli bym nie poszła. Zostałam zmuszona do wzięcia prysznicu, włożenia świeżych ubrań i do uśmiechnięcia się, pomimo tego, że padałam z nóg.
Dotarliśmy do amfiteatru. Płomienie już wesoło skakały w górę, a na stopniach siedziała spora ilość ludzi. Na wietrze kołysały się emblematamy na kijach. Poszłyśmy w kierunku złotego kłosa.
W tłumie zobaczyłam znajomą twarz chłopaka, który dzisiejszego ranka na mnie wpadł. Odwróciłam wzrok i usiadłam obok Juliet. Ktoś pierwszy trącił w struny i rozległ się dziewczęcy głos. Za nim podążyły kolejne i kolejne. Jeździłam na ogniska ze znajomymi. Ale tej piosenki nigdy nie słyszałam. Trudno się dziwić - przecież to herosi. Kto normalny śpiewałby o rodzajach broni? Ludzie śmiali się, padały nieraz sprośne żarty... Nancy chwyciła mnie za rękę i podciągnęła w stronę ogniska. W rękę włożyła mi włócznie na której były ponadziewane pianki cukrowe. Uśmiechnęłam się pod nosem. Tego zastosowania jeszcze nie widziałam. Ciepło łaskotało mnie w twarz i w nogi, chroniąc przed komarami. Jedno jest pewne - te małe diabły były tak samo wredne tutaj jak i w każdej innej części świata.
Zdjęłam palcami piankę. Znajomy smak podrażnił mój język. Tęskniłam za nim. Pianki były zabójczo kaloryczne, ale trudno było poprzestać na jednej.
Wkrótce usiadłam ciężko, napchana łakociami i przyjemnie rozgrzana. Śmiechy, żarty i wspólna piosenka niesiona przez wiatr... To wszystko było tak normalne. Całkiem nie przypominało tego szalonego świata, który przedstawił mi wczoraj Chejron. Myśl, że za tydzień któryś z tych dzieciaków może być martwy, wydawała się absurdalna. Teraz byliśmy zgrają nastolatków na obozie, która spędzała razem miło czas.
Odprężyłam się. Wszystko było w porządku. Nie byłam szalona, chociaż tak mi się wydawało. Żadne z dyslektyków nie miało takich objawów jak ja — litery mi skakały przed oczyma, tworząc nowe słowo. Teraz wiedziałam, że mój umysł jest zaprogramowany na grekę i litery tworzyły nieznane mi słowa właśnie w tym języku. Tu wszyscy mieli ADHD.
Pocieszające, że nie jestem odludkiem.
Rozpoczęła się nowa piosenka. Płomienie rosły i rosły, teraz były pomarańczowe. Wpatrzyłam się w nie zachwycona. Nie było mi zimno. Przeciwnie, słodkawe ciepło rozchodziło się po moim ciele.
— Mackenzie?
Otworzyłam oczy. Sophie potrząsała moim ramieniem. Musiałam przysnąć. Rozglądnęłam się zdezorientowana i zaskoczona. Nie zdawałam sobie sprawy, jaka jestem zmęczona. Każdy mięsień mnie bolał i domagał się gorącej kąpieli. Rozciągnęłam się, słysząc, jak kości mi trzeszczą.
— Może wróć do domku, co? — podsunęła blondynka. — Lepiej ci to zrobi. Odprowadzić cię?
Pokręciłam głową. Nie trzeba było. Stłumiłam ziewnięcie i pożegnałam się ze wszystkimi. Gdy nieco odeszłam od ogniska, ciepło mnie opuściło, a chłód nocy zaczął lizać nagie części mojego ciała. Otoczyłam się ramionami. Śmiechy i śpiewy zostawiłam za sobą, przede mną była tylko ciemna otchłań.
Przeskoczyłam przez kamień. Świerszcze grały swoją melodię, niezwykle delikatną i subtelną, tak inną niż ta przy ognisku.
— Cześć.
Podskoczyłam. Koło mnie wyrósł dosłownie spod ziemi chłopak z kręconymi włosami i ciemnymi oczami. Ten od jajek. I bekonu. Super.
— Mam nadzieje, że się nie obraziłaś za to rano. Jesteś od Demeter, nie? Ta nowa.
Pokiwałam głową, nadal idąc w stronę domku. Widziałam już jego zarys na tle rozgwieżdżonego nieba. A chłopak nadal nie zważając na to, że się nie odzywam, usilnie mi towarzyszył, plotąc jakieś głupoty. Odprowadził mnie aż pod drzwi. Uśmiechnęłam się na pożegnanie i już miałam wejść do domku, gdy mnie zatrzymał.
— Nie jesteś zbyt rozgadana, co? Przez całą drogę nie powiedziałaś ani słowa. Aż tak cię onieśmielam?
Spojrzałam na niego jak na wariata. Czy to możliwe, że on nadal nie wie? Chciałaby być aż tak onieśmielający?
Stał i się gapił. Czyli na serio był nie świadomy, a udawał idiotę. Chyba, że robił to specjalnie, żeby sobie ze mnie okrutnie zażartować.
Wyciągnęłam notatnik z tylnej kieszeni i długopis. Napisałam na nim parę słów i mu poddałam. Wziął go zaskoczony.
Nie mogę nic powiedzieć.
— Aż tak się obraziłaś? Słuchaj, ja na serio nie chciałem ci nowej bluzki zniszczyć. — Spojrzał jeszcze raz na notatnik. — Chyba, że to coś w rodzaju ślubów albo...
Wyrwałam mu zniecierpliwiona notatnik i napisałam nowe zdanie. Wziął go zaintrygowany. Jeśli liczył, że zostałam ukarana przez bogów albo należę do jakiegoś zakonu, gorzko się rozczarował.
Ja nie potrafię mówić.
Gapił się przez dobrą chwilę na to, co napisałam.
— Och...
Potem na mnie spojrzał. Wyciągnęłam rękę, żądając notatnika. Oddał go, powoli wyciągając w moją stronę rękę. Chwyciłam brulion i uśmiechnęłam się niepewnie, niemal przepraszająco i zamknęłam mu drzwi przed nosem.
Jeszcze długo miałam pod powiekami obraz jego miny, ten wyraz niedowierzania, kiedy uświadomiłam ostatniego herosa w obozie, że jestem niema.

sobota, 15 sierpnia 2015

1



Zazwyczaj było ciężko, gdy przychodziłam do nowych miejsc. Musiałam poznawać wiele nowych osób. Zapamiętać wiele imion.
Nie to było problemem.
Za każdym razem, gdy ktoś się mi przedstawiał, uśmiechałam się, potrząsałam wyciągnięta ręką i rozstawałam się z nim. Byłam uważana za nieśmiałą.
Annabeth spędziła ze mną trochę czasu w zbrojowni. Gdy spytała, jaki rodzaj broni preferuje, wzruszyłam ramionami. Niedawno dowiedziałam się, że jestem półbogiem. Na pytanie o broń było zdecydowanie zbyt wcześnie. Dostałam miecz z niebiańskiego spiżu, ze srebrnym diamentem w rękojeści. Prócz tego miał delikatny motyw pnącza jakieś rośliny.
Miecz mi się podobał. Na tyle, ile może podobać się śmiercionośna broń.
Annabeth i Percy pierwsi się dowiedzieli. Gdy w końcu to pojęli, ich oczy zrobiły się wielkie jak spodki. A potem zachowywali się dziwnie. Percy próbował rozluźnić napięcie, ale mu się niezbyt udało i blondynka wygoniła go z krzykiem.
Czułam się bardzo niezręcznie. Bardzo, bardzo niezręcznie. Poprosiłam, żeby utrzymać to w tajemnicy jak najdłużej się da. Wiedziałam, że w końcu i tak wszyscy się dowiedzą. Zawsze się dowiadują. Mam najwyżej dwa dni normalnego traktowania. A potem będą się ze mną obchodzić jak z porcelanową laleczką.
Nie byłam krucha. Nie byłam z porcelany. A tym bardziej nie byłam laleczką.
Następnego dnia zostałam uznana. Nad moją głową rozjarzył się zielony symbol. Kłos pszenicy.
Byłam córką Demeter. Moja nowa rodzina miała obsesję na punkcie owsianki.
Oni dowiedzieli się od razu. Wiedziałam, że moja wolność właśnie się skończyła. Prosiłam o dyskrecję. Niech to się rozgłośnia wolno.
Po dwóch dniach wiedzieli już wszyscy. Udałam, że zaspałam, by móc zjeść śniadanie sama. Bez śledzenia wzrokiem, bez traktowania mnie, jakby miała się za chwilę rozpaść. Nienawidziłam być w centrum uwagi.
Wstałam i ubrałam się. Nałożyłam obozową koszulkę, krótkie spodenki i białe trampki. Włosy upięłam w kucyk, nałożyłam na rzęsy tusz, a oczy podciągnęłam kreską. Teraz wydawały mi się większe. Jeszcze tylko szminka.
Posłałam swoje łóżko. W domku Demeter starano utrzymać się porządek, choć nie raz się to nie udawało. W powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy, słońce przedzierało się przez zaciągnięte zasłony. Podeszłam do okna i rozsunęłam je. Blask zdawał się oślepiać. Przymrużyłam oczy. Przez chwilę łaknęłam krajobraz, przyzwyczajając się powoli do nowego domu. A potem zaburczało mi  w brzuchu. Chwyciłam miecz i pobiegłam na śniadanie, które dobiegało już końca.
Nie było prawie nikogo. Pomachałam Percy'emu, który grzebał się przy swoim stole, poganiany przez swoją dziewczynę. Podeszłam, by nałożyć sobie coś do jedzenia. Zdecydowałam się na czystą wodę, świeże owoce i owsiankę. Niespodzianka?
Jadłam sama w spokoju. Co mnie dzisiaj czekało? Truskawki, tego byłam pewna. Będę się uczyła, jak sprawić, by rośliny szybko rosły. Zapowiadało się zabawnie. Siatkówka, na co pałam mniejszym entuzjazmem, bo ja i sport to nie jest dobre połączenie. Szermierka i ściana wspinaczkowa. I greka. A reszta to buszowanie po obozie i poznawanie nowych miejsc. Chciałabym popływać. Lubiłam być w wodzie, czując prądy, chłodna wodę zamykająca się nad moją głową. Ciszę, gdy się zanurzałam.
Złożyłam ofiarę Demeter. Odmówiłam w umyśle krótką modlitwę, prosząc, by wszystko było dobrze i się ułożyło. Westchnęłam ciężko i odwróciłam się.
W sam raz, by zostać zaatakowana przez jajecznicę i bekon, które wylądowały na mojej nowiutkiej, obozowej koszulce.
Przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje.
— Cholera — rozbrzmiał głos. — Przepraszam. Nic ci nie jest?
Spojrzałam na swojego oprawce. Miał ciemne, kręcone włosy. Brązowe oczy i opaloną skórę. Był szczerze, naprawdę szczerze przejęty. Albo tylko udawał.
Pokiwałam głową i minęłam go. Założyłam ręce na piersi, by ukryć ślady tłuszczu i keczupu. Usłyszałam, jak chłopak za mną woła:
— Ej, tylko się nie obrażaj!
Uwierz mi, poplamiona koszulka to nie mój jedyny problem.



Ten rozdział jest pisany w tak bardzo nie moim stylu, ale za każdym razem jak chciałam go pisać od nowa, stwierdzałam, że nie warto i zostawię tak jak jest.
Więc przepraszam, jeśli się zawiedliście i liczyliście na coś innego.
Kilka spraw, które chciałabym omówić, co zrobię szybko by nie zabierać Wam czasu.
Po pierwsze - pojawiły się pytania, czy mogę informować o rozdziałach. W zasadzie tak, ale to nie jest potrzebne, bo każdy rozdział będzie się ukazywał W SOBOTY O GODZINIE 18. ( przynajmniej na blogerze, na wattpadzie trzeba dodawać ręcznie, ale chyba będę online o tej godzinie). Dla zainteresowanych : mam utworzyć jakąś grupę na facebooku? Zapraszać Was do znajomych ? Konto na Twitterze? Chcecie spojlery? Naprowadzenia na kolejne rozdziały? To zależy do Was. Po prostu napiszcie :)
Po drugie - rozdziały nie będą dłuższe niż ten. Jak jest krótszy, to szybciej się czyta i nie zabieram Wam czasu na inne fanfiction. Takie będą rozdziały I części. W II części będą dwa razy dłuższe, bo jest  dość dużo zdarzeń tam i nie zmieściłabym się w 20 rozdziałach. Rozdziały pierwszej części nie są zbytnio powiązane ( głównie to rozmowy o pierdołach w wykonaniu Leo i Mackenzie). Druga cześć jest bardziej skomplikowana i... a zresztą, zobaczycie sami.
( O bogowie, ile powtórzeń.)
Można nawiązać współpracę - po prostu promujemy siebie wzajemnie.
To chyba tyle.

Skończyłam, więc przejdę do innej części. Dziękuje Wam z całego serca za wsparcie i wyświetlenia, nie miałam pojęcia, że mój pomysł spotka się z tak pozytywnym przyjęciem, za równo na facebooku, wattpadzie i blogerze. Pojawiły się u mnie wątpliwości, czy sprostam zadaniu, bo spartaczyłam poprzednie fanfiki ( fabuła była żałosna, bye). Mam nadzieje, że teraz będzie inaczej, bo Demigods to wspaniały fandom pełen wspaniałych ludzi kochających wspaniałą książkę.
Sądzę, że przed nami świetlana przyszłość ok.
xxx

Zapraszam
Tłumaczenie fanfiction na podstawie Tajemnic Domu Anubisa, ale nie trzeba oglądać serialu, by wiedzieć o co chodzi. Wpadnijcie, jestem pewna, że Wam się spodoba :)

sobota, 8 sierpnia 2015

PROLOG


CZĘŚĆ I - OBÓZ HEROSÓW, CZYLI ŚMIERĆ NA ZAWOŁANIE


Gdy weszła do sali, Leo soczyście klął na swojego młodszego brata. I robił to nadal, gdy cała sala ucichła i tylko jego głos brzmiał wśród cichych pomruków obozowiczów. Co ciekawsze, Zach wcale się tym nie przejmował, tylko dusił śmiech, starając się nie udławić tostem. To doprowadzało Leona do białej gorączki.
Chłopak już miał zacząć drugą cześć litanii, ale przeszkodziła mu Piper, która warknęła, żeby się zamknął.
I wtedy ją zauważył.
Stała i przyglądała się mu z błyskiem zaciekawienia w brązowych oczach. Ubrana w obozową koszulkę i jeansy, przetarte na kolanach. W ręku trzymała notatnik i długopis. Ciemne włosy miała splecione we francuza, ale kilka kosmyków się wymknęło i opadało jej na policzki. Stała w otoczeniu dziewczyn z domku Hermesa - tam, gdzie trafiali wszyscy nieuznani, albo ci, którzy byli dziećmi tego boga.
Leo uświadomił sobie, że stoi i usiadł zmieszany. A on nigdy nie był zmieszany.
Ruszyła do stolika, a wśród nich już zaczął panować zwyczajny, śniadaniowy rozgardiasz.
Słyszał, jak rozmawiały o niej jego siostry. Przybyła w nocy, mocno poturbowana i półprzytomna. Na oko Leona wyglądała całkiem nieźle i nic nie wskazywało na to, że prawie umarła zeszłej nocy. Czemu nie wezwała ratunku, skoro była tak blisko obozu?
Jej imię jakoś wypadło mu z pamięci.
Wkrótce nie miał w niej nic innego jak projekty, które leżały głęboko ukryte w szufladzie. Takie zabezpieczenie przed rodzeństwem. Bardzo wścibskim rodzeństwem.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis